Z Katarzyną Gębarowską, dyrektorką Międzynarodowego Festiwalu Miłośników Fotografii Analogowej Vintage Photo Festival, rozmawia Emilia Walczak.


Na stronie internetowej Vintage Photo Festival piszecie, że „jest to przedsięwzięcie zrodzone z pasji do fotografii oraz głębokiego przekonania o tym, że fotografia analogowa przeżywa obecnie renesans i ma ogromny wpływ na kierunek rozwoju fotografii cyfrowej”. Jak myślisz, skąd się wziął ów renesans?
Obawiam się, że nie powiem niczego oryginalnego. László Moholy-Nagy [węgierski fotograf, malarz, projektant, profesor Bauhausu żyjący na przełomie XIX i XX w. – przyp. red.] powiedział 100 lat temu, że w przyszłości analfabetami będą ci, którzy nie rozumieją obrazu. Ta przepowiednia właśnie się spełnia. Świat komunikuje się poprzez obrazy, wielu ludzi zatraciło zdolność pisania – poza pisaniem na klawiaturze komputera. O czytaniu już nie wspomnę. Obrazy są wszędzie, zalewają nas. Wynalezienie aparatów cyfrowych sprawiło, że robienie zdjęć przestało być rytuałem, a stało się raczej sprawą refleksu, cytując Johna Bergera. Pstrykanie zdjęć stało się tak powszechne, że pojawiła się naturalna chęć spowolnienia tego procesu. W trendzie slow life znalazło się też miejsce dla powrotu do tradycyjnej fotografii, bo taka zmusza nas do myślenia, każe poczekać na „decydujący moment”. Stąd apokaliptyczne przepowiednie o całkowitym wyginięciu filmów i papieru do fotografii analogowej nie spełniły się: poza obrębem komercyjnej gałęzi fotografii, jak moda, reklama i dziennikarstwo, gdzie za wprowadzaniem nowych technologii stoją ekonomiczne i inne praktyczne względy, fotografia analogowa ma się coraz lepiej. Rzesze młodych ludzi sięgają po aparaty swoich rodziców i dziadków, aby popełnić zdjęcie „z klimatem” (śmiech).

Z prezesem Towarzystwa Śpiewu „Halka” Krzysztofem Sową rozmawia Emilia Walczak.


Towarzystwo Śpiewu „Halka” jest najstarszym chórem męskim działającym w Bydgoszczy i jednocześnie jednym ze starszych istniejących do dzisiaj chórów amatorskich w kraju. Jego początki sięgają aż 1883 roku! Proszę przybliżyć najważniejsze epizody i nazwiska związane z historią „Halki”.
Towarzystwo Śpiewu „Halka” powstało z sekcji śpiewaczej Towarzystwa Przemysłowego, założonego w Bydgoszczy w 1872 roku przez Teofila Magdzińskiego. 3 marca 1883 roku w lokalu Brauna (obecnie przy ul. Marszałka Focha) kilkudziesięciu bydgoskich obywateli – Polaków postanowiło powołać zespół śpiewaczy. Był to chór męski Towarzystwo Śpiewu „Halka”. Wśród 12 członków-założycieli znaleźli się przeważnie samodzielni rzemieślnicy, m.in. mistrzowie krawieccy: Franciszek Witecki, Franciszek Kabaciński i Bolesław Dworkowski; mistrzowie szewscy: Kazimierz Goncerzewicz i Maksymilian Maudrych; kupcy: Hieronim Rogaliński i Ludwik Winnicki; ponadto nauczyciel Hipolit Jasiński, publicysta i wydawca gazet w Chełmnie i Toruniu Julian Prejs (występujący pod pseudonimem Sjerp-Polaczek) oraz Tomaszewski, Mężyński i Kujawski (imiona nieznane). 24 marca 1919 roku odbyło się pierwsze po wojnie walne zebranie „Halki” z udziałem 120 członków! W okresie 1920–1939 chór znalazł się pod względem poziomu artystycznego w pierwszej dziesiątce najlepszych chórów w kraju, był zapraszany do realizacji przedstawień operowych przez Teatr Miejski w Bydgoszczy. Dwukrotnie dyrygował chórem w Bydgoszczy Feliks Nowowiejski (1921 i 1927). 

O bydgoskim epizodzie Heinricha Bölla i późniejszych kontaktach z polskimi intelektualistami – z doktorem Krzysztofem Okońskim, adiunktem w Katedrze Germanistyki UKW w Bydgoszczy, rozmawia Bartłomiej Siwiec.


Chyba zgodzi się pan ze stwierdzeniem, że Heinrich Böll to erefenowska I liga, laureat literackiej Nagrody Nobla, a dzisiaj wydaje się postacią trochę zapomnianą. Może warto ją przywołać zwłaszcza w kontekście dwóch rocznic: otóż w tym roku mija 75 lat od czasu, kiedy Böll, jako żołnierz Wehrmachtu, przyjechał do Bydgoszczy, i 30 lat od daty jego śmierci… Proszę powiedzieć, co wiemy o pobycie autora Utraconej czci Katarzyny Blum w Bydgoszczy?
Böll stacjonował w czerwcu 1940 roku w koszarach przy ulicy Zygmunta Augusta. Z tego okresu pochodzą listy, w których – oprócz spraw rodzinnych i narzekania na codzienną rutynę i dryl – zawarł także wrażenia z obserwacji Polaków i Niemców oraz opisał kilka miejsc. Oprócz koszarów była to m.in. kawiarnia Seewald przy ulicy Gdańskiej (dzisiejszy McDonald‘s), kościoły i śródmieście. Sporadycznie odczuwalny jest niestety wpływ propagandy nazistowskiej na młodego Bölla, choć był on na szczęście – podobnie jak pobyt w Bydgoszczy – zdecydowanie symboliczny. Listy wojenne pisarza ukazały się dopiero w 2001 roku.

O dwunastej edycji Muszla Fest i planach na najbliższe lata z Krzysztofem Kornakiem i Piotrem Boleskim z Rebel Music BDG rozmawia Kuba Ignasiak.


Dwunasta edycja Muszla Fest za nami. Zadowoleni?
PIOTR „BOLO” BOLESKI: Zadowoleni.
KRZYSZTOF „MODEL” KORNAK: Jak zwykle nie.

Naprawdę? Czemu jesteś niezadowolony?
MODEL: Jak będę zadowolony, to będzie to znak, że trzeba już kończyć.

Z Wiktorem Żwikiewiczem znanym pisarzem, autorem opublikowanych niedawno dwóch zbiorów opowiadań: Appendix Solariana i Maszyna rozmawia Bartłomiej Siwiec.


Wiktorze, wiele lat musieliśmy czekać na twoją nową książkę, a tu od razu wychodzą dwie…
To stare-nowe opowiadania. Niektóre z nich napisałem jeszcze na początku lat siedemdziesiątych, inne są późniejsze, ale są też opowiadania najnowsze, napisane nawet w zeszłym roku. Cykl ten nazywa się „inspiry”. Pisałem je wspólnie z Markiem Żelkowskim. Ja miałem wizję, a on chęć.

Inspiry? Czyli napisane pod wpływem?
Tak, pod wpływem przeczytanej lektury. Zawsze na początku podajemy źródło.

Mój patos i ja

 |  Bartłomiej Siwiec

Z Martą Fortowską bydgoską dramatopisarką, finalistką konkursu zorganizowanego przez Teatr im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze na scenariusz sztuki w przestrzeni miejskiej rozmawia Bartłomiej Siwiec.


Marto, na początek serdecznie ci gratuluję. Twój Przesmyk dramat o Grzegorzu Przemyku, znalazł się w finałowej szóstce.
Dziękuję. To dla mnie duże wyróżnienie tym bardziej, że swoje zgłoszenie do konkursu wysłałam w ostatniej chwili.

Z Krzysztofem Myszkowskim, pisarzem i redaktorem naczelnym „Kwartalnika Artystycznego”, rozmawia Michał Tabaczyński.


Pierwsze rzeczy najpierw. Proszę przypomnieć, jak było na początku, jak klarował się pomysł z pismem literackim?
To były czasy, początek lat dziewięćdziesiątych, kiedy z Grzegorzem Musiałem i z Krzysztofem Solińskim rozmawialiśmy o tym, że w Bydgoszczy potrzebne jest pismo literackie na poziomie. Chcieliśmy stworzyć je przy Wydawnictwie „Pomorze”. Szefem oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich był Kazimierz Hoffman i on też to popierał. Jeszcze wcześniej, w stanie wojennym, z Grzegorzem mieliśmy taki pomysł, czy marzenia. Trudno powiedzieć, że była to jedna linia, bo w tej wspólnej koncepcji ja miałem swój plan, a on swój i w sumie…

Z rzeźbiarzem Gracjanem Kają rozmawiała Hanna Strychalska.


Podstawowym tematem pana rzeźb jest człowiek. Postać. Dlaczego?
Trudne pytanie. Zawsze interesowała mnie postać ludzka. Moim zdaniem, uprawianie sztuki jest często pewnego rodzaju terapią albo autoterapią. Jest sposobem radzenia sobie z rzeczywistością. Nawet, jeśli człowiek nie jest tematem, nie jest obecny w tym obiekcie sztuki, to i tak on tam zawsze jest. Bo jest tam artysta. I on się leczy albo chce leczyć innych. Dlatego uważam, że nie ma sztuki bez człowieka. Ja od tego tematu nie uciekam. Nawet, jeśli kiedyś malowałem i rysowałem pejzaże, to ta postać tam była. Może jest tak ze względu na twórczość mojego ojca, Jana Kaji, która bardzo wpłynęła na moje postrzeganie. Tak, człowiek to dla mnie główny problem rzeźbiarski i temat. Nie wyobrażam sobie, żeby go nie było w mojej sztuce.

Z Martą Filipiak artystką i animatorką rozmawiała Monika Grabarek.


Sen jest bardzo ważnym motywem w Twojej twórczości, przewija się niemal w każdym działaniu artystycznym, z którym jesteś związana. Chyba wszyscy pamiętamy spektakularne Sny Mani, które wydarzyły się w Ostromecku kilka lat temu. Teraz ponownie zanurzasz się w marzenia senne, tym razem w Lubostroniu.
Oko, nigdy nie śpi na pewno jest kontynuacją moich wcześniejszych działań, chociaż ten projekt narodził się nieświadomie tak jak sen. Jak widać jest to temat wokół którego krążę, z różnych stron do niego podchodzę i jest on dla mnie ważny, ale nie zaplanowałam tego. Projekt Oko skrystalizował się jesienią zeszłego roku, motywem przewodnim jest sen ujęty w przeróżnych konfiguracjach i aspektach. Hasłem do spotkania jest sen – zarówno jako obszar poszukiwań i inspiracji artystycznych, ale także w swoim symbolicznym wymiarze. Pomysłem Fundacji Kultury Rozruch, która jest organizatorem projektu było nawiązanie do surrealistycznego postulatu etycznego, który podkreśla rolę przypadkowych spotkań. Oko, które nie śpi, zaczerpnęłam z książki, którą napisał Dennis Genpo Roshi Merzel Oko nigdy nie śpi. Jest to czternaście mów Dharmy, które są komentarzem do starochińskiego poematu zen Hsin hsin ming. Jest to bardzo wyjątkowy i ważny dla mnie tekst, postanowiłam, że tak właśnie nazwę działania w Lubostroniu. Nasz plan zakładał, że ta specyficzna tematyka przyciągnie określone osoby, ale również zależało nam, by przyjechali tacy goście, dla których te zagadnienia nie są zupełnie oczywiste i zabrali w tej sprawie głos.

Z Qbą Janickim rozmawia Monika Grabarek.


 

Dwudzieste urodziny Mózgu… Miałeś pięć lat jak otwierał się klub. Co pamiętasz z tamtego okresu?
Kiedyś już Tobie o tym opowiadałem, ja bardzo dobrze pamiętam tamten czas, tylko moje wspomnienia są z zupełnie innej perspektywy, z perspektywy dziecka, więc siłą rzeczy te wspomnienia są zupełnie inne niż moich rodziców, koncentrują się na innych sytuacjach. To było bardzo nietuzinkowe przedszkole. Pamiętam, że tu zawsze coś się działo, było pełno fajnych, ciekawych ludzi, nawet jak klub był zamknięty. Przewijali się tu młodzi muzycy sceny trójmiejskiej, miałem do niech nieograniczony dostęp, podpatrywałem ich przy pracy, po prostu jak gąbka chłonąłem to, co robią. Traktowali mnie wtedy całkiem poważnie, rozmawiali ze mną już wtedy zupełnie po partnersku. To oczywiście miało swoje przełożenie w kontaktach z rówieśnikami w szkole. Miało swoje plusy, ale też ogromne minusy. Zawsze miałem raczej starszych kolegów, przechodziłem też okres strasznego zarozumialstwa i byłem pewnie nie do zniesienia, ale to szczęśliwie już poza mną. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że w Mózgu nauczyłem się słuchać i dyskutować, tu zaprogramowałem się na działanie, poszukiwanie. W klubie nigdy nie było postaw – nie da się, nie uda się… Trzeba robić, próbować i koniec. Jestem pewny, że klub wywarł tak wielki wpływ nie tylko na mnie. Chyba każdy, kto w jakikolwiek sposób związał się z tym miejscem, sporo się tu nauczył i doświadczył inspirujących na całe lata sytuacji.

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Artykuły w dziale wywiad