Czy SZTUKA ma płeć? (7)

Katarzyna Gębarowska Katarzyna Gębarowska

W artykule Matki, artystki, negocjatorki… zawartym w katalogu towarzyszącym wystawie „Sztuka Matek” Izabela Kowalczyk próbuje zmierzyć się z zaczepnym pytaniem „Jakie to ma znaczenie, że artystka jest też matką?”. W swojej argumentacji udowadnia, że kluczowe! A wiele artystek świadomych niemożności połączenia ze sobą tych dwóch sfer nadal rezygnuje z macierzyństwa. Kowalczyk cytuje Olgę Boznańską (1865-1940) uważającą małżeństwo za „okrucieństwo fizyczne zadawane kobietom, a do tych, które były w ciąży czuła wstręt”. Zagłębiając się w biografiach artystek, trudno jednak jej się dziwić. Anna Magdalena Wilcken na przykład, zanim wyszła za mąż za starszego o 16 lat Johanna Sebastiana Bacha, była śpiewaczką-sopranistką na dworze księcia Leopolda von Anhalt-Köthen i jako „słowik z Turyngii” miała przed sobą świetlaną karierę. Niestety wszystko legło w gruzach, gdy wyszła za Bacha krótko po śmierci jego pierwszej żony. Musiała przejąć opiekę nad czworgiem jego osieroconych i urodziła mu jeszcze trzynaścioro (!) dzieci. W dodatku po śmierci męża, w wyniku rodzinnych konfliktów popadła w skrajne ubóstwo. Zmarła w nędzy, pochowana w nieoznakowanym grobie dla ubogich. Podobnie okrutną, choć już bardziej współczesną historię, przytacza Kowalczyk, pisząc o Katarzynie Kobro (1898-1951), kobiecie, która zrewolucjonizowała myślenie o rzeźbie. Zapłaciła ona wysoką cenę za upragnione macierzyństwo. Podczas gdy jej mąż Władysław Strzemiński poświęcał się sztuce, dopracowując ideę unizmu, ona rozpaczliwie usiłowała zapewnić byt córce. Było tak ciężko, że nawet swoje drewniane rzeźby porąbała na opał. Zaś gdy artyści ostatecznie się rozstali, rozpocząwszy walkę o prawa do córki, Strzemiński odsunął Kobro od Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi oraz innych miejsc, w których posiadał wpływy.


Można by zaryzykować tezę, że to nie dzieci, lecz instytucja małżeństwa jako taka utrudniała artystkom tworzenie. Fakty jednak przeczą tej tezie. Elżbieta Śliwińska na przykład, zapomniana przez Bydgoszcz malarka, której losy od kilku lat odkrywa dla nas „Gazeta Pomorska”, tworzyła bez ograniczeń pomimo zamążpójścia. Jej prace były wystawiane i sprzedawane („Dziennik Bydgoski” pisze o „pracach znanej i cieszącej się sympatią w szerokich kołach naszego miasta artystki malarki pani Śliwińskiej-Kapturkiewicz”). Nie bez znaczenia dla jej twórczości był jednak zapewne fakt, iż posiadała słynne Woolf’owskie 500 funtów rocznie oraz własny pokój, o czym świadczą choćby studia na Akademii Sztuk Pięknych w Charlottenburgu w Berlinie, podróże z małżonkiem do Stanów Zjednoczonych, gdzie odbyło się kilka jej wystaw, a także niebanalne adresy zamieszkania: Focha 2 z widokiem na kościół Klarysek, Konarskiego 11 z widokiem na fontannę Potop, a w końcu Konarskiego 9, gdzie mieści się dziś luksusowy hotel Bohema. Pod każdym z tych adresów Śliwińska miała okazałe atelier (a pozowała jej między innymi słynna śpiewaczka Ada Sari!).

Postać Śliwińskiej to lokalny przykład potwierdzający tezę, że o ile samo małżeństwo szczególnie nie ograniczało kobiet na drodze ku sławie, o tyle dzieci były już w większości przypadków przeszkodą nie do przeskoczenia. Artystki, które przeszły do historii, albo w ogóle nie posiadały dzieci (jak choćby Pola Negri, Eliza Orzeszkowa, czy słynne siostry Brontë tworzące pod męskim pseudonimem Bell), albo rozpoczynały karierę, gdy dzieci były już odchowane (Maria Konopnicka w wieku lat 34, odchowawszy sześcioro dzieci, czy słynna fotografka Julia Margaret Cameron, która rozpoczęła karierę mając lat 65). Istnieją oczywiście wyjątki, szczęśliwie łączące karierę z macierzyństwem, jak choćby słynna impresjonistka Berthe Morisot, czy fotografka Diane Arbus. Lecz jest ich tak niewiele, że można je potraktować jako wyjątki potwierdzające regułę.

Choć współczesne artystki nie ponoszą już tak drastycznych konsekwencji, decydując się na macierzyństwo, wciąż stanowi ono temat tabu w tradycyjnie pojmowanej „kulturze wysokiej”, co potwierdzają twórczynie wystawy „Sztuka matek”. Fotografka Anna Grzelewska, w swojej pracy zatytułowanej Pół biurka, Pół łóżka, Kawałek wanny, nawiązuje do słynnej tezy Virginii Woolf, mówiącej o rocznej pensji w wysokości 500 funtów i własnym pokoju. Podkreślając, że choć czynniki zewnętrzne już tak nas, kobiety, nie ograniczają jak 100 lat temu, to jednak nadal jesteśmy ograniczane. Tyle, że teraz przez wewnętrzne myślenie kobiet o sobie, postrzeganie własnej roli i pozycji w społeczeństwie. Skoro tak jest, może czas to zmienić? Wszystko w naszych rękach!

Działy:
Więcej z tym numerze: Z akcentem na pop »

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start