Zostać w stanie JA NIE WIEM

Zaczynał jako dziecko – od akrobatyki. Dziś współpracuje z Instytutem im. Jerzego Grotowskiego i Teatrem ZAR we Wrocławiu, zajmuje się technikami ruchowo-tanecznymi i sztukami walki. Z Jakubem Gontarskim rozmawia Ewa Stołowska.


Jak to się stało, że twoje doświadczenia warsztatowe zniosły cię ku teatrowi?
Ojciec zabrał mnie na akrobatykę, kiedy miałem 5 lat. Pamiętam jak instruktor podszedł, zaczął mnie rozciągać i pierwszy raz padały takie wyrażenia jak „świadomość ciała”, „obecność”. Nie wiedziałem co to właściwie znaczy, ale przeczuwałem, że to pomoże mi stać na rękach albo robić przewroty. Na ekranie pojawiali się akurat Van Damme, Jackie Chan, Bruce Lee… Zajarałem się tym, podglądałem jak się ruszają, kupiłem sobie nawet takie buty jakie miał Bruce Lee – shaolinki. W wieku 9 czy 10 lat trafiłem do szkoły sztuk walki i zacząłem doznawać przekraczania swoich granic psychosomatycznych. To było niesamowite uczucie! Przez dziewięć lat trenowałem judo. Fascynowało mnie, kiedy trener mówił o środku ciężkości, centrum, które tak często badamy w pracy z ciałem. Pomału zacząłem odczuwać relację pomiędzy sygnałami z zewnątrz i obrazami wysyłanymi od wewnątrz, a tym samym ich funkcjonalność i efektywność. Odkryłem, że mogę podnieść przeciwnika, który waży 100 kg, wykorzystując jego wagę, tor ruchu i siłę, choć sam ważyłem tylko 29 kg! Pojawiła się pierwsza relacja w pracy z partnerem, korzystanie z poczucia swojej i jego obecności. To co mnie najbardziej fascynuje, także na scenie, to właśnie obecność. Jest chwiejna i nieobliczalna jak zjawiska atmosferyczne. Czasami aktor przypomina mi gotowego do walki człowieka na macie, który jest w kontakcie z partnerem-przeciwnikiem, w ułamku sekundy wchodzi w niesamowity stan skupienia „TU” i spośród okrzyków publiki wyławia komunikaty wypuszczane przez trenera. Na scenie jest podobnie – wiemy jakie mamy narzędzia i co chcemy przekazać, ale nie wiemy co się z tym wszystkim wydarzy, a tym bardziej nie powtórzymy tego tak samo jak na próbie. To ciągła praca nad momentem zawieszonym pomiędzy czasem przeszłym, teraźniejszym i przyszłym, uważnością, grą impulsów przepływających między mną i partnerami, którymi są też ziemia, przestrzeń, dźwięk, cisza. Kiedyś widziałem, jak gość na scenie improwizował i nagle ktoś pierdnął. A on nie zignorował tego, ale użył, wykorzystał ten dźwięk, zaczął go imitować i przetransformował to w ruch. Można powiedzieć, że wygrał! Bruce Lee powiedział kiedyś, że jeśli cały czas tkwimy w koncepcji na temat tego co wiemy, łatwo wpadniemy w ruchome piaski. To tak samo ważne w pracy w teatrze i w sztukach walki: być w stanie „ja nie wiem”, by widzieć więcej. Woda nie wie, że zostanie wlana do naczynia, ale jak już tam jest, staje się naczyniem – przybiera jego kształt.

Ewolucja, zwierzęcość, człowieczeństwo – skąd wziął się temat twojej solowej pracy?
Czuję, że nasz instynkt, zwierzęcość są tłamszone od momentu narodzin. Mówi nam się w co mamy wierzyć, jak się zachowywać. Kościół, nauczyciele, rodzice, sąsiedzi próbują uczynić nas JAKIMIŚ. To „doradcy” z dobrymi intencjami, ale czy my jesteśmy świadomi, w jaki sposób się kształtujemy – i na poziomie ciała, i umysłu? Mamy na sobie tysiące koszul i płaszczy, a w środku siedzi dziki zwierzak, który nic z tego wszystkiego nie rozumie. Dlaczego go zamykamy? Są w życiu momenty, kiedy jesteśmy zmuszeni reagować szybko, np. ktoś jest świadkiem wypadku samochodowego, podbiega i przesuwa auto. Nie ocenia sytuacji, bo wtedy najprawdopodobniej zablokowałby się na działanie. Czuję, że kiedy „odcinamy głowę”, otwierają się kanały, dzięki którym pojawia się działanie w zwierzęcości. Ono może być skuteczniejsze niż to wynikłe z „rozmyślania o działaniu”. W pracy na sali badamy to: jak zwierzak w nas może się przejawić, co nam daje, czy należy się go bać?
Tęsknię zresztą za życiem naturalnym, prostym. Miasto czasem mnie przytłacza. Odwiedzam przyjaciół na wsi, którzy mają naturalną żywność, zwierzęta, działają niesamowicie prosto. W mieście mamy miliardy koncepcji na sekundę, miliardy reklam, poprzez które ocenia się nas i sugeruje zmiany na lepsze. Chcemy być bardzo ludzcy, mówimy: żyj jak człowiek, zachowaj się jak człowiek, mów jak człowiek. Ale w tej naszej koncepcji „człowieka” zaczynamy się oddzielać od natury. Człowiek i planeta, człowiek i zwierzęta, człowiek i przyroda… De facto stawiamy się poza WSZYSTKIM! Jak wrócić i rozpoznać moment, w którym to oddzielenie się zaczęło? Myślę, że gdzieś w ciele mamy go zapisanego i to mnie inspiruje.

I am that widziałam rok temu, a nie jest to pewnie typ spektaklu, który „umiera w dniu premiery”, ale przeciwnie – żyje dalej i zmienia się.
W tym roku postanowiłem połączyć tę część z poprzednią, Animan, w której na początku jestem sam. Później pojawiają się rekwizyty, struktury, bryły. Postać redefiniuje się poprzez konfrontację się z tymi partnerami w przestrzeni. Jeżeli chodzi o przebieg, ruch i atmosferę, daję sobie prawo do zmian, trochę oddechu, który pozwala mi widzieć, słyszeć i działać inaczej niż planowałem. Obok struktury zawsze jest improwizacja.

Ubiegłą edycję Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Inne Sytuacje w Bydgoszczy otworzył pokaz Teatru ZAR, z którym współpracujesz.
Dwa lata temu koleżanka z tego teatru poprosiła, bym poprowadził dla niego sesję. Zajmowaliśmy się elementami sztuk walk, zagadnieniami takimi jak poczucie rytmu, stanu równowagi, nierównowagi itp. W styczniu Jarosław Fret (dyrektor Instytutu im. Grotowskiego i założyciel Teatru ZAR – przyp. red.) otworzył projekt Body Constitutions, w ramach którego z Przemkiem Błaszczakiem (ZAR) założyliśmy Studio Dwóch Ścieżek. W projekcie biorą też udział Studio Matejka, Jubilo, którym dowodzi Daniel Han ze Studia Matejka, Studio Parkour nowej aktorki Teatru ZAR Simony Sala. Body Constitution – czyli nasze ukonstytuowanie ciała, konstytucja ciała – to pytanie o tysiące przekonań jakie mamy na jego temat i o to, jak ciało wchodzi w relacyjność z tą konstytucją. Badamy to w praktyce, poprzez trening.

Masz bogate doświadczenia warsztatowe, a niektóre punkty brzmią zagadkowo. Na przykład Szkoła Kaskaderów Filmowych, wow! Co po niej umiesz i czy masz w związku z tym jakieś doświadczenia filmowe?
Uczyliśmy się tam jazdy konnej, szermierki, sztuk walki (krav maga, combat kalaki, samoobrona), akrobatyki, ekstremalnej jazdy samochodem… Robiliśmy ćwiczenia na przełamanie blokad psychosomatycznych. W dużym stopniu odblokowałem np. swój lęk wysokości, skakałem ze specjalnego dźwigu, skakałem ze spadochronem. Wyobraź sobie, że spadasz np. z dwóch metrów na plecy i nic ci nie jest, bo dostajesz do ręki pewne narzędzie i strach okazuje się wyłącznie błędnym przekonaniem co do tego, co MUSI się wydarzyć. Później parę razy miałem drobne fuchy w serialach. Ale planuję indywidualny rozwój, może pod kątem większych produkcji.

A spiralna dynamika ruchu? To brzmi magicznie.
Ona przejawia się w każdej żywej istocie, w każdej komórce, w strukturze DNA, w kosmosie (którym przecież jesteśmy). Jest w naszej strukturze, układzie mięśniowo-kostnym. W dużym stopniu jest obecna niemal w każdej dziedzinie sportu i w sztuce. Czuję, że spirala to taka matka ruchu. Jak ją znajdziesz, chociażby na chwilę, pojawia się ekonomia ruchu, wiele znaczeń ruchu odśrodkowego i dośrodkowego, mniejszy wysiłek, różnorodność dynamiki i motoryki ruchu. Jest to bardzo pierwotne narzędzie o dużej mocy.

Czym się teraz zajmujesz i jakie masz plany?
Współorganizuję wrocławski Festiwal Żywe Kultury Ruchu Cyrkulacje. Naszym głównym partnerem jest Instytut im. Jerzego Grotowskiego. To najprawdopodobniej jeden z najbardziej alternatywnych festiwali szeroko pojmowanego ruchu w Polsce, choć mamy też nauczycieli i uczestników z zagranicy! Działam w Studiu Dwóch Ścieżek, za jakiś czas chcemy podzielić się efektami na scenie. Planuję rozwijać swoją pracę solową i duet z Agnieszką Rybak. Otwieram się cały czas na nowe, uczę się bycia w stanie „ja nie wiem”.


GDZIE I KIEDY?

Działy:
BIK

BIK

Tego autora

Powiązane artykuły (wg działów)