Dobre, bo różowe?

 |  Szymon Andrzejewski

Poprzysiągłem sobie kiedyś, że nigdy nie wyemituję na antenie Radia Kultura utworu zawierającego jakąkolwiek formę „łoołoł, łooł oł!”. Ta fraza bardzo często skreśla jakąś płytę z listy moich muzycznych poszukiwań. Nie interesują mnie wydawnictwa z „łoołoł łooł oł”. Tymczasem leży przede mną debiutancki krążek bydgoskiej formacji Killed By Car (świetna nazwa) zatytułowany Finally! Something We Can Dance To! [Nareszcie! Coś Do Czego Można Potańczyć!]. I w pierwszym utworze (Alive And Well) oprócz początkowego bluzgu usłyszałem znienawidzony przeze mnie zaśpiew. I co ja mam teraz zrobić skoro to recenzja i muszę dosłuchać do końca…? Podejdźmy do sprawy rzeczowo.

Imagenta jest zaskoczeniem. Dlaczego? Dlatego, że Bydgoszcz, którą – słuszna to brawura czy nie – nazywa się (czy też: my sami nazywamy) miastem muzyki, nie z taką akurat muzyką jest kojarzona. Klasyka – oczywiście, klasyka z kilku powodów odpowiada za ten obraz, bo szkoła muzyczna, akademia, filharmonia, nawet opera, bo jeszcze Paderewski, Blechacz. Jazz, jass, eksperyment – oczywiście, bo cała plejada świetnych bydgoskich eksperymentatorów, doskonali perkusiści, Przybielski, Mózg i chłeptanie ciekłego helu. A nawet rockowa i indie rockowa alternatywa – jasne, bo przecież Variete, George’e i 3moony. Legion innych. A jak nie legion nawet, to wystarczająco wiele i wystarczająco ważnych grup, żeby dowodnie świadczyć o miejscu Bydgoszczy w muzycznej ekstraklasie.

Odnotowano (1)

 |  Michał Tabaczyński / Kuba Ignasiak

28.09

Otwarcie Farbiarni (miejsce: Pracownia Fotografii Artystycznej Farbiarnia). Była zrujnowana, a teraz działa. Dokładniej: działać dopiero zaczyna. Na razie jest przestrzeń, bardzo oryginalna, bardzo ładna i bardzo przyjazna (czego więcej chcieć od przestrzeni artystycznej? może jeszcze tylko, by była zaludniona i to gęsto!). Na ścianach na razie wiszą zdjęcia z pleneru, co będzie wisiało później – nie wiadomo. Wiadomo, że coś wisieć może. Ta potencjalność to jest już dużo. Ta potencjalność to jest w istocie wszystko. No, prawie wszystko – bo są jeszcze ludzie. Spory tłumek. I ten spory tłumek niech będzie dobrą wróżbą dla tego miejsca. (mt)

12 grudnia światło dziennie ujrzała najnowsza płyta bydgoskiego składu 3moonboys zatytułowana Skakankan. Muszę przyznać, że mam problem z tą płytą. Pal licho fakt, że to nie do końca moja muza jest. Nie o to chodzi. Sęk w tym, że ta płyta jest tak bardzo różnorodna, że nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, czy mi się podoba, czy nie. Na pewno jest to płyta dobra, przemyślana i znakomicie brzmiąca. I jeszcze fantastycznie wydana jest! Bardzo oryginalna forma i ciekawa treść – niby banał, ale się sprawdza. Nie zmienia to jednak faktu, że po kilkunastokrotnym przesłuchaniu ja wciąż mam z nią problem.

W końcu! Najlepszy bydgoski turntablista wreszcie zdecydował się wydać autorską płytkę. Do bólu autorską, bowiem na krążku Czlowiek z Szafy Grzana odpowiada nie tylko za muzykę, ale i za tekst. Ba! Nawet sam go nawinął zamknięty we własnej, wygłuszonej gąbkami szafie (tak, tak - tytuł nie jest przypadkowy, o czym zresztą Wojtek dość obszernie opowiada w wywiadzie, którego udzielił mi na początku tego roku). Słowem – człowiek orkiestra. Dosłownie. I nadaje się chłopak do tej roli jak nikt inny. Wielu z Was z pewnością miała już okazję zapoznać się z dj’skim kunsztem Grzany, bo był okres, że grywał on w Bydgoszczy regularnie, w większości lokalnych klubów. Tym, którzy go jednak nie słyszeli wyjaśniam – składanie bitów, cutów (cięć – dop. red.) i skreczy wychodzi mu znakomicie, i na żywo wygląda, jakby było dla niego przysłowiowym spacerkiem przez park. Nie spodziewałem się, że na płycie może być inaczej i oczywiście nie jest.

Tak, daliśmy logosik na tę płytkę, co znaczy, że jej patronujemy. Tak, naczelny uparcie twierdzi, że chłopaki grają taki „infantylny punk”. Tak, pewnie tak jest. Nie zmienia to jednak faktu, że mnie się ta płyta podoba. Naprawdę.

Mowa oczywiście o najnowszym krążku Upside Down, który tak zwane światło dzienne ujrzał 8 września na tegorocznej edycji Muszla Fest (zwrot „tak zwane światło dzienne” nie jest tu użyty na wyrost, bo przecież „apsi” grali już po zmroku). Niestety nie dane mi było posłuchać tego koncertu na żywo, ale samą płytkę dość dobrze znam – raz, że miałem okazję przesłuchać ją kilkakrotnie przed wywiadem z Emasem i Bartassem, który ukazał się we wrześniowym BiK-u, dwa, że bardzo dużo słuchałem jej zanim zabrałem się za pisanie tej recenzji. No ale do rzeczy…

Strona 2 z 2

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Artykuły w dziale recenzja