Pokazać kawałek tego miasta

Juliusz Machulski Juliusz Machulski Piotr Bujnowicz/FabrykaObrazu.com

Z Juliuszem Machulskim, reżyserem i producentem filmowym, szefem Studia Filmowego Zebra, o bydgoskim projekcie filmowym, prowincji i bydgoskich przodkach rozmawia Michał Tabaczyński

Przyszło mi do głowy pytanie, niby absurdalne, ale pomyślałem, że odpowiedź na nie mogłaby być negatywna – i aż się boję pytać: był pan w Bydgoszczy?

No tak, byłem, kilka razy.

No, to ile jest kilometrów z Warszawy do Bydgoszczy?

Trzysta? Niecałe?

No, tak, dwieście pięćdziesiąt. Dla nas to oczywiste…

Byłem raz, kiedy moja mama robiła tam przedstawienie. Ale to jeszcze nic, bo później okazało się, że ja mam rodzinę w Bydgoszczy. Historia tej części mojej rodziny jest dość skomplikowana, ale jej korzenie są bydgoskie. Chociaż do Bydgoszczy ona też dotarła w jakimś momencie swoich dziejów, a oryginalnie pochodziła z Kurlandii – musiała stamtąd uciekać za jakieś działania niepodległościowe chyba. Zresztą nazwisko Machulski to jest nazwisko wymyślone – moi przodkowie chcieli zatrzeć po sobie ślady. Z moim ojcem odwiedziliśmy ich – to zacna, mieszczańska rodzina Wolańskich – mieszkali wtedy przy ulicy Cieszkowskiego.

Czy panu jakoś Bydgoszcz kojarzy się filmowo? Bo miasto miało i – jak sądzę – ma wciąż filmowe ambicje. I tak sobie myślę, że polskie kino często ratuje się prowincją, to też dotyczy komedii – ona też próbuje się ratować prowincją. Tyle że jest to zazwyczaj prowincja charakterystyczna…

Myśli pan, że Bydgoszcz to prowincja?

Tak mi się wydaje…

No tak, ale jakie właściwie polskie miasto nie jest prowincją oprócz Warszawy? No, może Kraków, może jeszcze Trójmiasto?

Tylko – że od razu dodam – dla mnie to nic złego być prowincją, szczególnie w kontekście tego ratunku dla polskiego kina. Jednak trochę obawiam się, że Bydgoszcz nie jest taką właśnie prowincją wystarczająco charakterystyczną. Bo jak na przykład w filmie pokażą Białostocczyznę, no to to jest komediowe samo przez się. Zastanawiam się, czy Bydgoszcz ma taki sam potencjał…

No, ale dajmy jej szansę. Spróbujmy się wgryźć w to, pokazać kawałek tego miasta. Zresztą, jest dobra okazja. Jest napisany świetny scenariusz, bydgoski scenariusz w tym sensie, że akcja dzieje się w Bydgoszczy. To sensacyjna historia, która się rozgrywa w historycznych, solidarnościowych dekoracjach. I to miejsce, Bydgoszcz, jest ważne dla przebiegu akcji. Autor scenariusza, Robert Jarociński, pochodzi z Bydgoszczy i z jakiegoś – ważnego dla siebie powodu – tam właśnie umieszcza akcję.

Czyli, że w Bydgoszczy też miałby ten film powstać?

Tak, ja mam już dosyć jako widz oglądania ciągle Mostu Siekierkowskiego, Gdańskiego czy Świętokrzyskiego. W Warszawie we wszystkich miejscach już są ślady po statywach kamer. Należałoby się już stąd przenieść. Może właśnie do takich miast jak Bydgoszcz. Jestem przekonany, że tam też można znaleźć tę charakterystyczność. Jest przecież rzeka w środku miasta, jest nabrzeże i port – to wszystko w tym scenariuszu odgrywa istotną rolę. To właśnie na nabrzeżu umiejscowiona jest sensacyjna część intrygi – napad czy może raczej włamanie do banku. Scenariusz obiecuje malownicze plenery – bohater po włamaniu do banku ucieka właśnie z tego portu łodzią.

Rozumiem, że nie może pan zdradzać fabuły, ale może coś więcej ponad sensację, ucieczkę łodzią i solidarnościowe tło. Szczególnie to solidarnościowe tło…

To inne opisywanie tej sytuacji, którą znamy jako martyrologiczną – i im bardziej się to w czasie oddala, tym bardziej martyrologiczna ona się staje, a przecież przeżycia w czasie stanu wojennego mogły być różne, także – tragikomiczne. I na to właśnie stawia autor. Oczywiście nie próbujemy iść tu drogą Benigniego i opowiadać, że podczas stanu wojennego było fajnie i że życie jest piękne. Ale chodzi tu o pewien dystans. A przez to, że jest to opowiedziane z perspektywy Bydgoszczy, to ma dodatkowy walor. Jest oddalone od Warszawy czy od Gdańska, gdzie się to wszystko koncentrowało i gdzie był wyższy poziom emocji, patriotycznego rozedrgania i tak dalej, a pewnie w większości miejsc było właśnie podobnie jak w Bydgoszczy. Zresztą tytuł do tego nawiązuje, tytuł, chwilowo roboczy, Drugi szereg. Nie chodzi bowiem o pierwszoplanowe postaci, o tych najważniejszych więźniów politycznych…

No bo oprócz ucieczek łodzią i włamu do banku są tu też, oczywiście… więźniowie polityczni.

Tak, bo część akcji dzieje się w obozie internowania, ale przewrotnością scenariusza jest to, że ten, kto przed stanem wojennym został, niesłusznie zresztą, skazany za przestępstwo pospolite, później staje się bardziej ideowy niż internowani więźniowie polityczni. Historia huśta ludźmi i pewne sprawy nie są takie, jakimi się pierwotnie wydają. To jest czasem zabawne, a czasem też wzruszające, film jest też o miłości, bo przecież jak to zwykle w polskiej historii bywa, mężczyźni idą walczyć za ojczyznę, a kobiety zostają, bo ktoś musi żyć, wychowywać dzieci – to zresztą najtrudniejsze, bo w końcu łatwiej się strzela albo bije z ZOMO. Chyba więcej nie mogę powiedzieć.

No to wróćmy do Bydgoszczy. Dlaczego ona?

Poza tym, że tak jest w scenariuszu, to wydaje mi się, że celem naszej pracy, mówię o filmowcach, powinno być pokazanie jak największej części Polski, bo to jest taki kraj nieprzedstawiony. Warszawa jest pod tym względem miastem zblazowanym. A mi się wydaje, że kręcenie filmu jest takim ożywczym procesem dla miejsca, w którym się to dzieje. Poza tym wierzę, że Bydgoszcz zasługuje na taki film i odwrotnie. Mnie ta historia urzekła, bo pokazuje trochę inną Polskę, Polskę, której nie znam.

Co takie miejsce musi mieć? Czego potrzebuje ekipa filmowa?

Na pewno potrzebna jest jakaś baza noclegowa, jakieś hotele. Jest też potrzebne miejsce do obejrzenia nakręconych materiałów, ale to się zazwyczaj robi w najbliższym kinie przed albo po seansach i z tym nie ma problemu. Jest lokalna telewizja, więc jest też zaplecze techniczne. I wydaje mi się, że ono może się dzięki takim projektom powiększać. Myślę, że trzeba iść w tę stronę, bo Warszawa jest już zapchana, trudno o niej opowiedzieć coś oryginalnego. To się bierze pewnie z wygody filmowców, może też koszty są większe, chociaż trudno powiedzieć, bo ceny na miejscu mogą być niższe. Domyślam się też, że łatwiej otrzymać zgodę na kręcenie scen w jakimś newralgicznym punkcie Bydgoszczy niż Warszawy. Tu chodzi o Bydgoszcz, ale nie tylko o Bydgoszcz. Właściwie każde miasto może i powinno zadbać o fundusz filmowy, bo to duża szansa. To nie chodzi tylko o filmowców, którzy pochodzą z tego miasta. Nawet nie ma sensu zastanawiać się, dlaczego to działa, bo działa na całym świecie – to po prostu działa.

Bydgoszcz akurat nie ma regionalnego funduszu filmowego, niestety, chociaż lokalne środowiska filmowe, ale nie tylko, powiedziałbym: kulturalne, apelują o jego powołanie widząc w tym dużą szansę.

No właśnie bardzo mnie ten brak dziwi, bo to niewspółmierna reklama i korzyść dla miasta i regionu w porównaniu z kosztami i trudami organizacyjnymi jego powołania.

No ale w sytuacji, jaką mamy dziś, w sytuacji braku takiego funduszu, jak rozumiem, liczy pan na jakąś pomoc miasta, staje się ona niezbędna, czy tak?

Bylibyśmy zachwyceni, zresztą, nie chodzi wyłącznie o pomoc finansową. Chociaż czasem niewielkie jak na miejskie fundusze wsparcie pomaga dopiąć budżet filmu. To by było dla nas duże ułatwienie i przyspieszyłoby na pewno prace. Ale wiele też można załatwić barterem, miasto naprawdę wiele może pomóc w przypadku kręcenia filmu. Może udostępnić bazę hotelową, jest wiele sposobów, naprawdę. Film realizuje się łatwiej, mając przychylność władz miasta – mam takie doświadczenia, kiedy kręciłem Vinci w Krakowie. Rozmawialiśmy już zresztą z bydgoskim ratuszem i czuliśmy autentyczne zainteresowanie i chęć współpracy, ale chyba nie można było znaleźć mechanizmu takiej współpracy, co jest pewnie skutkiem braku funduszu filmowego. W tym akurat przypadku znalezienie innych źródeł finansowania jest o tyle trudniejsze, że to nie jest komedia romantyczna, nie są to dowcipy kabaretowe w poszukiwaniu scenariusza, tylko kino ambitniejsze, historyczne. Ale też mające dzięki temu dłuższy żywot.

O inne pana plany – producenckie i reżyserskie – nie będę na razie pytał, bo wierzę, że w bliskiej, powiedzmy: dającej się przewidzieć przyszłości będziemy mieli okazję porozmawiać w Bydgoszczy podczas kręcenia zdjęć do Drugiego szeregu. Może się da pan nawet namówić na wycieczkę śladami swoich bydgoskich korzeni? Na to liczę i tego życzę – sobie, panu i Bydgoszczy, bydgoszczanom.

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Grudzień 2011 Pokazać kawałek tego miasta