Zamienić stado we wspólnotę

Teatr Pieśń Kozła w spektaklu "Pieśni Leara" Teatr Pieśń Kozła w spektaklu "Pieśni Leara" Fot. Karol Jarek

O kondycji teatru mówią Andrzej Stróż – organizator Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Inne Sytuacje w Bydgoszczy i dr Artur Duda – teatrolog, krytyk, adiunkt w Zakładzie Dramatu i Teatru UMK.

 


Czy w teatrze wszystko już było? W zapowiedziach Alternatywnych Spotkań Teatralnych KLAMRA w Toruniu często pojawia się pojęcie nowych form teatralnych. Co to takiego?
Artur Duda (AD): Żyjemy w kulturze zachodniej, w dyktacie nowości. Dzisiaj paradoksalnie często się zdarza, że nowością staje się to, co zostało zapomniane. Mija trzydzieści lat i dla młodemu odbiorcy pewne rzeczy zdają się awangardowe, choć pojawiły się już w historii teatru. Ja natomiast nie wierzę, że wszystko już było. Świat się zmienia, zawsze coś nowego może się pojawić i z taką nadzieją chodzę do teatru.

Andrzej Stróż (AS): Z tego wynikałoby że nowość w teatrze związana jest z wstępowaniem do teatru nowych widzów i nowych twórców. Ja jednak jestem przeciwnego zdania, choć może to właśnie kwestia wieku: nie widzę w teatrze niczego na tyle nowego, przede wszystkim w formie, z czym nie spotkałbym się wcześniej. Nie tylko w teatrach repertuarowych, ale i „eksperymentalnych”, bo pojęcie eksperymentu w teatrze też chyba „siadło”.

 

A czy zasadne jest stosowanie pojęcia alternatywy – dziś, gdy niewiele rzeczy zaskakuje, gdy nie ma granic?
AD: Nie ma granic?! Granice są i to pewnie większe niż w PRL-u, choć to paradoks. Władza na różnych szczeblach niemal w stu procentach może decydować o bycie lub niebycie teatru. Druga rzecz to system grantowy. Nawet świetne zespoły piszą takie projekty, by były one europejskie, realizowały wyznaczone przez instytucje europejskie zadania. Teatr nie może wypowiadać się swobodnie i działa na krótkiej smyczy, bo grant pozwala stworzyć jedno przedstawienie, ale nie wystarcza na stabilne istnienie. Powinniśmy mieć w Polsce, tak jak w krajach zachodnich, zespoły eksperckie złożone z ludzi, którzy „siedzą” w teatrze i wiedzą, co się na świecie dzieje. Taki bufor między władzą a artystami. Zatem granice istnieją, a więc alternatywa ma sens.

AS: Jako rzemieślnik alternatywy twierdzę jednak, że umyka teatrowi podstawowe założenie, związane z postrzeganiem świata. Rzadko dziś można spotkać zespół przypominający strukturą zespoły z tamtego czasu. To była alternatywa życia poprzez teatr! Pieniędzy brakowało, ale im bardziej było „pod górkę”, tym więcej wyzwalało się chęci do działania. Dziś może zbyt wiele teatrów zbyt wygodnie chce dość do sytuacji.

AD: Ale nie ma takich teatrów, które żyłyby wygodnie! Podam przykład: Tomasz Bazan powiedział w czasie rozmowy na KLAMRZE, że pracuje w teatrze, który bankrutuje od 10 lat, tak długo jak istnieje! Jest grupa zespołów w tej „nowej alternatywie”, które radzą sobie z tym i mają siłę przekazu. Ale są to nieraz przedstawienia straceńcze – robione z przekonaniem, że może to być już ostatnie przedsięwzięcie zespołu. Nie mówiąc już o tym, jak trudny jest dzisiaj start młodego, nowego zespołu.

AS: Grotowski też miał problemy finansowe, ale to, co najważniejsze było w nim i w jego ludziach. Propozycja ułożenia ścieżki do finansów powoduje stępienie tej chęci, sytuującej się prawie na granicy szaleństwa. Dziś na festiwale jedziemy jak na olimpiadę, gromadzimy środki, liczymy na nagrody. Dzieje się to także na festiwalach, które wywodzą się z tradycji teatru alternatywnego, jak Łódzkie Spotkania Teatralne. Od lat nie było tam dobrych rozmów, pewnego „ducha”, byli za to jurorzy, których komentarzy nie przetwarza się konstruktywnie. Pokazywały się grupy, które nie są już „barometrem rzeczywistości”, ale teatrami instruktorskimi.

AD: Może po prostu nie doszło do transmisji międzypokoleniowej, może my – młodzi i starzy – żyjemy w innych światach? Zresztą, na ile nasz świat miałby być lepszy niż ich? Pracuję na uniwersytecie już 16 lat, dotarłem już do momentu, kiedy mogę jedynie starać się, by wybrane elementy mojego świata docierały do młodych ludzi. Muszę też ciągle sobie przypominać, że kiedyś też byłem w ich wieku i mój świat różnił się od świata moich wykładowców (śmiech).
Pamiętam moje pierwsze spotkanie z Teatrem Ósmego Dnia, byłem młody i pech chciał, że zobaczyłem Tańcz póki możesz, mocno uestetyzowane, egzystencjalne przedstawienie. To nie był teatr, który mógł mnie poruszyć bardziej niż teatry młode. Może taka jest zasada: rozmawiać można, będąc na równej stopie. Dawniej były silne środowiska rówieśnicze, gąszcz relacji, dyskusje, ale świat się rozpadł i rozpadła się ta antystruktura, bo tym jest dla mnie teatr, skoro można w nim zrealizować rzeczy niemożliwe. Pozostaje nam zatem kwestia budowania nowej rzeczywistości. Alternatywa przecież nie musi być historyczną formacją, która wyrosła z teatrów studenckich, bo wtedy trzeba by uznać, że umrze razem ze swoimi twórcami. Dla mnie alternatywa dzisiaj to mieszanka tych legendarnych i nowych zespołów z różnymi pomysłami – jedni nawiązują do etosu lat 70. i widać tę kontynuację, inni szukają nowych inspiracji. 
Ale znaczący jest werdykt tegorocznej KLAMRY. Publiczność wybrała zespół, który pokazał z mojego punktu widzenia najgorsze przedstawienie i nie miał nic do powiedzenia: Teatr Formy z Wrocławia. To decyzja młodzieży, którą zafascynowała rozbierająca się zakonnica i powierzchowny, stereotypowy Witkacy.

AS: Bo my żyjemy w erze wideoklipu, błyskawicznego odbioru. Dlaczego młodym podoba się obrazek, nie chcą się zagłębiać? Kiedyś alternatywa namawiała do myślenia!

AD: Myślenie jest dziś problemem. Przeżywamy fazę wtórnego analfabetyzmu, ludzie są piśmienni, ale nie rozumieją tekstów kultury. Dla mnie – polonisty i teatrologa z wykształcenia – to oczywiste, że jeśli ktoś czytał trudne lektury, poradzi sobie z każdym tekstem, łatwiej odnajdzie się też w filmie, teatrze, bo ma w sobie cierpliwość, by przebijać się przez to, czego nie rozumie.

AS: Niestety, dziś uczymy się metodą skryptów.

AD: W nowej Polsce w znacznym stopniu zdemontowaliśmy system edukacji. Student istnieje wirtualnie, może przyjść na uczelnię raz, by odebrać legitymację i więcej się nie pojawić. Kiedyś przeskakiwaliśmy wysokie progi z przekonaniem, że coś osiągamy, a dziś wstęp na uniwersytet kosztuje 70 czy 80 złotych. To sprawia, że studiowanie straciło swą dawną wartość. Nie twierdzę, że kiedyś poziom wiedzy i kompetencji studentów był wyższy, studentów zaangażowanych zawsze było mało, tyle że teraz giną w masie osób średnio zainteresowanych nauką, kulturą. Nie oni nadają ton kulturze studenckiej.

AS: I widać to w teatrze, który jest formą dialogu – albo poprzez to, co płynie ze sceny, albo poprzez rozmowę po spektaklu. Czy Lech Raczak nie miał racji, mówiąc, że demokracja zabije kulturę?

AD: Żyjemy w złudnym dobrobycie, ale mam nadzieję, że wkrótce pojawi się poczucie braku, może już się pojawia. Wasz teatr z lat 80. z tego się wziął: z poczucia, że to, co jest, nie jest tym, czego oczekujemy. Młodzi ludzie budowali swój inny świat. Teraz też to nie my zbudujemy nowy teatr, ale oni, młodzież, studenci. Kiedy będą już mieli dość kamer, Internetu, może zechcą poprzez teatr lepiej poznać siebie i innych. Tylko muszą się od nas dowiedzieć, czym teatr jest naprawdę. Nie kulturalnym zachowaniem kulturalnego mieszczanina. Czymś znacznie ciekawszym. Atrakcyjnym.


Punktem wyjścia dla Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Inne Sytuacje w Bydgoszczy jest myśl, że teatr gubi się wśród nowinek technologicznych, a multimedia zasłaniają człowieka.
AD: Dla mnie to czas eksperymentu. Czas chaotycznych poszukiwań, szarpaniny. Jest dużo ładnych zabawek, każdy może zrobić film, ale artystą nie zostaje się wtedy, kiedy dostaje się do ręki zabawkę. Zajmuję się od lat teatrem Franka Castorfa i wiem, że są teatry, w których ekran nie zasłania spraw ludzkich.

AS: Ja mam inne odczucia, jeśli chodzi o zastosowanie nowinek. Wydaje mi się, że nastąpił czas niedoszkolonych twórców. Zamiast zgłębić np. metodę Stanisławskiego i stworzyć postać głęboko psychologiczną, robi się film. Podobnie z muzyką, która wypełnia pustkę. Dochodzi do efekciarstwa i w takim teatrze tracimy istotę: człowieka. Jeśli twórca wie, po co to jest, broni tego, to jest w porządku, ale często nie jest w stanie.

AD: Zgodziłbym się z tą tezą, gdyby było prawdą, że kino nie jest w stanie ukazać człowieka i użycie ekranu powoduje spłaszczenie przekazu. Przecież zdarza się, że artysta teatru potrafi też być artystą innych mediów. Przypomnijmy sobie eksperymenty z „multimediami” Erwina Piscatora w latach 30. w Berlinie. Idee były nowoczesne, ale brakowało niezawodnej techniki. Frank Castorf z kolei już na początku XXI wieku musiał dokładnie obliczać, czy scena dźwignie machinę medialną budowaną do Idioty Dostojewskiego. Obaj jednak mieli na uwadze przede wszystkim ludzkie problemy i aktora w centrum uwagi. Uważam, że także w naszym teatrze poprzez multimedia, muzykę próbuje się dojść do nowego aktorstwa, niepsychologicznego i nierealistycznego. Aktor, jak widać np. u Jana Klaty, musi się zmierzyć z aktorstwem gestycznym, emblematycznym, jakby „zewnętrznym”. Dlaczego jednak aktorstwo miałoby wyrastać tylko ze Stanisławskiego, skoro od Greków mamy w historii teatru różne konkurencyjne modele teatru? Aktorów-tancerzy. Biomechanikę Meyerholda. 
Pamiętam, jak w latach 90. u nas na uniwersytecie Lech Raczak powiedział, że przyszłością teatru offowego jest teatr tańca, a wtedy działały w Polsce chyba tylko Poznański Teatr Tańca i Teatr Ekspresji Wojciecha Misiury…

AS: Nie słyszałem tego wcześniej! A przecież dobierając teatry na tegoroczne Inne Sytuacje, znaleźliśmy przynajmniej trzy grupy odwołujące się do teatru tańca! Źródła są w Pinie Bausch, ale to wciąż przetwarzane dziedzictwo. To, co robią Teatr Pieśń Kozła czy Teatr ZAR, to powiązanie pieśni i nawiązań do Grotowskiego z wysublimowanym ruchem, prawie tańcem.

AD: Z tańcem i ekspresją ruchową można kojarzyć nie tylko zespoły teatru antropologicznego. W Polsce to silna ścieżka, od Gardzienic poczynając. Ale teatrami ruchu w znacznym stopniu są także Komuna Warszawa, Teatr Cinema, Wierszalin, nie mówiąc o czerpiących z tradycji Wschodu teatrach takich jak Maat Projekt czy doświadczonych już grupach stricte tanecznych jak Lubelski Teatr Tańca, Sopocki Teatr Tańca, a także stawiających opór ścisłym etykietom – myślę o Dada von Bzdülöw.


Czego od teatru oczekują widzowie?
AS: Nie chciałbym, żeby była to tylko rozrywka…

AD: Dla młodego widza to jednak priorytet. Dlatego tak dobrze działa na młodą publiczność Teatr Porywacze Ciał. 

AS: Widz rozpoznaje w nim znane kody, swoje środowisko. Ja wolę teatr, który stanowi tajemnicę, wyzwanie.

AD: Tak myślą ludzie z doświadczeniem. Ja sam też metodycznie szukam wyzwań, by jako recenzent nie pozostać w „gettcie” teatru, który lubię i rozumiem. Młody widz może mieć z tym problem. Kiedyś każdy do teatru chodził lub wiedział, że powinien chodzić. Dziś tak nie jest, młodzi ludzie się tego nie wstydzą. Coraz częściej elementem naszej „misji” edukacyjnej jest cierpliwe nakłanianie studentów do pójścia do teatru. Jesteśmy w sytuacji trudnej, bo chcemy w teatrze budować przekaz elitarny, wymagający, a widz jest dziki, pędzi niczym za stadem bawołów, tam, gdzie wszyscy. Musimy wyrwać go z tego pędu, skłonić do poszukania innych, ambitniejszych możliwości.

AS: Młodzi ludzie nie są przygotowani do podejmowania decyzji, idą za tłumem, dobrze się z tym czują. Jeśli już siedzą w teatrze, to klaszczą na stojąco, bo ktoś inny zaczął, choć spektakl był słaby.

AD: Lekarstwem jest doświadczenie. Po dziesięciu czy trzydziestu spektaklach więcej się widzi i wie. To jest punkt dojścia dla teatru: żeby stado zamieniło się we wspólnotę. Bo iść za stadem, a iść we wspólnocie to dwie różne rzeczy.

Działy:
BIK

BIK

Więcej z tym numerze: « Dobry prognostyk?

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Maj 2013 Zamienić stado we wspólnotę