Z Krzysztofem Gruse, bydgoskim artystą mieszkającym w Niemczech, rozmawia Monika Grabarek.


Spotykamy się u progu lata – za chwilę wyczekane i wytęsknione wakacje. Czy dla artysty lato to jakiś szczególny czas? A może raczej jałowy? Często się mówi, że to okres ogórkowy, nuda, nic się nie dzieje… Jakie będzie lato dla Krzysztofa Gruse?
Mnie latem najbardziej interesuje słońce. W naszym klimacie bywa z tym różnie i czasem trzeba to słońce gonić i podjechać gdzieś dalej na południe. Kiedy jeszcze mieszkałem w Polsce, to jeździłem nad morze, na wydmy, tam się wylegiwałem. I tu nie chodzi wcale o opalanie, ponieważ mam tryb jaszczurki i się lubię nagrzać. Wtedy sprawniej pracują moje szare komórki, lepiej się myśli, patrzy, czyta, pisze. To takie działanie podprogowe. Pod pozorem relaksu w głowie dzieją się różne inne sytuacje, otwierają się nowe kanały poznania i doznania. Nie jest też tak, że zabieram ze sobą tony książek i je pochłaniam, nie. Leżę sobie zazwyczaj spokojnie na plaży czy w lesie i myślę. To takie moje wyprowadzenie się do natury. Efekty takiego ładowania akumulatora zawsze przychodzą jesienią, wtedy najwięcej piszę. Jeśli się coś wydarza i tych wakacji nie ma z różnych życiowych powodów, powstaje wówczas taka dziura w ciągu roku bez lata. Zawsze dotkliwie to odczuwam.

Z Maciejem Cuske rozmawia Monika Grabarek.


Na jakim etapie w tej chwili znajduje się praca nad filmem?
Zakończony został montaż, najżmudniejszy etap w postprodukcji. Teraz czyścimy dźwięk i tworzymy muzykę. Układek montażowych mieliśmy ponad dwadzieścia na przełomie trzech miesięcy, czasem nie mieliśmy czasu na ich obejrzenie, robiliśmy więc takie specjalne pokazy dla kilku osób, które nigdy nie widziały dotychczasowych zdjęć, żeby mieć świeże spojrzenie, by złapać dystans do tego, co już zostało zrobione. Takie nieskażone spojrzenie wraz z wiedzą, którą my mieliśmy, bardzo dużo nam dawało.

Rozmawiamy w połowie maja; kiedy możemy się spodziewać premiery?
Premiera filmu nie kinowa, a festiwalowa odbędzie się pod koniec czerwca w Koszalinie podczas Festiwalu Debiutów. Natomiast co do premiery kinowej to termin jest jeszcze nieznany, ponieważ to w dużej mierze zależy od producenta i dystrybutora.

Z aktorem Teatru Polskiego w Bydgoszczy Michałem Czachorem o spektaklu Podróż zimowa rozmawia Maciej Federowicz.


Czytałeś już recenzje Podróży zimowej?
(Wywiad przeprowadzony został w pierwszych dniach maja, a bydgoska premiera spektaklu odbyła się 23 kwietnia br. – dop. red.)

Czytałem. Dużo ich było.

W zdecydowanej większości są tam umieszczone pozytywne opinie. Zgadzasz się z nimi i prezentowanymi interpretacjami?
Każdy widzi to, czego oczekuje. Postmodernistyczne teorie mówią, że tyle dzieł, ile interpretacji. Zastanawiające jest, jak radykalnie się one od siebie różnią. Odrzucają przedstawioną rzeczywistość, albo odnajdują w niej obraz świata i relacji międzyludzkich, który ich porusza, wpływa na nich. Papierkiem lakmusowym odbioru tego spektaklu jest według mnie ostatni monolog.

Z Justyną Zubrzycką, połową duetu iMageNta – pierwszego laureata projektu Pierwsza Płyta emcekowego A\V Studio o kulisach powstawania ich debiutanckiego krążka 2 heads & 3 tails rozmawia Kuba Ignasiak.


Na rynku muzycznym działacie od stosunkowo niedawna, pozwolę więc sobie zacząć od początku – skąd wzięła się nazwa Imagenta – jesteście grafikami/plastykami z wykształcenia?
Faktycznie nazwa nawiązuje do obrazu, wyobrażenia, czegoś, co można zobaczyć. Imagenta jest połączeniem dwóch słów: magenty i image, czyli koloru oraz obrazu. Nasza muzyka często przywołuje obrazy, wyobrażenia, kolory. Jest tajemnicza. Dużą wagę przywiązujemy do detali, ukrytych dźwięków, szeptów. Są dopracowane, przemyślane. Tutaj nic się nie dzieje przypadkowo. Chcemy, aby słuchając jej ludzie mogli wejść w nasz świat, tajemniczy i kolorowy, taki jak świat dziecka. Nazwa odzwierciedla to, czym jest nasza muzyka.

O kondycji teatru mówią Andrzej Stróż – organizator Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Inne Sytuacje w Bydgoszczy i dr Artur Duda – teatrolog, krytyk, adiunkt w Zakładzie Dramatu i Teatru UMK.

 


Czy w teatrze wszystko już było? W zapowiedziach Alternatywnych Spotkań Teatralnych KLAMRA w Toruniu często pojawia się pojęcie nowych form teatralnych. Co to takiego?
Artur Duda (AD): Żyjemy w kulturze zachodniej, w dyktacie nowości. Dzisiaj paradoksalnie często się zdarza, że nowością staje się to, co zostało zapomniane. Mija trzydzieści lat i dla młodemu odbiorcy pewne rzeczy zdają się awangardowe, choć pojawiły się już w historii teatru. Ja natomiast nie wierzę, że wszystko już było. Świat się zmienia, zawsze coś nowego może się pojawić i z taką nadzieją chodzę do teatru.

Andrzej Stróż (AS): Z tego wynikałoby że nowość w teatrze związana jest z wstępowaniem do teatru nowych widzów i nowych twórców. Ja jednak jestem przeciwnego zdania, choć może to właśnie kwestia wieku: nie widzę w teatrze niczego na tyle nowego, przede wszystkim w formie, z czym nie spotkałbym się wcześniej. Nie tylko w teatrach repertuarowych, ale i „eksperymentalnych”, bo pojęcie eksperymentu w teatrze też chyba „siadło”.

Zaczynał jako dziecko – od akrobatyki. Dziś współpracuje z Instytutem im. Jerzego Grotowskiego i Teatrem ZAR we Wrocławiu, zajmuje się technikami ruchowo-tanecznymi i sztukami walki. Z Jakubem Gontarskim rozmawia Ewa Stołowska.


Jak to się stało, że twoje doświadczenia warsztatowe zniosły cię ku teatrowi?
Ojciec zabrał mnie na akrobatykę, kiedy miałem 5 lat. Pamiętam jak instruktor podszedł, zaczął mnie rozciągać i pierwszy raz padały takie wyrażenia jak „świadomość ciała”, „obecność”. Nie wiedziałem co to właściwie znaczy, ale przeczuwałem, że to pomoże mi stać na rękach albo robić przewroty. Na ekranie pojawiali się akurat Van Damme, Jackie Chan, Bruce Lee… Zajarałem się tym, podglądałem jak się ruszają, kupiłem sobie nawet takie buty jakie miał Bruce Lee – shaolinki. W wieku 9 czy 10 lat trafiłem do szkoły sztuk walki i zacząłem doznawać przekraczania swoich granic psychosomatycznych. To było niesamowite uczucie! Przez dziewięć lat trenowałem judo. Fascynowało mnie, kiedy trener mówił o środku ciężkości, centrum, które tak często badamy w pracy z ciałem. Pomału zacząłem odczuwać relację pomiędzy sygnałami z zewnątrz i obrazami wysyłanymi od wewnątrz, a tym samym ich funkcjonalność i efektywność. Odkryłem, że mogę podnieść przeciwnika, który waży 100 kg, wykorzystując jego wagę, tor ruchu i siłę, choć sam ważyłem tylko 29 kg! Pojawiła się pierwsza relacja w pracy z partnerem, korzystanie z poczucia swojej i jego obecności. To co mnie najbardziej fascynuje, także na scenie, to właśnie obecność. Jest chwiejna i nieobliczalna jak zjawiska atmosferyczne. Czasami aktor przypomina mi gotowego do walki człowieka na macie, który jest w kontakcie z partnerem-przeciwnikiem, w ułamku sekundy wchodzi w niesamowity stan skupienia „TU” i spośród okrzyków publiki wyławia komunikaty wypuszczane przez trenera. Na scenie jest podobnie – wiemy jakie mamy narzędzia i co chcemy przekazać, ale nie wiemy co się z tym wszystkim wydarzy, a tym bardziej nie powtórzymy tego tak samo jak na próbie. To ciągła praca nad momentem zawieszonym pomiędzy czasem przeszłym, teraźniejszym i przyszłym, uważnością, grą impulsów przepływających między mną i partnerami, którymi są też ziemia, przestrzeń, dźwięk, cisza. Kiedyś widziałem, jak gość na scenie improwizował i nagle ktoś pierdnął. A on nie zignorował tego, ale użył, wykorzystał ten dźwięk, zaczął go imitować i przetransformował to w ruch. Można powiedzieć, że wygrał! Bruce Lee powiedział kiedyś, że jeśli cały czas tkwimy w koncepcji na temat tego co wiemy, łatwo wpadniemy w ruchome piaski. To tak samo ważne w pracy w teatrze i w sztukach walki: być w stanie „ja nie wiem”, by widzieć więcej. Woda nie wie, że zostanie wlana do naczynia, ale jak już tam jest, staje się naczyniem – przybiera jego kształt.

Z fotografikiem Wojciechem Woźniakiem rozmawia Monika Grabarek.


Na początku naszej rozmowy, chciałabym cię zapytać, czym dla ciebie jest fotografia, dlaczego posługujesz się właśnie tą formą wyrazu artystycznego?
Fotografia jest dla mnie narzędziem komunikacji, tak mogę w skrócie powiedzieć. Chodzi mi o tę fotografię z dziedziny artystycznej, jako artysta wypowiadam się właśnie w taki sposób i to jest taki mój rodzaj rozmowy – dialogu z drugim człowiekiem. Jeżeli ktoś odbiera w moich pracach to, co chciałem w nich zawrzeć, to jest to dla mnie bardzo krzepiące i właśnie o to mi chodzi.

Z Weroniką Płaczek, organizatorką Festiwalu Filmów Animowanych ANIMOCJE, który w dniach 24-28 kwietnia odbędzie się w Miejskim Centrum Kultury w Bydgoszczy rozmawia Kuba Ignasiak.


Wielkimi krokami zbliżają się ANIMOCJE, a mnie nurtuje pytanie: dlaczego robisz ten festiwal?
Bo zwyczajnie lubię filmy animowane.

Czym dla ciebie jest film animowany?
Na pewno sztuką, oryginalną formą wyrazu, która mnie przekonuje. Jest wreszcie ciekawością…

Z Mateuszem Łasowskim o emploi aktora rozmawia Maciej Federowicz.


 

Porozmawiajmy o emploi aktora. Ciekawi mnie, na ile czujesz się w nim uwięziony? W końcu nie przypominasz grzecznego chłopca.
Myślę, że nie mam powodów, aby czuć się uwięziony, bo każdy sezon zaskakuje. Jeszcze dwa lata temu nie spodziewałbym się obsadzenia np. w roli księdza, a w zeszłym sezonie zagrałem trzy takie role – w Dziadach, Popiełuszce i Wszystkich świętych. Zaskoczenie to też chyba zbyt duże słowo, mimo że oczywiście moje predyspozycje, warunki, tak na pierwszy rzut oka, ewidentnie świadczą o możliwości wykonywania zgoła odmiennej profesji. Nie oszukujmy się: dresiarz, kibol, morderca, ćwierćinteligent czy pijany rewolucjonista. Natomiast ostatni sezon był faktycznie bardzo „religijny”.

Z kustoszem Muzeum Fotografii w Bydgoszczy Arkadiuszem Blachowskim, rozmawia Łukasz Jędrzejczak.


Muzeum Fotografii wpisuje się w swoisty trend, polegający na tworzeniu miejsc, zajmujących się ochroną i promocją dziedzictwa narodowego, a dokładnie przedmiotów związanych z historią różnych sfer życia codziennego. Przykładem może być Muzeum Mydła i Historii Brudu czy niedawno otwarte Muzeum Wodociągów. Czy mieszkańcy Bydgoszczy są zainteresowani taką „historią napisaną przez codzienność”?
Skoro pojawiają się takie muzea, to znaczy, że musi być na nie zapotrzebowanie. Nierzadko zdarza się, że ludzie, przynosząc do nas znaleziony w piwnicy lub na strychu sprzęt, zwykle po dziadku czy ojcu, mówią „jak wy nie weźmiecie, to my to wyrzucimy na śmietnik, bo nie wiemy co z tym zrobić”. Choć nie można powiedzieć, że fotografia stała się swoistą wizytówką Bydgoszczy, tak jak wizerunkiem Torunia jest Kopernik, czy pierniki, to jednak zaznaczyła się ona dość mocno w jej przeszłości. Najpierw była przedwojenna fabryka Alfa, potem Foton. Prężnie działało także Towarzystwo Fotograficzne. Do dzisiaj uczy się fotografii w Zespole Szkół Chemicznych. Liceum Plastyczne też ma specjalność fotograficzną. W tym kontekście powstanie w naszym mieście muzeum, zajmującego się gromadzeniem, dokumentowaniem oraz prezentowaniem pamiątek fotograficznych regionu, wydaje się być czymś zgoła uzasadnionym.

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Artykuły w dziale wywiad