W świecie Boga i cyfr

 |  Bartłomiej Siwiec

Co jest dla twórcy źródłem, z którego nieustannie korzysta? Codzienność? Filozofia? Religia? Myślę, że w nowym wyborze wierszy Wojtka Banacha Modlitwy przerywane. Wiersze teistyczne 1976–2016 sprawa jest prosta. Banach od samego tytułu wykłada karty na stół. I jest to może dość dziwne, ale twórca ten, z 40-letnim już przeszło bagażem poetyckich doświadczeń, wcześniej był bardziej rozpoznawalny jako zwolennik Nowej Fali, czyli formacji pokoleniowej, w której prym wiedli tacy poeci jak Julian Kornhauser, Ryszard Krynicki i Stanisław Barańczak. Twórczość nowofalowców wyrastała z buntu przeciwko niegodziwości władzy w marcu ’68 roku i raczej była odpowiedzią na bieżące zapotrzebowanie, mocno przy tym umocowana w codzienności, operująca często zapożyczonym językiem jakiegoś z oficjalnych kanałów, np. pisma urzędowego, komunistycznej gazety itp. Myślę, że Banach przez lata szedł tą właśnie ścieżką, pozostał jednym z ostatnich wiernych uczniów tamtej formacji. Tym większe zaskoczenie, gdy okazuje się, że przez te cztery dekady szufladka, do której artystę wrzucono, okazała się niepojemna. Ale to chyba dobrze świadczy o jego pisarstwie, o jego różnorodności, a także o tym, że poeta ten jest obecnie rozpoznany niewystarczająco.

Znany z anteny Polskiego Radia Pomorza i Kujaw dziennikarz Zdzisław Pająk od lat cieszy się zasłużoną opinią autorytetu w dziedzinie muzyki rockowej, bluesowej czy jazzowej. Jego rozległa i nieustannie pogłębiana wiedza zaowocowała trudną do oszacowania liczbą audycji radiowych, telewizyjnych czy spotkań i wykładów przybliżających twórczość wielu wybitnych artystów. Wśród nich znaleźli się również tacy, których biografię oraz dorobek Zdzisław Pająk zgłębiał szczególnie wnikliwie. Celem i efektem tych starań były oczywiście książki. Po wydanej w 1998 roku pozycji Eric Burdon: Feniks rocka i o 10 lat młodszej Eric Clapton: Pielgrzym rocka, do rąk czytelników trafia właśnie opasły tom poświęcony Jimiemu Hendrixowi.

Jimi Hendrix: Szaman rocka to pierwsza część dwutomowej w założeniu biografii amerykańskiego geniusza gitary. Rozmiar tej publikacji może nieco zaskakiwać, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że muzyk należy do tak zwanego „Klubu 27”. Nie jest jednak odkrywczym stwierdzeniem, że można wieść życie długie, lecz bezbarwne, tak samo jak krótkie i niezwykle intensywne. Oczywiście Jimi stanowi podręcznikowy przykład tego drugiego podejścia.

Do pierwszego odsłuchania Last Station podchodziłem z „pewną dozą nieśmiałości”. I cytat wzięty z jednej z najbardziej legendarnych reklam początku lat 90. jest tutaj absolutnie uzasadniony. Gdy nastał, obrośnięty w przełomowe wydawnictwa rockowe niczym nabrzmiała w słońcu kiść winogron, rok 1991, miałem lat siedemnaście, więc królujący wtedy grunge na zawsze już pozostanie muzyką moich lat niedojrzałych i dzikich. Jak więc nie obawiać się płyty, wycinek materiału której znałem z koncertów i wiedziałem, że to próba powrotu do tamtej ery. Położyłem ją jednak w końcu na języku odtwarzacza, wziąłem głęboki oddech i nacisnąłem „play”…

Wczesny Dwall

 |  Kuba Ignasiak

Pamiętacie kompilację Brantacles wydaną pod koniec ubiegłego roku nakładem labelu Oaktopus? Ojciec założyciel rzeczonego wydawnictwa zdecydowanie się rozkręca. Na początku lutego 2015 ukazała się jego autorska płyta, również sygnowana ośmiorniczymi mackami.

Płyta / niepłyta

Słowo „płyta” jest tu jednak cokolwiek nie na miejscu, a już na pewno nie w dosłownym jego znaczeniu. Elements (taki jest tytuł tego albumu) ukazały się bowiem wyłącznie w wersji cyfrowej. Co z jednej strony jest dużym plusem, bo zdecydowanie obniża koszty – zarówno produkcji, jak i nabycia muzyki przez potencjalnych klientów; z drugiej zaś wielu może być tym faktem niepocieszonych – mowa o tych audiofilach, którzy lubią swe zdobycze ustawiać na półce. Ci ostatni nie będą mieli szansy postawić na niej digipacka (czy innej formy opakowania płyty CD) wydanego przez Dwalla, co nie zmienia faktu, że jednak „krążek” ów ma pewien fizyczny wymiar. Jest nim origami (takie jak na zdjęciu), które w wersji złożonej spokojnie mieści się w kieszeni czy nawet jednej dorosłej dłoni. Kiedy je rozłożymy, przyjmuje co prawda format płyty CD, ale jest wówczas „zwykłą” kartką papieru, podatną na uszkodzenia itp. Po cóż więc ten zabieg? Ano po to, że po rozłożeniu tego papierowego sześciokąta, poza grafiką będącą „okładką” płyty, znajdziecie również trzy kody, dzięki którym będziecie mogli pobrać Elements w dowolnym formacie (MP3, WAV 16-bit, WAV 24-bit). Trzeba przyznać, że zabieg to niezwykle ciekawy, który powinien w pewnym stopniu zadowolić miłośników „fizycznego oblicza muzyki”. Oczywiście, jeśli nie kręcą Was takie gadżety, możecie po prostu odpalić stronę Oaktopus.com i kupić samą muzykę (w formatach podanych powyżej). Słowem: dla każdego coś miłego.

W Pchełki grają

 |  Tomasz Kaźmierski

Zespół Pchełki z Aleksandrowa Kujawskiego wreszcie wydał debiutancki album. Od ilu lat ja znałem niektóre utwory? Pięciu, sześciu? Dokładnie już nie pamiętam. Pchełki pewnie pamiętają, ale o niektórych wydarzeniach związanych z tamtym czasem pewnie wolałyby zapomnieć. Kiedyś zespół wygrał jakiś konkurs i wydał prawie ten debiut, ale, właśnie, prawie. Były też ciekawe wydarzenia, które odciągały ich od tej płyty. Współpraca z duńskim teatrem. Pchełki stworzyły muzykę do jednego ze spektakli. Co budujące, propozycja przyszła z Danii. Ktoś znalazł ich muzykę na MySpace (tak, drogie dzieci, był to kiedyś popularny portal) i zaproponował udział, pobyt i, zapewne, wspaniałe doznania.

Brantacles

 |  Kuba Ignasiak

To tytuł najnowszej kompilacji wypuszczonej przez bydgosko-poznański label Oaktopus. Płyta to niezwykła, na wskroś nowoczesna. Dużo na niej elektroniki, często pożenionej z żywymi instrumentami. Ciężko ten krążek jakkolwiek skategoryzować, przykleić mu jakąkolwiek łatkę. Bo na jakiej półce postawić płytę, którą otwiera miękka, ambientowa elektronika, w kolejnych numerach przechodząca w krystalicznie wręcz czysty IDM, krocząc dalej w kierunku brudnego yassu i jazzu, by w drodze powrotnej znów zahaczyć o szalone połamańce? Co ciekawe, dobrze się tego słucha. Bardzo dobrze!

Dobre, bo różowe?

 |  Szymon Andrzejewski

Poprzysiągłem sobie kiedyś, że nigdy nie wyemituję na antenie Radia Kultura utworu zawierającego jakąkolwiek formę „łoołoł, łooł oł!”. Ta fraza bardzo często skreśla jakąś płytę z listy moich muzycznych poszukiwań. Nie interesują mnie wydawnictwa z „łoołoł łooł oł”. Tymczasem leży przede mną debiutancki krążek bydgoskiej formacji Killed By Car (świetna nazwa) zatytułowany Finally! Something We Can Dance To! [Nareszcie! Coś Do Czego Można Potańczyć!]. I w pierwszym utworze (Alive And Well) oprócz początkowego bluzgu usłyszałem znienawidzony przeze mnie zaśpiew. I co ja mam teraz zrobić skoro to recenzja i muszę dosłuchać do końca…? Podejdźmy do sprawy rzeczowo.

Imagenta jest zaskoczeniem. Dlaczego? Dlatego, że Bydgoszcz, którą – słuszna to brawura czy nie – nazywa się (czy też: my sami nazywamy) miastem muzyki, nie z taką akurat muzyką jest kojarzona. Klasyka – oczywiście, klasyka z kilku powodów odpowiada za ten obraz, bo szkoła muzyczna, akademia, filharmonia, nawet opera, bo jeszcze Paderewski, Blechacz. Jazz, jass, eksperyment – oczywiście, bo cała plejada świetnych bydgoskich eksperymentatorów, doskonali perkusiści, Przybielski, Mózg i chłeptanie ciekłego helu. A nawet rockowa i indie rockowa alternatywa – jasne, bo przecież Variete, George’e i 3moony. Legion innych. A jak nie legion nawet, to wystarczająco wiele i wystarczająco ważnych grup, żeby dowodnie świadczyć o miejscu Bydgoszczy w muzycznej ekstraklasie.

Odnotowano (1)

 |  Michał Tabaczyński / Kuba Ignasiak

28.09

Otwarcie Farbiarni (miejsce: Pracownia Fotografii Artystycznej Farbiarnia). Była zrujnowana, a teraz działa. Dokładniej: działać dopiero zaczyna. Na razie jest przestrzeń, bardzo oryginalna, bardzo ładna i bardzo przyjazna (czego więcej chcieć od przestrzeni artystycznej? może jeszcze tylko, by była zaludniona i to gęsto!). Na ścianach na razie wiszą zdjęcia z pleneru, co będzie wisiało później – nie wiadomo. Wiadomo, że coś wisieć może. Ta potencjalność to jest już dużo. Ta potencjalność to jest w istocie wszystko. No, prawie wszystko – bo są jeszcze ludzie. Spory tłumek. I ten spory tłumek niech będzie dobrą wróżbą dla tego miejsca. (mt)

12 grudnia światło dziennie ujrzała najnowsza płyta bydgoskiego składu 3moonboys zatytułowana Skakankan. Muszę przyznać, że mam problem z tą płytą. Pal licho fakt, że to nie do końca moja muza jest. Nie o to chodzi. Sęk w tym, że ta płyta jest tak bardzo różnorodna, że nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, czy mi się podoba, czy nie. Na pewno jest to płyta dobra, przemyślana i znakomicie brzmiąca. I jeszcze fantastycznie wydana jest! Bardzo oryginalna forma i ciekawa treść – niby banał, ale się sprawdza. Nie zmienia to jednak faktu, że po kilkunastokrotnym przesłuchaniu ja wciąż mam z nią problem.

Strona 1 z 2

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Artykuły w dziale recenzja