Spoza układu (2): Biszok

 |  Tomasz Kaźmierski

Z trudem przypominam sobie, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o Biszu. Wiem, dzięki czemu, jednak który to był rok? 2007? 2008? Jakoś tak. A w jaki sposób usłyszałem? To był numer Żyję w tym mieście. Później był Deszcz, wreszcie dotarłem do współpracy Bisza i Kosy – epki Zimy. Ten krążek jest z 2007 roku, zatem to musiał być właśnie ten rok.

Czy SZTUKA ma płeć? (2)

 |  Katarzyna Gębarowska

Planowałam tym razem napisać o sztuce matek, więc na ferie zabrałam komiks Ciemna strona księżyca Olgi Wróbel obalający mity tzw. stanu błogosławionego. Jednak gdy 14 stycznia Złoty Glob dla pełnometrażowego filmu animowanego zdobyła Merida Waleczna (oryg. Brave, 2012, reż. Brenda Chapman), postanowiłam przyjrzeć się bohaterom takich produkcji, bo już na pierwszy rzut oka silniej niż kiedykolwiek renegocjują swoją genderową tożsamość. Czyżbyśmy byli świadkami odejścia do lamusa śpiących księżniczek i walecznych rycerzy, żyjących (oczywiście po ślubie) długo i szczęśliwie? Wygląda na to, że zastąpią ich waleczne dziewczyny i… mazgajowaci chłopcy.

Piwnica z oknem na świat

Galera Autorska Kaji i Solińskiego, choć w piwnicznych sklepieniach zamknięta, ujawniła ostatnio pęd i serce do wypraw dalekich w czasie i przestrzeni. Najpierw artysta i profesor Bogdan Chmielewski zaproponował bywalcom z ul. Chocimskiej wieloetapową podróż przez cztery pory roku, a potem aktor i turysta Mieczysław Franaszek zdał im fotograficzna relację ze swoich międzykontynentalnych eskapad. Tak więc w piwnicznej izbie nie musi być wcale tak mroczno i ponuro, jak to u Konopnickiej bywało.

Spoza układu (1)

 |  Tomasz Kaźmierski

20 PlusCamerimage Festival za nami i można wysnuć kilka refleksji. Nie mam kronikarskiego obowiązku dokonywać rzetelnego podsumowania, zatem będzie parę uwag ogólnej natury. Trochę już przyzwyczailiśmy się do tej imprezy w Bydgoszczy. Gdy kiedyś festiwal odbywał się w Toruniu, później w Łodzi, doniesienia festiwalowe były tak sensacyjne, że trudno było uwierzyć, że to wszystko dzieje się zaledwie kilkadziesiąt czy kilkaset kilometrów, w przypadku Łodzi, od nas. W ogóle ten festiwal na tle innych polskich imprez, jeszcze kilka lat temu, jawił się jako wydarzenie nie do końca realne. Byłem na dwóch czy trzech edycjach toruńskich i minąć się na holu UMK z Jeremym Ironsem było dość mocnym przeżyciem. A dziś?

Wydawałoby się, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Ktoś, kto zna losy rodziny Gajczaków zapewne nigdy by tak nie powiedział. Ojciec Tadeusz był człowiekiem wybitnym. Jego syn – Wojciech – mógłby być prototypem przestępcy w powieści kryminalnej. A wszystko, co najlepsze (i co najgorsze też) spotkało ich w Bydgoszczy w latach trzydziestych i czterdziestych minionego wieku. 

Pamiętam swój pierwszy pocałunek. Pamiętam go tak, jak gdyby genialny tatuażysta wyrył go swoją zbrojną w płynne kolory igłą na części mojego mózgu odpowiedzialnej za wspomnienia. Czuję każdą fakturę i potrafię odtworzyć każdy dźwięk i obraz jakie temu pocałunkowi towarzyszyły. Pamiętam twarz dziewczyny. Jej krótkie włosy i ogromne, piękne oczy. Pamiętam potężny prąd, który przepłynął przeze mnie natężeniem równym sile wodospadów, których w kraju nad Wisłą nie uświadczysz. Do końca życia gdzieś tam w mózgu będę mieć wyryte jej imię, nazwisko i adres. We Wrocławiu. Nie do końca wtedy jeszcze wiedziałem, co to wszystko znaczy, a właściwie nie wiedziałem w ogóle, że ta siła, która mnie prawie na kolana powaliła i rzuciła niemal o podłogę w autokarze marki Autosan to największa sprawczość w znanym wszechświecie. Bo skąd niby wiedzieć to miałem? Lat posiadałem wtedy osiem i cały czas byłem święcie przekonany o tym, że najpiękniejszą kobietą na świecie jest moja mama i że nikt nigdy nie będzie w stanie zająć pocześniejszego niż ona miejsca w mięśniu pompującym rudo-czerwone życie w moje ciało. Myliłem się. O, jak bardzo się wtedy myliłem.

Czy SZTUKA ma płeć?

 |  Katarzyna Gębarowska

Przy okazji grudniowego festiwalu Bella Women in Art 2012 w toruńskim Klubie Od Nowa, w lokalnych mediach zawrzało: „Czy sztuka ma płeć?”. Dyskusje na ten temat, zainspirowały mnie do szukania mniej lub bardziej subiektywnej odpowiedzi na to powracające od dziesięcioleci pytanie…

Nigdy nie miałem łódki. Czy to wiosłowej czy motorowej, zdobnej żaglami wieloma tudzież żaglem jednym, ciągnionej na linie, pchanej siłą ludzkiej woli, parowej czy napędzanej pedałami lub energią rozszczepialną. No, bo na cholerę by mi była łódka?! W jakimkolwiek momencie życia?! Kiedy przebywałem jeszcze w wieku, gdy sięgałem (ledwo) główką ponad stół, to jednostka pływająca jakiegokolwiek autoramentu potrzebna mi była jak nożyczki podczas zamieci. Jak się zachciało jechać na ryby z dziadkiem, to łódkę miał wujek-dziadek Edek. Na wczasach metalowe pływaki tudzież plastikową formę wtryskową napędzał pedałowaniem Tata i była ona wypożyczona na podstawie karty pływackiej od opatrzonego sumiastym niezmiennie wąsem Pana Ratownika. Filtr osiemdziesiątka robiony na zamówienie i można było zacząć wyobrażać sobie jakimi kolorami mieniłaby się siedząca na ramieniu Taty papuga o niezmiennym również imieniu Polly.

Znajdź pracę, którą kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia w życiu

- Konfucjusz -


Egipt, Kreta, Aruba, Kamerun, Turcja, Kanary, Majorka, Tajlandia, Wyspy Bahama, Karaiby… we wszystkich tych miejscach i im podobnych niejednokrotnie nie byłem. Z upodobaniem i przyjemnością graniczącą z ekstazą nie bywam w nich co roku. W tym roku też tam zwyczajowo nie pojechałem. Dlaczego?

Strona 10 z 10

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Artykuły w dziale felieton