Derwid – skrywane oblicze Witolda Lutosławskiego

Derwid – skrywane oblicze Witolda Lutosławskiego Fot. Juliusz Multarzyński @ IMIT

Wizerunek Witolda Lutosławskiego jako kompozytora światowego formatu już za jego życia jawił się jako monolit bez skazy na wyrazistym obliczu. Nikt, kto otarł się o jego dzieło nie miał wątpliwości, iż stoi przed wybitnym twórcą muzyki symfonicznej, w mniejszym stopniu wokalnej i kameralnej, latami z morderczą konsekwencją budującym swój system kompozytorski, doskonalącym warsztat, wkraczającym w kolejne etapy jednej, wyraźnie wytyczonej drogi twórczej. Obraz największego po Chopinie i Szymanowskim polskiego twórcy nie zostawił praktycznie miejsca na wątki pomniejsze czy też mniej poważne w życiorysie. Pozostaje żałować, iż spowodowało to, że o innej niż główny nurt twórczości czerpiemy wiadomości mniej niż skąpe, sprowadzone przeważnie do lakonicznej informacji o piosenkach dla dzieci, żołnierskich, masowych, nurcie folklorystycznym, kawiarnianym okresie wojennym czy muzyce filmowej i rozrywkowej. Najmniej dotąd poznana dziedzina to właśnie owa muzyka rozrywkowa, skrzętnie pomijana w biografiach, jak i za życia przez samego kompozytora. Mimo takiego parawanu – wstydu? niezręczności? – utwory te, po pięćdziesięciu latach od powstania wciąż żyją własnym życiem, znajdując uznanie wśród takich wykonawców, jak Hanna Banaszak, Lora Szafran czy Mieczysław Szcześniak.


Od dziesięciu lat znana mi jest ta część twórczości Witolda Lutosławskiego. Po analizie całego dostępnego materiału nutowego podjąłem decyzję o włączeniu jego tang, walczyków czy foxtrotów do własnego repertuaru. Niniejszy artykuł jest wynikiem przemyśleń dotyczących ich wartości jako modeli dla współczesnego muzyka-improwizatora oraz próbą odpowiedzi na pytanie: co stanęło na przeszkodzie, by muzyka ta stała się dużo bardziej popularna niż jest to obecnie. By rzucić więcej światła na tę ostatnią kwestię, zdecydowałem się uczynić paralelę do kompozycji z głównego nurtu twórczości Lutosławskiego Lacrimosa na sopran i orkiestrę lub organy. Utwór ten, efekt mistrzowskiego opanowania warsztatu kontrapunktycznego i zwartości formy, mimo ewidentnych zadatków na klasyczny „hit” (krótki czas trwania, skromna faktura), wciąż sprawia na tyle poważne trudności wykonawcom, by nie wydostać się z niszy repertuarowej. Zarówno w jego przypadku, jak i piosenek Derwida możemy mieć do czynienia z podobnymi elementami hamującymi ich estradową karierę.

Nie po raz pierwszy kompozytor dał wyraz doskonałej orientacji w dziedzinach nienależących do ścisłego nurtu muzyki klasycznej. Niedługo przedtem, jako jeden z pierwszych polskich kompozytorów dokonywał pionierskich eksperymentów z muzyką konkretną. Czując potrzebę upowszechniania odbioru muzyki, żywo interesował się techniką nagraniową – warto przypomnieć, iż to kompozycja Lutosławskiego (Mała suita) znalazła się na pierwszej polskiej płycie wolnoobrotowej wyprodukowanej w 1955 roku. Podążanie za współczesnymi tendencjami w muzyce rozrywkowej nie mogło sprawiać kompozytorowi większych trudności, krótkotrwały romans z tą dziedziną w niewytłumaczalny sposób stał się jednakże tematem tabu tak dla autora, jak i muzykologów badających jego twórczość.

Podstawowe monografie poświęcone Lutosławskiemu traktują temat piosenek z lat 50. i 60. mniej niż zdawkowo, większość w ogóle go pomija. Kilkusetstronicowa praca Tadeusza Kaczyńskiego1 nie poświęca temu aspektowi twórczości mistrza nawet jednego zdania, mimo że autor pisze o pieśniach masowych, piosenkach dziecięcych czy utworach folklorystycznych. Wspomina również nazwisko Władysława Szpilmana, jako zamawiającego u kompozytora „lżejszą” twórczość, lecz nie w kontekście omawianych tang, foxtrotów czy walczyków. Również w wydanych przez Kaczyńskiego rozmowach z mistrzem temat muzyki tanecznej nie istnieje.


1Tadeusz Kaczyński: Lutosławski. Życie i muzyka. Warszawa 1994.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Maj 2013 Derwid – skrywane oblicze Witolda Lutosławskiego