Się nam wydaje. W Bydgoszczy (4)

Tryptyk, czyli ekstatyczny tren

Jerzy Szatkowski nie ucieka od swojej młodości, nigdy zresztą od niej nie uciekał, pozostając wiernym poetyckiemu idiomowi z czasów swojego debiutu, pozostając wiernym swoim najbardziej prywatnym okolicom (w każdym bodaj sensie tego słowa, co tu może oznaczać: wierny swoim zasadom, wierny tej buntowniczej, wagabundowskiej etyce, wierny światu, którego obraz ukształtował się dawno temu, a który jest wzruszająco niedzisiejszy), a także – co wymieniam na końcu, ale co w kontekście jego najnowszej książki jest może najistotniejsze – pozostając wiernym swoim poetyckim przyjaźniom. Tu akurat najbardziej jednej poetyckiej przyjaźni – z Edwardem Stachurą (chociaż postaci z tego kręgu pojawia się tam więcej i w różnych rolach: Różański, Żernicki, Milczewski-Bruno – cała ta na wpół zapomniana generacja).

Jerzy Szatkowski pozostając wiernym swojej młodości i jej przyjaciołom, pozostaje poetą wciąż niezwykle młodym (nie w tym znaczeniu, w jakim młody pozostaje Bohdan Zadura, który odnawia swój poetycki idiom pod wpływem kolejnych pokoleń poetów, ale w tym znaczeniu, że pozostaje w swojej własnej młodości zamknięty; nie wiem, który z tych wariantów wiecznej młodości jest lepszy, myślę, że z pewnością ten, który z punktu widzenia autora daje lepsze rezultaty – jeśli nie poetyckie, to przynajmniej osobiste korzyści: energię do życia, pasję tworzenia itd.). Przy okazji nasuwa się taka refleksja: Stachura, który dla mojego pokolenia jest literacką legendą (pomijam tu sferę wartościowania, chodzi o to, że będąc legendą staje się postacią istniejącą poza konkretnym czasem – jest autorem przeniesionym do historii, w najmniejszym stopniu współczesnym, pradawnym właściwie), jest (czy: był) tylko trzy lata od Szatkowskiego starszy.

Tryptyk jest w całości właściwie poświęcony Stachurze (nawet jeżeli jego istotna część nie odnosi się wprost do postaci przyjaciela, to i tak oddaje mu hołd właściwie każdym słowem, które kieruje nas od razu do Stachury jako wielkiemu prawodawcy tego poetyckiego języka). Ale nie jest książką w żadnym stopniu smutną – mam zresztą wrażenie, że smutna książka poświęcona Stachurze byłaby niemożliwa do napisania jego, Stachury, językiem. Tryptyk jest – że powtórzę oksymoron z tytułu tej recenzji – ekstatycznym trenem, czyli taką pieśnią żałobną, która potrafi opiewać stratę w taki sposób, by nie obarczać za nią odpowiedzialnością nikogo (ani Boga, ani świata), by nad poczuciem straty dominowała wdzięczność za dar przyjaźni, który tę stratę poprzedził. Owo wzniosłe opłakanie jest zresztą wyrażone wprost jako wciąż żywy imperatyw twórczości Szatkowskiego: „mnie się nie marzą już żadne cuda / coraz to bliżej »niebieska tancbuda« // jeszcze mi tylko napisać ten tren / za przyjaźń »zawsze« odprawić »mszę«”.

Ta msza, jak mówi tytuł, składa się z trzech części: Jaskółki, Motyle, Tren dla Steda. Pierwsza i trzecia są melanżem wierszy i prozy (w części pierwszej proza stanowi większą część), druga – jest krótką prozą. Jednak te podziały są zupełnie umowne, w istocie – całym pisaniem Szatkowskiego rządzi żywioł poetycki: poza tym, że niektóre z wierszy są rymowane, to proza w sensie stylistycznym nie różni się znacznie od wierszy. To oczywiście wyraźny trop wiodący do stachurowej tradycji.

W pierwszej części, jak wspomniałem, znajdujemy obszerną prozę – to stylizowany list więźnia do swojego wychowawcy (ewentualnie – bo chronologia zdarzeń jest tam zaburzona: wychowanka domu poprawczego lub byłego wychowanka poprawczaka, a obecnie więźnia do swojego byłego wychowawcy; nie to jest jednak najistotniejsze). Wyróżnić go trzeba dlatego choćby, że pojawia się tam kluczowy, tytułowy zresztą, motyw: jaskółek. Wspomnienie morderstwa dwóch jaskółek powraca co jakiś czas, dając nam – oprócz innych znaczeń, jakie niesie – znak czułości do świata, który jest charakterystyczną cechą tej poezji.

Ale zauważmy, że i jaskółka, i motyl w tym przypadku są metaforą poety – a Stachura, przynajmniej dla Szatkowskiego, jest ucieleśnieniem poety idealnego, materializacją archetypu poety. Jaskółka więc to poza oczywistą symboliką (ptak czyli poeta, niebieski ptak) to także symbol poety, który jest pożyteczny, który komunikuje ludziom swoim lotem (wysokim lub niskim) pogodę. Na jaką więc opowieść o Stedzie składają się te trzy części? Kolejno: wysoki wzlot zwiastujący pogodę (tak zresztą kończy się ta więzienna proza: „Jaskółki wysoko latają. Będzie pogoda! Ty słyszysz mnie, Sted.”), później – krótki, ale piękny żywot motyla, a wreszcie – radosny tren po tym jaskółczo-motylim życiu.

To piękna, może nawet zbyt piękna (w takim cepeliowym pięknie) pochwała poezji i świata, co jednak istotne – jest ona ostatnią deklaracją tego zapomnianego pokolenia. Co może w tym wydaniu razić, to jego zbytnia wystawność: lśniąca, twarda okładka, nachalnie złoty kolor – zupełnie nie pasują do swojskości poetyckiego języka, do powszedniości i zwyczajności, jaka jest tłem narracji, do siermiężnych czasów, jakie opisuje Szatkowski, do Stachury, do przaśnej scenerii przygód dwóch poetyckich przyjaciół: Szatkowskiego i Stachury.

Bydgoszcz, przewodnik turystyczno-kulturalny, czyli mozół

„Wydanie drugie, poprawione i uzupełnione” – a taki przypisek znajdziemy w książce – ściga się ze swoją wcześniejszą wersją na okazałość i obfitość, to oczywiste. Ściga się też – ale to dopiero w drugiej kolejności – z innymi wydawnictwami tego typu. A że wydawnictw takich nie ma wielu (prawdę powiedziawszy, choćby w części tak okazałych jak to, nie ma bodaj wcale), tym większa odpowiedzialność. Mniejsza też motywacja do ścigania się. Trzeba więc docenić ten zupełnie nieprawdopodobny ogrom pracy, jaki autorzy tego przewodnika (tym bardziej, że jest ich tylko dwoje: Lucyna Miller i Zbigniew Wróbel) włożyli w jego przygotowanie. Ponad pięćset stron wydaje się nie do ogarnięcia przez tak mikroskopijny zespół, właściwie duet autorski. Ów przewodnik powstał w efekcie wielkiego mozołu, który – za chwilę do tego dojdę – widać, niestety; ten mozół z całą siłą narzuca się czytelnikowi. Co nie zmienia faktu, że trzeba cieszyć się tym, że pojawia się tak obszerne i pełne kompendium wiedzy o Bydgoszczy.

Jaki obraz Bydgoszczy powstaje po przeczytaniu tego kompendium? To powinno być podstawowe pytanie, jakie każdy twórca powinien sobie zadać przed rozpoczęciem pracy. Wszystkie swoje starania powinien bowiem podporządkować wizji, jaka pojawi się w udzielonej odpowiedzi. W przypadku tego przewodnika rekonstrukcja takiej wizji nie jest łatwa. Chociaż przewodnik jest skonstruowany tak, że opisuje długą trasę spacerową po Bydgoszczy, nie jest ona (ta trasa) na tyle jasna, by można ją było prześledzić bez poczucia zagubienia. To zresztą może i dobry pomysł, ale efekt nie jest czytelny. Może lepiej byłoby skonstruować kilka tras spacerowych w kolejnych rozdziałach książki. Taka niekończąca się trasa spacerowa obejmująca całą książkę jest w praktyce niewykonalna – w tym znaczeniu, że nie da się jej przejść za jednym razem. Dlaczego więc jej nie podzielić?

Jeżeli bym koniecznie chciał odpowiedzieć na pytanie o wizję, jaka się z tej książki wyłania, to powiedziałbym: Bydgoszcz jest miastem nieoczywistym, bo jej piękno ukryte w detalach nie jest widoczne od razu, jest miastem, którego poznanie i polubienie wymaga wysiłku (o ile nie: mozołu). Jest to miasto pozbawione spójnego obrazu, miasto bogate w szczegóły, któremu brak spajającej wizji. Czy to dobrze? Nie wiem, wiem, że z punktu widzenia turysty (a to chyba naturalny adresat takiej pozycji) może to być niejakim kłopotem.

Ale książka – pomimo całego mozołu i trudu, który w to zadanie włożyli jej twórcy – ma całkiem sporo wad. Oczywiście rzecz to nie do uniknięcia w takiej publikacji, ale jednak. Po pierwsze więc, książka prezentuje niezwykle archaiczną szatę graficzną (wszystkie pomysły składaczki, bo za skład odpowiedzialna była Lucyna Miller, są dyskusyjne: od ramek, przez zastosowane czcionki, obróbkę fotografii, cieniowania, po słaby projekt okładki; najbardziej irytują zdjęcia wstawiane w inne zdjęcia). Po drugie, przytłacza nadmiarem zdjęć, które – jak to w takim nadmiarze – czasem bywają słabe i źle skomponowane. Po trzecie, mimo tego, że to wydanie poprawione, pojawiają się informacje nieaktualne, wiele nieaktualnych zdjęć (chodzi mi o te, które można by z pożytkiem zamienić na aktualne – np. ul. Mostowa w budowie fotografowana od strony rzeki). Po czwarte, wiele tekstów jest po prostu przegadanych, często informacje tam zawarte nie są ciekawe (nie tylko dla turysty, ale i dla większości bydgoszczan), a wiersze mające w zamierzeniu uatrakcyjnić obraz Bydgoszczy, bez wyjątku chyba są słabe, najczęściej – bardzo słabe.

A jednak – mimo wszystko – trzeba docenić taką inicjatywę, tym bardziej, że przecież wszyscy następcy autorów (a i oni sami przy kolejnych edycjach przewodnika) będą się mogli zarówno uczyć na błędach, jak i korzystać ze sprawdzonych pomysłów. Trzeba docenić ten mozół autorów, ich zaangażowanie, licząc na to, że ta książka będzie dla turystów – czego jako rodowity bydgoszczanin może nie potrafię zauważyć – pomocą i rozrywką.

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy Kultura Listopad 2011 Się nam wydaje. W Bydgoszczy (4)