Maj 2013
Dr Mariusz Klimek

Wizerunek Witolda Lutosławskiego jako kompozytora światowego formatu już za jego życia jawił się jako monolit bez skazy na wyrazistym obliczu. Nikt, kto otarł się o jego dzieło nie miał wątpliwości, iż stoi przed wybitnym twórcą muzyki symfonicznej, w mniejszym stopniu wokalnej i kameralnej, latami z morderczą konsekwencją budującym swój system kompozytorski, doskonalącym warsztat, wkraczającym w kolejne etapy jednej, wyraźnie wytyczonej drogi twórczej. Obraz największego po Chopinie i Szymanowskim polskiego twórcy nie zostawił praktycznie miejsca na wątki pomniejsze czy też mniej poważne w życiorysie. Pozostaje żałować, iż spowodowało to, że o innej niż główny nurt twórczości czerpiemy wiadomości mniej niż skąpe, sprowadzone przeważnie do lakonicznej informacji o piosenkach dla dzieci, żołnierskich, masowych, nurcie folklorystycznym, kawiarnianym okresie wojennym czy muzyce filmowej i rozrywkowej. Najmniej dotąd poznana dziedzina to właśnie owa muzyka rozrywkowa, skrzętnie pomijana w biografiach, jak i za życia przez samego kompozytora. Mimo takiego parawanu – wstydu? niezręczności? – utwory te, po pięćdziesięciu latach od powstania wciąż żyją własnym życiem, znajdując uznanie wśród takich wykonawców, jak Hanna Banaszak, Lora Szafran czy Mieczysław Szcześniak.

Działy:
Szymon Andrzejewski

Miało się stać. Coś. Nikt nie wiedział, co to miało być dokładnie, ale pamiętam, że siedząc w pomieszczeniu już niestety niezadymionym, bo przepisy nowe i trzeba dbać o zdrowie zapominając o romantyzmie życia, patrzyłem po znajomych moich licach i w pewnym momencie stwierdziłem: „Oni na to naprawdę czekają…”. I w myśli zapadłem głęboko, i zadumałem się nad stanem rzeczy, który doprowadza ludzi do tego, by czekali na koniec świata. Rok był 2012, miesiąc ostatni, a dzień z tych karcianie szczęśliwych. Tysiące lat wcześniej kilku biegających po dżungli wielbicieli skąpego przyodziewku stwierdziło, że nie mają już pomysłu na to, jak dalej potoczy się to, co dookoła się jeszcze jakoś toczy i stwierdzili, że trzeba ustanowić kolejne wyzerowanie kalendarza, bo tak będzie prościej. Przykucnęli, zapalili, co tam mieli do zapalenia, porachowali słupki do końca i voila! Tysiąclecia później miliardy ludzi zastanawiały się nad tym, jak to się wszystko skończy. W mieście, w którym przychodzi nam kupować bułki, rok tamten jeszcze bardziej był złowieszczy, bo miasto owo obchodziło sześćset sześćdziesiątą szóstą rocznicę swych urodzin. 666. Dla mnie normalna liczba, ale dla wielu już nienormalna zupełnie. Toć to liczba rogatego i jego pomiotów. Koniec świata miał nadejść zimą wypełnienia się przepowiedni najstraszliwszych i to przy akompaniamencie dusz zaciąganych przez diabły do kotłów z wrzącą smołą. Perspektywa nieprzyjemna i wydaje mi się, że dość bolesna, a poza tym inspirująca mnie do przekonania, że ominie mnie już ostatecznie możliwość doznawania kanapek popijanych czarną kawą. Niedobrze. A skoro niedobrze to dlaczego w oczach moich skorporacjowanych kolegów taka na poły tylko ukrywana tęsknota za tym, żeby jednak coś się stało? Hmmm…

Działy:
BIK

Zaczynał jako dziecko – od akrobatyki. Dziś współpracuje z Instytutem im. Jerzego Grotowskiego i Teatrem ZAR we Wrocławiu, zajmuje się technikami ruchowo-tanecznymi i sztukami walki. Z Jakubem Gontarskim rozmawia Ewa Stołowska.


Jak to się stało, że twoje doświadczenia warsztatowe zniosły cię ku teatrowi?
Ojciec zabrał mnie na akrobatykę, kiedy miałem 5 lat. Pamiętam jak instruktor podszedł, zaczął mnie rozciągać i pierwszy raz padały takie wyrażenia jak „świadomość ciała”, „obecność”. Nie wiedziałem co to właściwie znaczy, ale przeczuwałem, że to pomoże mi stać na rękach albo robić przewroty. Na ekranie pojawiali się akurat Van Damme, Jackie Chan, Bruce Lee… Zajarałem się tym, podglądałem jak się ruszają, kupiłem sobie nawet takie buty jakie miał Bruce Lee – shaolinki. W wieku 9 czy 10 lat trafiłem do szkoły sztuk walki i zacząłem doznawać przekraczania swoich granic psychosomatycznych. To było niesamowite uczucie! Przez dziewięć lat trenowałem judo. Fascynowało mnie, kiedy trener mówił o środku ciężkości, centrum, które tak często badamy w pracy z ciałem. Pomału zacząłem odczuwać relację pomiędzy sygnałami z zewnątrz i obrazami wysyłanymi od wewnątrz, a tym samym ich funkcjonalność i efektywność. Odkryłem, że mogę podnieść przeciwnika, który waży 100 kg, wykorzystując jego wagę, tor ruchu i siłę, choć sam ważyłem tylko 29 kg! Pojawiła się pierwsza relacja w pracy z partnerem, korzystanie z poczucia swojej i jego obecności. To co mnie najbardziej fascynuje, także na scenie, to właśnie obecność. Jest chwiejna i nieobliczalna jak zjawiska atmosferyczne. Czasami aktor przypomina mi gotowego do walki człowieka na macie, który jest w kontakcie z partnerem-przeciwnikiem, w ułamku sekundy wchodzi w niesamowity stan skupienia „TU” i spośród okrzyków publiki wyławia komunikaty wypuszczane przez trenera. Na scenie jest podobnie – wiemy jakie mamy narzędzia i co chcemy przekazać, ale nie wiemy co się z tym wszystkim wydarzy, a tym bardziej nie powtórzymy tego tak samo jak na próbie. To ciągła praca nad momentem zawieszonym pomiędzy czasem przeszłym, teraźniejszym i przyszłym, uważnością, grą impulsów przepływających między mną i partnerami, którymi są też ziemia, przestrzeń, dźwięk, cisza. Kiedyś widziałem, jak gość na scenie improwizował i nagle ktoś pierdnął. A on nie zignorował tego, ale użył, wykorzystał ten dźwięk, zaczął go imitować i przetransformował to w ruch. Można powiedzieć, że wygrał! Bruce Lee powiedział kiedyś, że jeśli cały czas tkwimy w koncepcji na temat tego co wiemy, łatwo wpadniemy w ruchome piaski. To tak samo ważne w pracy w teatrze i w sztukach walki: być w stanie „ja nie wiem”, by widzieć więcej. Woda nie wie, że zostanie wlana do naczynia, ale jak już tam jest, staje się naczyniem – przybiera jego kształt.

Działy:
Małgorzata Maniszewska

Przyszła w końcu wiosna i w maju w instytucjach muzycznych postanowiono nareszcie porozpieszczać troszkę miłośników muzyki, która powstała nieco później niż w XIX wieku. Może jest to dobry prognostyk dla przyszłego sezonu? Oby! Wiem, że nie wszyscy tak myślą i że tzw. masowa publiczność stawi się pewniej i liczniej na kolejnym wykonaniu Koncertu fortepianowego Czajkowskiego, Czterech pór roku Vivaldiego, lub jeszcze jednym wystawieniu którejś z popularnych oper Verdiego, czy Belliniego. Myślę sobie jednak, że jeżeli już koniecznie kłaniać się świetnej przeszłości, to może wystarczy choć kilkadziesiąt lat lub stulecie. I niekoniecznie hitem w rodzaju Krzesanego Kilara.

Działy:
BIK

O kondycji teatru mówią Andrzej Stróż – organizator Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Inne Sytuacje w Bydgoszczy i dr Artur Duda – teatrolog, krytyk, adiunkt w Zakładzie Dramatu i Teatru UMK.

 


Czy w teatrze wszystko już było? W zapowiedziach Alternatywnych Spotkań Teatralnych KLAMRA w Toruniu często pojawia się pojęcie nowych form teatralnych. Co to takiego?
Artur Duda (AD): Żyjemy w kulturze zachodniej, w dyktacie nowości. Dzisiaj paradoksalnie często się zdarza, że nowością staje się to, co zostało zapomniane. Mija trzydzieści lat i dla młodemu odbiorcy pewne rzeczy zdają się awangardowe, choć pojawiły się już w historii teatru. Ja natomiast nie wierzę, że wszystko już było. Świat się zmienia, zawsze coś nowego może się pojawić i z taką nadzieją chodzę do teatru.

Andrzej Stróż (AS): Z tego wynikałoby że nowość w teatrze związana jest z wstępowaniem do teatru nowych widzów i nowych twórców. Ja jednak jestem przeciwnego zdania, choć może to właśnie kwestia wieku: nie widzę w teatrze niczego na tyle nowego, przede wszystkim w formie, z czym nie spotkałbym się wcześniej. Nie tylko w teatrach repertuarowych, ale i „eksperymentalnych”, bo pojęcie eksperymentu w teatrze też chyba „siadło”.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Maj 2013