Uniwersytet i smakosze kultury

Po dwóch głosach toruńskich (Grzegorz Giedrys – dziennikarz kulturalny toruńskiej „Gazety Wyborczej” i Tomasz Cebo – współwłaściciel klubu NRD) przychodzi czas na głos bydgoszczanina. Nie tylko dzięki temu, że autor pochodzi z Bydgoszczy, przyjmuje zupełnie inną perspektywę. Waldemar Lewandowski – zastępca redaktora naczelnego „Gazety Pomorskiej” – zupełnie gdzie indziej niż poprzednicy szuka źródeł stabilnego rozwoju miejskiej kultury.

Cykl dyskusji o stanie kultury w Bydgoszczy i w Toruniu został przez „BIK” rozpoczęty przed Bydgoskim Kongresem Kultury. Pisząc na te tematy dzisiaj, nie sposób zignorować tego, co BKK przyniósł. Nawet jeśli – zdaniem niektórych – przyniósł wyłącznie potwierdzenie stereotypowych obaw na temat nieporadności, skłócenia i braku wizji działania (osobiście nie podzielam aż tak radykalnego poglądu), to nie można nie dostrzec, że BKK był obrazem realnego stanu środowisk. A z tym nie ma się co kłócić. Można tylko kombinować, jak z tego, co mamy, ulepić cokolwiek lepszego niż dotąd.

Zacząłem od Bydgoskiego Kongresu Kultury i w większej części na bydgoskim punkcie widzenia chcę się skoncentrować. Porównania z Toruniem, do których ucieknę się nieco dalej, siłą rzeczy będą nasycone postrzeganiem stereotypowym. Opartym bardziej na wiedzy zapożyczonej niż na bieżącym – świeżym i głębokim – doświadczeniu. Wytłumaczenie brzmi prosto: jestem przykładem takiego mieszkańca regionu, który jakoś doświadcza istnienia ponadmiejskiej wspólnoty terytorialnej, a z zawodowych powodów ma nawet codzienny kontakt z torunianami i z informacjami pochodzącymi z ich miasta, ale mimo tego wszystkiego nie mam zazwyczaj ani głębszej potrzeby, ani możliwości, by regularnie żyć atmosferą tamtego miasta.
Nie, nie chodzi o żadne sąsiedzkie animozje. Chodzi o to, co jest udziałem przytłaczającej większości pracujących ludzi – czasoprzestrzenne oddalenie obu miast. To, że dotarcie do Torunia, by doświadczać tamtejszego bogactwa oferty kulturalnej jest o wiele mniej skomplikowane niż peregrynacja w tym samym celu do Warszawy, Krakowa czy Wrocławia, nie znaczy, że w ogóle nie jest skomplikowane. Jest – wymaga czasu, pieniędzy, woli pokonania zmęczenia i gotowości na niewygody tułania się w drodze powrotnej. I wbrew hurraoptymistom przekonanym, że jakaś „konieczność historyczna” już jutro, najdalej pojutrze, każe obu miastom zrosnąć się we wspólny organizm, ja nie widzę szansy, by stało się to szybko. Tak na marginesie tego o czym piszę, przyszło mi na myśl, że warto byłoby kiedyś zdobyć lub zrobić wnikliwe badania na temat wzajemnego uczestnictwa w potocznej kulturze mieszkańców Gdyni i Gdańska, albo – dajmy na to – Sosnowca i Zabrza. Intuicja podpowiada mi, że nawet godna pozazdroszczenia kolejka SKM nie ma wpływu na to, czy gdańszczanie miewają impuls do „wyskoczenia” do gdyńskich pubów, kin lub Teatru Muzycznego tak na co dzień, a nie od święta (wydarzeń o oddziaływaniu ogólnokrajowym, jak Open’er, nie liczę). I choć to tylko intuicja, to na niej opieram moje głębokie przekonanie, że Bydgoszcz i Toruń bywają dla siebie konkurencją gospodarczą, edukacyjną, nawet kulturowo-demograficzną, ale nie są i nie będą dla siebie konkurencją kulturalną. Cenne natomiast może być nasze sąsiedztwo pod względem bliskiej obserwacji doświadczeń i wyciągania z niej nauki.

Wróćmy jednak na bydgoskie podwórko. Do miasta, w którym – odkąd pamiętam – obowiązującą manierą publicystyczną jest (niewypowiedzianie smutne w wyrazie) przywoływanie statystyk demograficznych, gdy trzeba uzasadnić nasze aspiracje posiadania bujnego życia kulturalnego.
Dla niektórych publicystów „potencjał demograficzny” sam w sobie jest dowodem, że dzieje się u nas dużo, bo tak wynika z liczb (zwłaszcza, gdy podlać to sosem statystyk o najszerzej pojętych instytucjach kultury). Dla innych – to powód do mantrycznego utyskiwania, że nasze życie kulturalne nie sięga do „potencjału demograficznego”, więc coś jest nie tak; albo ludzi niezasłużenie za dużo, albo ta masa ludzi nie zauważa, że powinna więcej (ze wspólnej kasy oczywiście) na kulturę „dawać”. Debata o stanie kultury prowadzona na taką nutę, ma tę cechę, że sprowadza cały temat do tego, co jest teraz i co z tego można mieć wkrótce. Rozumiem, że to ważne. Dla artystów i ludzi kultury chcących łączyć powołanie z zarabianiem na godne życie, perspektywa najbliższej dotacji i serii najbliższych budżetów jest szalenie istotna. Tyle, że wszystkich nas pakuje do tego samego chomiczego kołowrotka, napędzanego przez kadencyjność naszych demokratycznych władz. I przez ich rytm pracy, według którego przez parę miesięcy opłaca się mościć na stanowisku, przez parę następnych jako-tako administrować, a przez ostatnie półtora roku najlepiej nic nie zmieniać, by nie stracić głosów wyborców. W tym samym rytmie przebiega finansowanie instytucji kulturalnych (jak i zresztą finansowanie niemal wszystkiego, na co idą pieniądze publiczne). Miejsca na wielkie reformy w tym niewiele, za to sporo przestrzeni na tradycyjne wyszarpywanie sobie skromnych dotacji. Często w oparciu o wydeptane wcześniej towarzyskie ścieżki do tego czy owego wyższego urzędnika.
Bardzo przepraszam – ale nie w takim rytmie budowały siłę swego kulturalnego oddziaływania ośrodki najbardziej dziś z niej znane.

OK, więc spróbujmy – tak roboczo – zerknąć na Bydgoszcz i jej kulturę w perspektywie szerszej. Na przykład pokoleniowej, a nawet i dwu- lub trójpokoleniowej. To nie jest zabawa dla tych, którzy chcieliby radykalnej zmiany „bo jak nie, to ja się stąd wyprowadzam”. To raczej ćwiczenie dla tych, którzy z Bydgoszczą związali się na dobre i na złe, i gotowi są trochę na to „dobre” popracować. W moim najgłębszym przekonaniu istnieją pewne fundamenty, od których zależy, czy kulturalne oddziaływanie miasta jest płytsze czy głębsze, długotrwałe czy przelotne, zależne od mody lub pokolenia czy rozlewające się szeroko na rozmaite środowiska. Co więcej, takie fundamenty niekoniecznie odnoszą się do kultury pojmowanej wąsko jako uczestnictwo w sztuce czy jako działanie instytucji kulturalnych.
To ważne zastrzeżenie, bowiem z tej części Bydgoskiego Kongresu Kultury, którą dane było mi dotknąć i doświadczyć, zapamiętałem m.in. niepodjętą propozycję, aby zająć się na początek zdefiniowaniem kultury, która ma być przedmiotem debat. Miało to sens, jeśli wziąć pod uwagę skłonność tzw. „środowiska” do stawiania siebie w centrum uwagi i do wykluczania innych ze swego grona. Słowem, do dzielenia się na grupy, kanapy i towarzystwa. Ale z uwagi na tę właśnie skłonność przeprowadzone być nie mogło.

Ja natomiast, na użytek tych rozważań mogę fundamenty kulturalne miasta definiować po swojemu i bardzo szeroko. Na początek przykład.
W lipcu miałem przyjemność obserwować (po trosze wziąć udział) w plenerowej akcji-debacie o wolności w internecie. Nie było to jakieś gigantyczne przedsięwzięcie. Zajęło niewielki wycinek Placu Wolności. Rozstawienie skromnego nagłośnienia nie zajęło więcej czasu niż rozdanie wśród zaskoczonych przechodniów garści ulotek. Zeszło się na czas kilkoro zaproszonych dyskutantów i przez godzinę zaskoczeni przechodnie mogli posłuchać nieco zaangażowanych wypowiedzi przetykanych muzyką. Parę osób nawet ośmieliło się zabrać głos, korzystając z podstawionego przez młodych organizatorów mikrofonu.
Akcja nie była wyjątkowa w tym sensie, że przyniosła jakieś nadzwyczajne poruszenie społeczne. Wspominam o niej dlatego, że długo przed nią i długo po niej nic podobnego się w mieście nie odbyło. Ujmujące, że był to pomysł młodych ludzi z portalu Moje Miasto Bydgoszcz, zrealizowany z udziałem młodych ludzi z Wyższej Szkoły Gospodarki, a głos „starych” (dr Grzegorz Kaczmarek, dr Karol Zamojski czy niżej podpisany) był tam tylko ozdobnikiem i skutkiem akcji, a nie jej zaczynem.
Spotkanie z pogranicza społecznej debaty i happeningu z pozoru niedokładnie kultury w mieście się tyczy. Tylko z pozoru. Bowiem dla mnie jest zjawiskowo rzadkim przykładem oddolnego fermentu, bez którego nie ma mowy także o spontanicznym uczestnictwie w kulturze. Tej kulturze, która jest żywą tkanką rozpiętą poza kalendarzami i programami działania szacownych instytucji kulturalnych.
Od pierwszych chwil tego happeningu poczułem się niezwykle dobrze i na miejscu, ale zarazem uwierało mnie, że nie kojarzę skąd znam to poczucie. No bo przecież w Bydgoszczy nie miałem okazji, by… No tak: to nie o Bydgoszcz chodziło. To z podświadomości wychynęły reminiscencje podobnych, czasem spontanicznych, czasem na wpół zaplanowanych akcji, których tyle widziałem i doświadczyłem a to na studiach, a to podczas pracy w redakcji kulturalnej jednego z poznańskich dzienników.
Użyłem już słowa „ferment”? Weźmy je w dłoń, poprzyczepiajmy do niego rozmaite okoliczniki, zmieniające to słowo w pojęcia takie jak „ferment artystyczny”, „ferment umysłowy”, „ferment światopoglądowy” czy „ferment ideologiczny”. A potem postarajmy się sobie wyobrazić przestrzeń lub organizm, który na wszystkie te rodzaje fermentu pozwala, inspiruje je, daje do nich narzędzia (choćby myślowe i pojęciowe), a nawet w kluczowych chwilach daje schronienie niosącym takie fermenty ludziom i powstałym w takich fermentach ideom. To oczywiście uczelnie, mówiąc językiem klasycznych pojęć: uniwersytety, ale życie pokazuje, że nie tylko one. Och, wiem oczywiście, jak wiele artystycznych i społecznych idei rodziło się wbrew uniwersytetom, wbrew „myśleniu akademickiemu”, w klasycznej opozycji uczniów wobec mistrzów itd. Ale nawet w tych przypadkach warunkiem niezbędnym do walki z uniwersytetem było… istnienie uniwersytetu. Gdy jakieś duże miasto obiera sobie na siedzibę grupa twórców wiedziona tym, że elit tu niewiele, uczelnie nie produkują „magistrów sztuki” za to ludożerka liczna i spragniona rozrywki – można na tym zbudować jakieś życie kulturalne. Ale też można łatwo je zamordować gdy takie przyszyte do miasta środowisko podzieli się, wymrze, wyemigruje. To kultura-chwilówka, oparta na nielicznych odbiorcach nauczonych, że „trzeba bywać” i traktujących to trochę jak rytuał bez treści.
Jednym z najważniejszych dla mnie fundamentów, na których zbudowana jest kultura angażująca ludzi dlatego, że „coś” im się chce, jest zatem ambitna tkanka akademicka. Nienastawiona wyłącznie (choć i to ważne), na dostarczenie rynkowi pracy ludzi w potrzebnych zawodach, ale także na badania, poszukiwania, eksperymentowanie i wymianę myśli. W takim tyglu mieszają się ludzie twórczy z tymi, w których wzrośnie potrzeba uczestnictwa w kulturze. W takim tyglu powstają i zderzają się idee zarówno jałowe, jak i twórcze. Dzięki oparciu w uczelnianej bazie i dzięki uczelnianemu zapleczu (powiedzmy z angielska, ale chyba trafniej – backupowi) myślowemu, raz po raz zapracowani mieszczanie zaskakiwani są czymś barwnym, poruszającym, czasem groteskowym, często prowokującym. Czymś, co napada ich znienacka także poza murami uczelni i poza ścianami studenckich klubów. Czymś, czego bardzo by zapracowanym mieszczanom brakowało, gdyby nagle zniknęło.
Ciekawa cecha tego akademickiego podglebia to również sztafeta pokoleń. Pojedyncze instytucje, choćby nie wiem jak mocno promieniujące, bardzo często dokonują żywota wraz z pokoleniem, które je rozsławiło. Jeśli trwają dłużej, to jako makiety ze „starych, dobrych czasów”. Universitas to miejsce, gdzie pokolenia wymieniają się płynnie, zderzają się ze sobą w jednostajnym przepływie czasu, mając niepowtarzalną nigdy później okazję do polemizowania i korespondowania z ideami czy wzorcami innych pokoleń i środowisk.

Obiecałem, że jeszcze odniosę się do przykładu Torunia. Cóż, po tym co napisałem powyżej, wnioski są dość proste. Toruniowi zazdroszczę nie jednej czy drugiej sławetnej knajpy, Baja Pomorskiego, nawet nie tak bardzo CSW. Pozazdrościć mogę wpływu, jakim na tym mieście odbiło się ponad 60 lat uniwersyteckości. To, jak zastrzegałem, spojrzenie człowieka z zewnątrz, więc bardzo mało zniuansowane. Ale mam przekonanie, że wpływ ten sięga o wiele, wiele dalej niż sama żywotność klubu Od Nowa. Ludzie, którzy przez tę uczelnię przeszli, nasiąkali skutecznie tą potrzebą współuczestnictwa, która wyraża się nie tylko w „obłożeniu” staromiejskich knajpek i nie tylko w mnogości sklepów z rękodziełem. Wyraża się ona także – jak mniemam – w doskonale w Toruniu rozumianej i akceptowanej potrzebie chuchania na każdy kolejny przejaw kulturalnej czy artystycznej oryginalności.

Czy dołączywszy przed sześciu laty do grona miast akademickich, Bydgoszcz jest na prostej drodze do tego, by posiąść taką solidną tkankę pod przyszły rozkwit życia artystycznego i kulturalnego? Niełatwo ocenić. Nic nie dzieje się samo. Na pewno uniwersytetowi (i nie tylko tej uczelni) trzeba pomagać i o niego dbać. Nie deprecjonować tylko dlatego, że jest na dorobku. Właśnie dlatego kibicować mu tym bardziej. Wierzę, że celna krytyka też jest formą wsparcia. Takiej celnej krytyki pozazdrościłem niedawno kolegom z “Gazety Wyborczej”, gdy wszczęli debatę o zbyt małym oddziaływaniu kulturalnym UKW w porównaniu z choćby przywołaną wcześniej przeze mnie (a mniejszą przecież) niepubliczną WSG. Wyniosłe odrzucenie przez UKW tych zarzutów wpisuje się w marną tradycję, ale ja się nie zniechęcam. Też wskazuję palcem w bydgoski uniwersytet i nawołuję do pracy nad tym, by z każdym rokiem stawał się coraz prężniejszą universitas – „ogółem uczniów i profesorów”, a nie tylko lepiej nazywającą się szkołą zawodową. Wówczas zaludni nam miasto naprawdę wymagającymi smakoszami kultury.

Waldemar Lewandowski
autor jest publicystą i zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Pomorskiej”

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy Kultura Listopad 2011 Uniwersytet i smakosze kultury