Podwójne marcowe

 |  Szymon Andrzejewski

W marcu jak w… garnuszku w miarę, bo po obfitym końcu roku ilościowo wydawnictwa raczej zmalały. Na szczęście nie zmalały jakościowo. Surferzy znad Brdy atakują falami, a wspiera ich zestaw lamp księżycowych. Zapraszam do słuchania.


Art Of IllusionCold War Of Solipsism
(styczeń 2018, wyd. 12 Sounds Productions)

„Wolność kocham i rozumiem…” – śpiewali kiedyś Chłopcy Z Placu Broni. Ja rozumiem rock progresywny. Nie za bardzo mi za to po drodze z art rockiem. Tam, gdzie progrock dochodzi do granicy patetyczności i muzycznych żabotów i staje przed nią, i nie rusza się o krok – tam właśnie formacje spod znaku Dream Theater przebiegają przez nią na pełnej prędkości, dopinając ozdobne guziki aksamitnego płaszcza. I nie, żebym wchodził tu na nieznane mi terytorium. Jestem dozgonnym fanem Rush, a ich Clockwork Angels uważam za szczytowe osiągnięcie w ciężkim graniu okraszonym wysokim wokalem oraz bogactwem technicznych ozdobników. Tyle słowem wstępu. Teraz do roboty.

Początek grudnia w MCK przywitał nas drugą odsłoną cyklu Małe Formy – Wielkie Kreacje, współorganizowanego przez Impresariat Artystyczny itd. Odsłoną nieco skromniejszą od tej pierwszej, co nie znaczy, że gorszą. Przeciwnie – cykl ów trzyma poziom jak mało który.


Jan Peszek, Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego

Już samo nazwisko pierwszego aktora powinno dać Państwu znać, że poziom był wysoki. Śmiało można uciec się tu do banału, że Jan Peszek to klasa sama w sobie. I nie są to puste słowa. Po pierwsze, przyjechał tu z monodramem – niewątpliwie jedną z najtrudniejszych form teatralnych. Dla Jana Peszka forma ta zdaje się codziennością. Bez trudu zgarnia on całą uwagę widza, nie pozwalając mu zapomnieć o sobie choć na chwilę. Z jednej strony, mamy tu tekst napisany przez Bogusława Schaeffera w 1963 roku, będący swoistą satyrą na sztukę współczesną. Co ciekawe, po 54 latach ten tekst jest wciąż do bólu aktualny, zdawać by się mogło, że powstał całkiem niedawno.

Rusałka Antonína Dvořáka, która swoją prapremierę miała w 1901 roku, jest obok nieco mniej popularnych Sprzedanej narzeczonej Bedřicha Smetany i Jenůfy Leoša Janáčka najchętniej wystawianą na świecie czeską operą. Choć ma swoje niekwestionowane hity – na czele z arią bohaterki tytułowej śpiewaną do księżyca – na polskich scenach utwór ten gości stosunkowo rzadko i wielu bywalców opery nie miało u nas okazji zobaczyć tego dzieła w całości. Sytuacja ta zaczyna się powoli zmieniać i krajowi wykonawcy zwracają się ku sławnemu, lecz w Polsce nadal mało znanemu dziełu Dvořáka. I tak w ostatnich latach doczekaliśmy się wystawienia go w łódzkim Teatrze Wielkim (2010) oraz w Operze Nova w Bydgoszczy (2012). To drugie przedstawienie zostało zarejestrowane w 2015 roku i ukazało się na płycie DVD (DUX, 2016).

1. Na tyłach wiersza
czyli właściwie gdzie

Osobliwa jest konstrukcja tych wierszy. Zdarza się w literaturze bowiem tak, że wiersz budowany jest od puenty, od końca: czuć to i słychać w takich wierszach, bo rozpędzają się aż do wybuchu (konceptu? myśli? brzmienia?) w kulminacyjnym punkcie – wygłosie ostatniego wersu. Takim poetą, poetą puenty, był choćby Lechoń – budował wiersz od końca, od (by użyć poręcznego w tym kontekście wersu innego poety, który poetą puenty stał się na starość) „dymu z komina”. Ale są i tacy poeci, którzy liryczną materię rozkładają równo na całej przestrzeni wiersza: ci najlepsi tworzą wiersze złożone z samych eksplozji, ci najgorsi – z samych implozji, z pełznących przez wiersz nudy i banału.

W świecie Boga i cyfr

 |  Bartłomiej Siwiec

Co jest dla twórcy źródłem, z którego nieustannie korzysta? Codzienność? Filozofia? Religia? Myślę, że w nowym wyborze wierszy Wojtka Banacha Modlitwy przerywane. Wiersze teistyczne 1976–2016 sprawa jest prosta. Banach od samego tytułu wykłada karty na stół. I jest to może dość dziwne, ale twórca ten, z 40-letnim już przeszło bagażem poetyckich doświadczeń, wcześniej był bardziej rozpoznawalny jako zwolennik Nowej Fali, czyli formacji pokoleniowej, w której prym wiedli tacy poeci jak Julian Kornhauser, Ryszard Krynicki i Stanisław Barańczak. Twórczość nowofalowców wyrastała z buntu przeciwko niegodziwości władzy w marcu ’68 roku i raczej była odpowiedzią na bieżące zapotrzebowanie, mocno przy tym umocowana w codzienności, operująca często zapożyczonym językiem jakiegoś z oficjalnych kanałów, np. pisma urzędowego, komunistycznej gazety itp. Myślę, że Banach przez lata szedł tą właśnie ścieżką, pozostał jednym z ostatnich wiernych uczniów tamtej formacji. Tym większe zaskoczenie, gdy okazuje się, że przez te cztery dekady szufladka, do której artystę wrzucono, okazała się niepojemna. Ale to chyba dobrze świadczy o jego pisarstwie, o jego różnorodności, a także o tym, że poeta ten jest obecnie rozpoznany niewystarczająco.

Znany z anteny Polskiego Radia Pomorza i Kujaw dziennikarz Zdzisław Pająk od lat cieszy się zasłużoną opinią autorytetu w dziedzinie muzyki rockowej, bluesowej czy jazzowej. Jego rozległa i nieustannie pogłębiana wiedza zaowocowała trudną do oszacowania liczbą audycji radiowych, telewizyjnych czy spotkań i wykładów przybliżających twórczość wielu wybitnych artystów. Wśród nich znaleźli się również tacy, których biografię oraz dorobek Zdzisław Pająk zgłębiał szczególnie wnikliwie. Celem i efektem tych starań były oczywiście książki. Po wydanej w 1998 roku pozycji Eric Burdon: Feniks rocka i o 10 lat młodszej Eric Clapton: Pielgrzym rocka, do rąk czytelników trafia właśnie opasły tom poświęcony Jimiemu Hendrixowi.

Jimi Hendrix: Szaman rocka to pierwsza część dwutomowej w założeniu biografii amerykańskiego geniusza gitary. Rozmiar tej publikacji może nieco zaskakiwać, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że muzyk należy do tak zwanego „Klubu 27”. Nie jest jednak odkrywczym stwierdzeniem, że można wieść życie długie, lecz bezbarwne, tak samo jak krótkie i niezwykle intensywne. Oczywiście Jimi stanowi podręcznikowy przykład tego drugiego podejścia.

Do pierwszego odsłuchania Last Station podchodziłem z „pewną dozą nieśmiałości”. I cytat wzięty z jednej z najbardziej legendarnych reklam początku lat 90. jest tutaj absolutnie uzasadniony. Gdy nastał, obrośnięty w przełomowe wydawnictwa rockowe niczym nabrzmiała w słońcu kiść winogron, rok 1991, miałem lat siedemnaście, więc królujący wtedy grunge na zawsze już pozostanie muzyką moich lat niedojrzałych i dzikich. Jak więc nie obawiać się płyty, wycinek materiału której znałem z koncertów i wiedziałem, że to próba powrotu do tamtej ery. Położyłem ją jednak w końcu na języku odtwarzacza, wziąłem głęboki oddech i nacisnąłem „play”…

Wczesny Dwall

 |  Kuba Ignasiak

Pamiętacie kompilację Brantacles wydaną pod koniec ubiegłego roku nakładem labelu Oaktopus? Ojciec założyciel rzeczonego wydawnictwa zdecydowanie się rozkręca. Na początku lutego 2015 ukazała się jego autorska płyta, również sygnowana ośmiorniczymi mackami.

Płyta / niepłyta

Słowo „płyta” jest tu jednak cokolwiek nie na miejscu, a już na pewno nie w dosłownym jego znaczeniu. Elements (taki jest tytuł tego albumu) ukazały się bowiem wyłącznie w wersji cyfrowej. Co z jednej strony jest dużym plusem, bo zdecydowanie obniża koszty – zarówno produkcji, jak i nabycia muzyki przez potencjalnych klientów; z drugiej zaś wielu może być tym faktem niepocieszonych – mowa o tych audiofilach, którzy lubią swe zdobycze ustawiać na półce. Ci ostatni nie będą mieli szansy postawić na niej digipacka (czy innej formy opakowania płyty CD) wydanego przez Dwalla, co nie zmienia faktu, że jednak „krążek” ów ma pewien fizyczny wymiar. Jest nim origami (takie jak na zdjęciu), które w wersji złożonej spokojnie mieści się w kieszeni czy nawet jednej dorosłej dłoni. Kiedy je rozłożymy, przyjmuje co prawda format płyty CD, ale jest wówczas „zwykłą” kartką papieru, podatną na uszkodzenia itp. Po cóż więc ten zabieg? Ano po to, że po rozłożeniu tego papierowego sześciokąta, poza grafiką będącą „okładką” płyty, znajdziecie również trzy kody, dzięki którym będziecie mogli pobrać Elements w dowolnym formacie (MP3, WAV 16-bit, WAV 24-bit). Trzeba przyznać, że zabieg to niezwykle ciekawy, który powinien w pewnym stopniu zadowolić miłośników „fizycznego oblicza muzyki”. Oczywiście, jeśli nie kręcą Was takie gadżety, możecie po prostu odpalić stronę Oaktopus.com i kupić samą muzykę (w formatach podanych powyżej). Słowem: dla każdego coś miłego.

W Pchełki grają

 |  Tomasz Kaźmierski

Zespół Pchełki z Aleksandrowa Kujawskiego wreszcie wydał debiutancki album. Od ilu lat ja znałem niektóre utwory? Pięciu, sześciu? Dokładnie już nie pamiętam. Pchełki pewnie pamiętają, ale o niektórych wydarzeniach związanych z tamtym czasem pewnie wolałyby zapomnieć. Kiedyś zespół wygrał jakiś konkurs i wydał prawie ten debiut, ale, właśnie, prawie. Były też ciekawe wydarzenia, które odciągały ich od tej płyty. Współpraca z duńskim teatrem. Pchełki stworzyły muzykę do jednego ze spektakli. Co budujące, propozycja przyszła z Danii. Ktoś znalazł ich muzykę na MySpace (tak, drogie dzieci, był to kiedyś popularny portal) i zaproponował udział, pobyt i, zapewne, wspaniałe doznania.

Brantacles

 |  Kuba Ignasiak

To tytuł najnowszej kompilacji wypuszczonej przez bydgosko-poznański label Oaktopus. Płyta to niezwykła, na wskroś nowoczesna. Dużo na niej elektroniki, często pożenionej z żywymi instrumentami. Ciężko ten krążek jakkolwiek skategoryzować, przykleić mu jakąkolwiek łatkę. Bo na jakiej półce postawić płytę, którą otwiera miękka, ambientowa elektronika, w kolejnych numerach przechodząca w krystalicznie wręcz czysty IDM, krocząc dalej w kierunku brudnego yassu i jazzu, by w drodze powrotnej znów zahaczyć o szalone połamańce? Co ciekawe, dobrze się tego słucha. Bardzo dobrze!

Strona 1 z 2

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Artykuły w dziale recenzja