Bydgoszcz – podręcznik użytkownika (7)

Ruiny domu autora przy ul. Wiatrakowej Ruiny domu autora przy ul. Wiatrakowej Fot. Szymon Andrzejewski

Brzeczka, rzeczka, honor i Tęcza

Byłbym zapomniał. A zapominanie nie jest szczególnie polecane, co wiedzą ci, którzy musieli kiedykolwiek w trybie awaryjnym korzystać z usług hydraulika (czyli pana, co ma cienistą dolinę południa pleców wpisaną w wizualną charakterystykę zawodu), ekipy remontowej tudzież straży, co jest pożarska. Pożarna znaczy. Chociaż z drugiej strony mój organizm nie pamięta lat dziewięćdziesiątych i dlatego wszyscy myślą, że jestem dziesięć lat młodszy niż faktycznie. Pamięć jednak potrzebna jest jak zapalniczka, gdy otwieracza brak, a wszystkie parapety zaokrąglone. O pamięci więc w miesiącu mych urodzin…

Skąd ty mieszkasz k…o jeden? – ten amalgamat gramatycznych pomyłek przyjął kiedyś na twarz i na Pradze Południe jednocześnie mój znajomy (obecnie znany pianista i aranżer) wracając nocną porą do wynajmowanego na rzeczonej dzielnicy mieszkania. Dzielnicy będącej częścią największego na Ziemi skupiska betonowych klocków Lego. Przyjął i zestrachawszy się na chwilę stracił poczucie czasu. Gdy się ocknął, to okazało się, że ma trzech nowych znajomych, że znajomi ci mają permanentne łzawienie na niebiesko dosłownie wymalowane na twarzach i że mu się Warszawka pod nogami kołysze procentowo. Nie dostał po ryju ani nie wydał zbyt dużo pieniędzy. Kiedyś o takich zachowaniach mówiło się „Honor wśród złodziei”. Nie wiem, czy druga część tego tekstu ma pokrycie uszyte z prawdy, ale wiem, że honor to istnieje na pewno. Wyrażający się między innymi w tym, że nie leje się w trójkę niskiego, chuderlawego muzyka. Po co się męczyć we trzech skoro jeden wystarcza w zupełności. Na mojej „ośce” panuje to samo przekonanie.

Podążając za gramatyką wypowiedzi panów co łzawić nie przestaną – ja mieszkam ze Szwederowa. Domu, w którym spędziłem pierwsze lata oglądania tego cyrku dookoła już nie ma. Na jego miejscu jest teraz skrzyżowanie. Charakterologicznie by się nawet zgadzało. Dom, w którym nauczyłem się czytać i podwórko, gdzie dwaj starsi kumple nauczyli mnie, jak jeździć rowerem i skutecznie posługiwać się czymkolwiek w czasie ulicznej różnicy zdań też już zniknęły z mapy tej najbardziej kolorowej dzielnicy naszego grodu szaroburego. Został pagórek usytuowany naprzeciwko płotu, co to okalał kiedyś warzelnicze centrum naszego regionu. Centrum, którego też już nie ma, bo piwo to się teraz zgorzkawia bydlęcą żółcią, a po chmielu została tylko ksywa mojego kumpla. Nie ma już tych magicznych poranków, kiedy sześciolatek budził się w dniu otwierania brzeczek i wiedział, że dziadek przywiązuje już sznurki do dwóch plastikowych kanisterków. Wiedział, bo cała dzielnica i pół śródmieścia pachniało szyszkami chmielowymi, które już trochę popracowały i rwą się, by w stanie ciekłym urozmaicić golonkę. Dziadek kanisterki przerzucał przez płot i pan Wiesiu nalewał. Potem odbierał zapłatę w spławikach wędkarskich i panowie ściskali sobie dłonie. Silne. Niezmączniałe w wyrazie od ściskania myszki komputerowej jeno. Barter. Piękno. Czysta forma.

U góry był dom dziecka, pod którym było zbocze i krzewy agrestu, owoce, które widziały, jak rodziła się męskość otoczona ciepłem pierwszych pocałunków. Przez okno pani Ignysowej wychodziło się do ogrodu, gdzie w ogóle nie trzeba było uważać na pokrzywy, bo co one tak naprawdę mogły nam zrobić. Wystawiało się stoliki, przynosiło herbatę oraz wynik barterowej wymiany za spławiki i rozpoczynało się filozoficznie nacechowane oddychanie pełną piersią osiedla. Bo przychodzili wszyscy. Ci spod dwunastki też. Mimo iż godzinę wcześniej, przy pomocy glinianych kul wystrzeliwanych z baziowych witek, wyjaśnialiśmy sobie wspomniane wcześniej różnice w postrzeganiu wszechświata. Nikt nie spisywał za piwo ani za ognisko. Nikt tego nie robił, bo dzielnicowy siedział przy stoliku i rżnął w skata. I był policjantem, a nie łapaczem staruszek na przejściach i zakładaczem klamr na koła. I rozumiał, że spokój bierze się ze spokoju. A jak kanisterki się opróżniły, to wysyłano silną grupę pod wezwaniem do Tęczy – legendarnego sklepu przy najbardziej niezrozumiałym skrzyżowaniu w znanym uniwersum. Tam panie obute w otwory na palce i pięty niezmiennie nie miały czasu i spod fartuszków oraz czepków burczały radośnie poczuciem chwilowej władzy nad tymi, co czekają w kolejce po bursztynową możliwość kontynuowania dywagacji. Potem się nad rzekę szło pod rękę z babcią albo za rękę z Kasią. Nikt się nie mógł w niej utopić (mimo chwiejnego podejścia niektórych uczestników), bo jak już kiedyś pisałem, niczym rzeka Ankh Pratchetta, była za gęsta. A potem się wracało. Rano sześciolatek budził się i czuł zapach chmielu. I wiedział, że kamienice dookoła już na niego czekają.

To nie jest tekst o tęsknocie za młodością. Naprawdę. Mam przez całe życie siedemnaście lat i zemrę pewnie w tym samym mentalnym wieku. To tekst o miejscu absolutnie unikatowym i niepowtarzalnym. O dzielnicy, która jak niewiele dzielnic na świecie ma swój klimat. Swój (i tu słowo, które rozpuszcza się ostatnio gwałtownie w korporacyjno-kłamliwym świecie zrobionym z homogenizowanych doznań) charakter. Mój serdeczny kolega wraca często ode mnie z żoną do domu w nocy pieszo. Przez Szwederko. Wiecie. I nic mu się nie może stać. Bo idzie z dziewczyną. Tak tu jest. Jeszcze.

Byłbym zapomniał. Ale nie zapomniałem.

Do następnego zachmurzenia.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start