Słów kilka o wybranych tekstach Zdzisława Domolewskiego

Podczas konnej przejażdżki, w samotnym galopie, chłopiec dostrzega zmierzającą ku niemu kulę, ruchomą, żywą, wypełnioną po brzegi czernią i szarością. Gdy wpada w nią nieuchronnie, okazuje się ona skłębionym rojem komarów. Odległy obserwator odnosi wrażenie, że widzi jeźdźca bez głowy z ruchomą protezą. Kim jest ten chłopiec? To Zdzisław Domolewski z okresu swego pacholęctwa. Jako dorosły człowiek potrafi w gawędziarskim uniesieniu nawet najbardziej prozaiczną historię ze swojego życia zamienić w frenetyczną wizję. Nie można spokojnie go słuchać, podobnie jak nie da się obojętnie przejść obok jego prozy. Każdy akapit narracji jest bowiem przesycony magią.

Znalazłem się na płaskim terenie, a był to starannie strzyżony trawnik. Przypominał pole golfowe, ale bez zawijasów, wzgórków i dołków. Nie widziało się tam nikogo, nie czuło zapachu ekskluzywnych wód, tytoniu fajeczek, oddechów przesączonych kawiorem, czy beknięć po homarach, tylko zapach niedawno skoszonej trawy. Nieco dalej wypatrzyłem kształty przypominające białawy transatlantyk: coś się tam piętrzyło, wystawało, czerniały jakieś kropki, a wszystko było podświetlone od dołu światłem odbitym, migotliwym, jakby od wody. Odrzuciwszy absurdalne skojarzenie z transatlantykiem, przystałem na inne, że to rezydencja. Po chwili, że raczej – market nieszczęśliwie usytuowany w szczerym polu. Ale potem zjawiły się wieżyczki, czubki, szybki… Wróciłem do koncepcji rezydencji, lecz im byłem bliżej, tym mniej to wszystko przypominało dom, a raczej… no nie, nie chciałbym popadać w przesadę, że znowu… ale cóż! powiedzieć trzeba, że rzeźbione anioły, smętne płaczki, muzy siedzące bezradnie jednoznacznie potwierdzały domysł, że znowu trafiłem na cmentarz…

Od czasów PRL w Polsce wydawanych jest coraz więcej książek – liczba zwiększyła się trzykrotnie i wynosi średnio aż 30 tysięcy tytułów rocznie. Myślę, że nie tylko w branży wydawniczej zalewa się rynek średniej jakości produktem, mając nadzieję na określoną wysokość sprzedaży. Z drugiej strony, obiegowa opinia mówi, że książki są drogie, a czytelnictwo w naszym kraju mocno podupadło. Zachodzi tu wyraźny dysonans, skoro wydawnictwa uparcie obstają przy tym, żeby nie bankrutować – prawa kapitalizmu są przecież nieugięte.

Pytanie jednak brzmi: czy warto sięgać po nowe tytuły spośród tych 30 tysięcy? Jeżeli tak, to jaki ich procent jest wart naszego czasu? Tutaj również nasuwa się refleksja (bardzo brutalna): przyjęło się bowiem, że każdy z nas – czytelników zabierając się za nowy tekst, musi wpierw (na wszelki wypadek) uzbroić się w odporność na wysoką dawkę ignorancji (żeby nie użyć dosadniejszego zwrotu).

Powoli zapada wczesny jesienny zmrok. Leżę przywiązany do noszy i czekam na swój los. Jestem bezbronny! Karetka pędzi szosą przez las, ale wiem, że już niedługo się zatrzyma. Dwaj potężni faceci, ubrani w białe fartuchy, wyciągną mnie z samochodu i zaciągną w gęstwinę. A później poczuję już tylko chłód lufy na karku…

Dick nic nie wniósł do prawiekowego dyskursu o naturze rzeczy. Nie powiedział ani jednego słowa wzbogacającego skarbnicę wiedzy ontologicznej, nie zaskoczył żadną metafizyczną refleksją. Już Parmenides traktował z pogardą pozorność poznania zmysłowego, a jego uczeń Melissos odmawiał racjonalnej konstatacji jakimkolwiek próbom odczuwania. W jaskini Platona z trudem można było odnaleźć cienie rzeczywistości skrytej wśród dominującej ułudy. Kartezjusz nadał nowe (wręcz sakralne) znaczenie świadomości, która konstytuuje wszystko, co na zewnątrz nas. Istnienie jest zatem możliwe dzięki umysłowi. Jego wyłączenie to reset Wszechświata? Może tak, może nie… To właśnie solipsyzm stał się pożywką szaleństw Dicka (jak lubi nazywać schizoidalne wizje amerykańskiego pisarza znawca jego twórczości – Radosław Depka-Prondziński). „Być oznacza być postrzeganym” – nauczał 100 lat po Kartezjuszu irlandzki filozof George Berkeley. Istnieje zatem tylko byt postrzegany, obiektywna rzeczywistość jest zaledwie zbiorem umownych znaków.

Drago mgliście przeczuwał, że trafi na porę nabożeństwa. Parę osób już siedziało w ławach. Pewnie tacy, którzy mieli daleko, a nie chcieli się spóźnić i woleli przyjść wcześniej.
Jedyną właściwie ozdobą surowej świątyni był posąg Pierwszego Najwyższego Kapłana Maksymiliana Robespierre’a. Bohater był przepasany szarfą, na której widniał napis: „Naród francuski wierzy w nieśmiertelność duszy”. No tak, ale nie ma już narodu francuskiego, co zaś tyczy się duszy, to zdania są nader podzielone. Jedni chyba wierzyli, drudzy chyba nie wierzyli.
Jako tako była ozdobiona także ambona, na którą – po krętych schodach – wszedł podstarzały proboszcz.

Jak (i po co) teraz czytać J.R.R. Tolkiena? Czy w epoce zdekonstruowanych mitów można jeszcze uwierzyć w zdumiewająco świeżą naiwność jego wizji? Trudno odpowiedzieć na te pytania – a może należałoby postawić inne. Tolkien, jak każdy twórca obdarowany głęboką indywidualnością, polaryzuje odbiorców. Od początku albo budził zachwyt, albo prowokował reakcję głębokiego odrzucenia. Stał się pisarzem stulecia (XX), bożyszczem pokolenia dzieci kwiatów, sztandarową figurą katolickich badaczy literatury, którzy chcieliby widzieć w fantasy przede wszystkim najpełniejszy wyraz symboliki zbawiania. Z drugiej strony, u innych badaczy i krytyków budził pobłażliwość bądź niechęć. Susan Jeffreys napisała o Władcy Pierścieni: „Widok tego dziełka, pełnego okropnych runów i map oraz przenudnych aneksów przyprawia mnie o depresję” . Jej reakcja nie była odosobniona.

Pamiętam tamten dzień, kiedy przywieziono ją, krwawy strzępek, do szpitala Wydziału Wewnętrznego. Natychmiast została podłączona do aparatury i dostała zastrzyk ze steonalu, żeby ochronić mózg. Stwierdzono tylko niewielki obrzęk. Funkcyjny pielęgniarz powiedział mi, że w jadący tunelem kravu kapsułowy samochód Neiris uderzył sunący z przeciwka korkociągowymi turbulencjami pojazd konserwatora. Siedzący w środku chłopak, początkujący pracownik, nie był w stanie zapanować nad kierownicą. Jedno tunelowe skrzyżowanie wcześniej oberwał się zaczep rury prowadzącej do kanału pneumatyzatora. Rura zaczęła się wić i chaotycznie siać we wszystkie strony sprężonym powietrzem, które wprawiało niewielki pojazd w nieopanowane turbulencje. W ten sposób doszło do zderzenia. Pracownik kravu zginął na miejscu. Z Neiris pozostał krwawy strzęp. Zwykły wypadek.

Fantastyka powinna być przestrzenią spotkania

 |  Marta Kładź-Kocot, Tadeusz Krajewski

Fantastyka to specyficzna sfera literatury i kultury. Jej odbiór wydaje się radykalnie spolaryzowany. Z jednej strony ma zagorzałych zwolenników: uczestników konwentów, nałogowych czytelników, widzów i graczy. Zaczyna zdobywać sobie środowisko akademickie – pojawia się coraz więcej konferencji naukowych i publikacji dotyczących fantastyki. Z drugiej strony zarówno w popularnym, jak i akademickim odbiorze (nie mówiąc już o szkolnych polonistkach i polonistach!) uporczywie nie może pozbyć się „łatki” kultury infantylnej, eskapistycznej, oderwanej od rzeczywistości. W tym miejscu warto przywołać przepełnioną cierpką ironią anegdotę, opowiedzianą przez Terry’ego Pratchetta w Kiksach klawiatury:

„Przypominam sobie, że kiedyś Salman Rushdie był drugi w konkursie na tekst science fiction organizowany przez Gollancz pod koniec lat siedemdziesiątych. Wyobraźcie sobie tylko: przecież gdyby wygrał – ajatollahowie z Marsa! – nie miałby żadnych kłopotów z Szatańskimi wersetami, ponieważ byłaby to fantastyka, a zatem coś nieistotnego. Pewnie przyjeżdżałby na konwenty”.

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Artykuły w dziale fantastyka