Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Rozmowy z psem, czyli gawędy zrzędy czy mantry mędrca?

Późne (można powiedzieć: dojrzałe) lata Zdzisława Prussa są jego najintensywniejszymi, jeśli o natężenie twórczości poetyckiej idzie. Ale nie o samo natężenie chodzi; ostatnie lata to dla Prussa-liryka czas największych chyba osiągnięć (ja sam za szczytowe uważam tomy Z ręką na sercu i Szczygieł z New Jersey – ten pierwszy za całość, ten drugi za poszczególne wiersze, w tym świetny Ground zero). Napisałem „Pruss-liryk”, żeby zaakcentować, że nie o twórczość lekką, kabaretowo-satyryczną mi chodzi (choć i w tej dziedzinie jego aktywność w ostatnich latach jest znaczna), ale brak tu zdecydowanie nomenklaturowej ścisłości. Weźmy choćby wymienione przeze mnie tomy: owszem, składają się z wierszy lirycznych, które jednak łączą się w cykle – tam, gdzie Pruss osiąga efekty najlepsze, tam związki łączące poszczególne wiersze są silniejsze. Wymienione tomy (ale przecież nie tylko one, w istocie odnosi się to – chociaż w różnym stopniu – do każdego tomu z ostatniej dekady) są właściwie poematami, cyklami wierszy połączonych jednym konceptem, concept-albumami niż zbiorami przebojowych singli (by posłużyć się tą muzyczną metaforą – korzystałem z niej już wcześniej, pisząc o Prussie, a teraz przypominam nie bez uciechy). Nie znaczy to, że nie zdarzają się w tych tomach „przebojowe single”, przeciwnie: Pruss dba o poszczególne wiersze, jest – by przywołać podział, który kiedyś roboczo zastosował Stanisław Barańczak – raczej „ramkowcem” niż „rulonowcem” (czyli komponuje każdy wiersz, zamykając go w pewnej ramie, a nie pisze jeden niekończący się poemat, który później z powodów jedynie praktycznych tnie na mniejsze kawałki).

Działy:

Już, już jesteśmy na progu. Nie, proszę Państwa, nie mam na myśli progu jakiejś kulturowej czy cywilizacyjnej katastrofy (nie żebym ją wykluczał, ale nie o nią mi teraz idzie). Jesteśmy już na progu wiosny. Albo odwrotnie: wiosna jest już na naszym progu. Już wita się z gąską (o ile możemy tak pieszczotliwie o sobie myśleć, ale w Kujawsko-Pomorskiem to może akurat). Wiosna wymaga od nas niewiele, wymaga otwartości, otwarcia.

Nawet jeśli historia niczego nie uczy, to potrafi sprawić trochę przyjemności (przyjemne bywa bowiem to, że rozumiemy rzeczywistość lepiej i głębiej – chociaż to teza dość kontrowersyjna). Mnie lektura historii miasta takiej przyjemności trochę przyniosła.

Cały świat się zmienił od tamtego czasu, tezę moją o przepaści odgradzającej nas od wieków wcześniejszych podtrzymuję, chociaż nie w całej rozciągłości. Historia w jakimś bowiem sensie się powtarza, powtarza się mianowicie jako… nie, nie jako farsa – ale jako metafora.

Że niewiele Dybuka w tym Dybuku? Nie wiem, trudno porównywać bez tekstu, bez obu tekstów, ale nie jestem przekonany. W każdym razie: nie wykluczam, że nie ma tam przesadnie dużo tekstu An-skiego. Nie da się powiedzieć jednak, że w tym Dybuku mało było dybuka, wręcz przeciwnie – dybuka czy raczej dybuków jest tu wielu, a każdy tylko czeka na to, żeby nas omotać. W istocie świat cały „dybukowieje”, niespokojny od nadmiaru grzechów czyha na wszystko i wszystkich. I nie tylko czyha, ale i atakuje.

Działy:

Czas karnawału przed czasem postu (i po czasie innego postu). Post z karnawałem, karnawał z postem – tak czy inaczej, pozostajemy w stanie ciągłej wojny. Trudno o moment wytchnienia. Stronnictwo postu ze stronnictwem karnawału będzie tak trwało w zwarciu do ostatecznego zwycięstwa. Czyjego? A któż to wie. Póki co – karnawał. Zgodnie ze starożytną tradycją świat staje na głowie. I dziadowski prastary głos zawodzi (zabawnie? wręcz przeciwnie?):

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Michał Tabaczyński