Artykuły w dziale historia

1.

Rok 1983 zaczyna się nagrodą dla Jerzego Sulimy-Kamińskiego, nagrodą BIK-u, oczywiście. Teraz może nam się to wydawać takie zwykłe, bo Most Królowej Jadwigi jest, trwa sobie, nawet jeśli nie jest specjalnie żywy w czytelniczej praktyce, to jednak bywa obecny w czytelniczej świadomości, ale tak jest z większością książek: zna się je, choć niekoniecznie czyta. Ale książka jest wyjątkowa (pomijam jej walor artystyczny – jest wyjątkowa jako wydarzenie, jest wyjątkowa z punktu widzenia socjologii literatury). Po pierwsze więc, jest wyjątkowa dlatego, że właściwie nie miała poprzedników (ani Miechowiec i syn, ani Obóz Wszystkich Świętych – książka najoczywiściej wybitna, nie mogły stanowić wzoru dla takiej sagi). Po drugie, była wyjątkowa w tym momencie historycznym: pojawiła się po powieściach tożsamościowych powojnia (np. tych, które miały kreować mitologię ziem odzyskanych), ale przed literaturą małych ojczyzn przełomu lat 80. i 90.

Oto co wtedy Sulima-Kamiński mówił o swoistej mentalności bydgoszczan: „Dużo o tym myślałem. Specyficzny charakter nadała nam chyba ciągłość historyczna. Od wieków mieszkańcy miasta traktowani byli przez zaborców jako obywatele drugiej kategorii. Kiedy przyszła nareszcie wolność – przyjechali mieszkańcy z innych zaborów, gzie wolno było mówić po polsku, toteż mówili czystszą, wolną od nalotów polszczyzną. Dzięki tej znajomości zajęli oni co intratniejsze stanowiska i bydgoszczanie znowu poczuli się obywatelami drugiej kategorii”. To jest dopiero miażdżąca diagnoza – tożsamość bydgoszczan kształtuje historyczna ciągłość bycia obywatelem drugiej kategorii.

Zugzwang (14): Marka

 |  Bartłomiej Siwiec

Pamiętam, że jakiś czas temu, podczas dyskusji w Teatrze Polskim na temat sztuki Artura Pałygi Truskawkowa niedziela głos zabrał Roman Jasiakiewicz i w sposób grzeczny, aczkolwiek dość stanowczy, zaprotestował przeciwko ciągłemu poniżaniu polskich mieszkańców Bydgoszczy. Dlaczego my, dzieci, ba, wnuki polskich patriotów, społeczników, organizatorów życia kulturalnego, działaczy politycznych, mamy wciąż dokonywać samobiczowania za zbrodnię grupki opryszków? Rzeczywiście, w tamte wrześniowe dni 1939 roku działy się w mieście nad Brdą rzeczy straszne, ale później większość odpowiedzialnych za zbrodnie Polaków, zostało co do jednego przez Gestapo wyłapanych, a później przez Specjalny Sąd na karę śmierci skazanych. A tylu hitlerowskich zbrodniarzy pozostało bezkarnych. Podejrzewam, że Niemcom ta rola ofiary złożonej w Bydgoszczy bardzo odpowiada. Wpisuje się ona w pewien nurt przywrócenia narodowi dobrego imienia. Przecież chodzi o markę.

1.

Druga czterolatka zaczyna się niemrawo. Znawcy sytuacji społecznej i gospodarczej pewnie by widzieli od razu wszystkie korelacje między stanem pisma (no i trochę stanem kultury też, są to w końcu sprawy – może nie ściśle, ale jednak – współzależne). Faktem jest jednak i to, że utrzymuje się niewielka objętość pisma (na poziomie stron 48), kurczą się programy instytucji (na co nawet narzekają w wywiadach udzielanych pismu lokalni decydenci), spada jakość druku.

O stanie bydgoskiej publiczności (i tu przecież zachodzą rozliczne, choć nie tak ścisłe korelacje: kultura, jej odbiorcy i stan czasopiśmiennictwa jakoś od siebie muszą zależeć) niewiele wiadomo. Wiadomo niewiele, chociaż w BIK-u pojawia się nawet dział „Proszę o głos”. Jeden przebłysk opini można na początku roku 1979 znaleźć: oto w wywiadzie Bohdan Korzeniewski (reżyserujący wówczas w Bydgoszczy Fredrę) odpowiada na pytanie o charakteystyczne cechy bydgoskiej publiczności: „Daje się zauważyć wśród widzów tutejszych jakby pewne onieśmielenie prezentowaną ze sceny sztuką, określiłbym to może jako nazbyt nabożny stosunek ludzi do sztuki. Można ją wówczas podziwiać, trudno z nią jednak bliżej współżyć”.

Wpuszczeni w Kanał? Nam to pasuje!

 |  Tomasz Izajasz (Muzeum Kanału Bydgoskiego)

Kanał Bydgoski jest wyjątkowym zabytkiem hydrotechnicznym nie tylko na skalę Polski, ale również świata. Uruchomiony w 1774 roku kanał był priorytetową inwestycją króla Pruskiego Fryderyka II, z którego polecenia wiosną 1773 roku rozpoczęto jego budowę. Świętujemy zatem okrągłe Urodziny Kanału!

Zugzwang (13): Niepokonany

 |  Bartłomiej Siwiec

Jest takie opowiadanie Ernesta Hemingwaya Niepokonany. Pamiętam, że gdy czytałem je prawie dwadzieścia lat temu zrobiło na mnie niezwykle mocne wrażenie. Otóż, podstarzały torreador, Manuel Garcia, postanawia po długiej przerwie jeszcze raz wziąć udział w korridzie. Dziwna to jest korrida. Torreador jest niezwykle zmotywowany do walki, ale niestety, fizycznie nie daje rady. Byk powala go kilkakrotnie na ziemię. Jego postawa jest obiektem kpin wśród publiczności. Nic dziwnego. Publiczność woli pięknych, dwudziestoletnich, sprawnych torreadorów; emeryci nie są w tym fachu w cenie. 

85 lat temu pod koniec 1938 roku prasa endecka dość obszernie informowała o napływie ludności żydowskiej na Pomorze. Straszono, że również Pomorze i Wielkopolska podzieli los innych województw, gdzie odsetek ludności żydowskiej był znaczny. Skąd tak niespodziewany napływ tej ludności? Otóż dwa miesiące wcześniej, pod koniec października, niemieckie władze zdecydowały się wypędzić tych Żydów, którzy zamieszkując w Rzeszy, zachowali polskie paszporty. Żydzi zostali wyrzuceni ze swych domostw (tak jak stali, mogli zabrać jedynie ubranie; od państwa nazistowskiego otrzymali „w prezencie” 10 marek niemieckich) i przewiezieni na granicę. Całą akcją kierował późniejszy szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy Reinhard Heydrich. Władze polskie nie do końca wiedziały jak zareagować i w efekcie tego zamieszania kilkanaście tysięcy ludzi znalazło się w pasie granicznym pomiędzy Niemcami a Polską, a później w prowizorycznych obozach granicznych, z których największym był obóz w Zbąszyniu. Akcja ta została nazwana Polenaktion

Na cmentarzu przy ulicy Kcyńskiej stoi symboliczny grób żołnierzy, którzy po 1945 roku nie złożyli broni i dalej walczyli, tym razem z władzą komunistyczną. Otóż, w Zaduszki wybrałem się, by zapalić im znicz. Na cmentarzu niespodzianka: przywitało mnie kilku młodych panów z ONR. Przy grobie żołnierzy paliło się kilkadziesiąt lampek. Jeden z nich, zapewne lider formacji, poinformował mnie na wstępie, że własny znicz jest niepotrzebny, że oni tu organizują akcję i że mogę poczęstować się ich zniczem. Obóz Narodowo-Radykalny stawia. Proszę swój znicz zostawić dla rodziny, dorzucił jego kumpel, trzeci z miłych panów obdarował mnie ulotką, a czwarty szczerym uśmiechem. Na zakończenie odezwał się pierwszy, zapraszając mnie do współpracy. Chłopaki patrzyli się w zaciekawieniu, jak zmarnowałem pod rząd trzy zapałki. Ręce mi chyba lekko drżały. Nigdy w przeszłości nie miałem do czynienia ze skrajną prawicą. To pewnie jednak przez ten deszcz. 

Witold Lutosławski tworząc zamówione przez Władysława Szpilmana piosenki, nie był debiutantem na polu lżejszej muzy. Doświadczenia wyniesione z działalności muzycznej prowadzonej wraz z Andrzejem Panufnikiem w kawiarniach Aria, U Aktorek oraz Sztuka i Moda zaowocowały powstaniem szeregu kompozycji na użytek tych występów. Część z nich, mniej lub bardziej improwizowana, nie dotrwała do naszych czasów, każdemu wielbicielowi muzyki Lutosławskiego znane są już jednak Wariacje na temat Paganiniego na dwa fortepiany, owoc współpracy obu kompozytorów-pianistów. Warto przypomnieć wspomnienie samego Panufnika o tym okresie:

Witold Lutosławski dystansował się od wielu poczynań wczesnego etapu swej twórczości. Zważywszy, do jak ważnych dla historii muzyki osiągnięć doszedł po wypracowaniu swego dojrzałego języka dźwiękowego i formalnego, nie można się dziwić, iż większość swej spuścizny sprzed Pięciu pieśni do słów Iłłakowiczówny i Gier weneckich uznawał za artystycznie niedojrzałe. Jeszcze dalej posuwał się w ocenie swych działań niewpisujących się w jego oficjalną tekę kompozytorską. Traktował je jako zło konieczne, sposób na zarobek w trudnych czasach. Świadom wielkości swojego dzieła głównego miał prawo marginalizować tak poboczny nurt. My jednak, po latach odnajdując pisane pod pseudonimem Derwid walczyki, foxtroty i tanga, nie możemy im odmówić należnego miejsca w historii polskiej muzyki rozrywkowej. Nie ustępują one poziomem żadnym pisanym ówcześnie formom piosenkarskim, a kompozytor podczas ich tworzenia nie chciał – lub nie potrafił? – pozwolić sobie na żadną taryfę ulgową względem wyszukania melodycznego czy harmonicznego języka. Z jednej zatem strony – podobnie jak w wypadku Lacrimosy na gruncie twórczości „poważnej” – mamy do czynienia z utworami często zbytnio naznaczonymi jakąś idée fixe, by mogły zyskać status powszechnie dostępnych dla współczesnych wykonawców, z drugiej – niezmiennie nobilitującą dla muzyka jest świadomość, iż wykonuje piosenkę pisaną ręką samego Witolda Lutosławskiego. To zobowiązuje i czyni wysiłek włożony w odczytanie autorskiego tekstu wartym zachodu.

Zasłużeni pracownicy

 |  Opracowała Danuta Sójkowska

Z okazji jubileuszu 90-lecia Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy warto przypomnieć sylwetki byłych dyrektorów i niektórych długoletnich pracowników tej instytucji.

Kolejnym długoletnim pracownikiem Muzeum Okręgowego był Zdzisław Hojka, z wykształcenia historyk, kierownik Działu Historii. Z instytucją tą związał całe swoje życie zawodowe. Pracę w niej podjął w czerwcu 1968 r. jako laborant. Pracując w muzeum studiował jednocześnie historię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu; studia historyczne (ze specjalnością archiwistyka) ukończył w 1976 r. Na tej samej uczelni ukończył w 1982 r. podyplomowe Studium Muzeologiczne z zakresu wystawiennictwa. W tym samym roku został kierownikiem Działu Historii. Od 2008 r. pełnił funkcję kuratora muzealnego.

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Artykuły w dziale historia