Idąc ostatnio ulicą, na jednym z murków spostrzegłem, naniesiony czerwoną farbą napis JUDE. Obok ktoś namalował szubienicę. W pętli umieścił gwiazdę Dawida. Przypomniały mi się wówczas słowa Marka Edelmana, który tego typu zachowań raczej nie łączył z antysemityzmem, ale ze zwykłą ludzką głupotą, przypisując je smarkaczom, a nie ideologicznym fanatykom, którzy swoje natchnienie czerpią z Mein kampf. Zresztą w edelmanowskiej Łodzi rzeczywiście skala problemu prawie zawsze była znaczna, z naszym miastem – nieporównywalna. Przed wojną ludność żydowska stanowiła niewielki odsetek mieszkańców Bydgoszczy, w porywach dochodząc do 2000 dusz. Niemniej narodowcy nieraz brali ludność żydowską na cel. Związani z prawicą bydgoscy sklepikarze solidaryzując się z mordercą Gabriela Narutowicza, Eligiuszem Niewiadomskim, w czasie procesu wystawiali jego fotografię w sklepowych futrynach. Morderca, który oddał śmiertelne strzały w stronę prezydenta wybranego również głosami żydowskich posłów, był dla nich bohaterem.

Na koncerty przygotowane przez Filharmonię Pomorską w Bydgoszczy melomani będą musieli czekać do połowy sierpnia. Wówczas na nieszawskim promie na Wiśle (w razie niepogody w tamtejszym parafialnym kościele), w święta Wojska Polskiego i Matki Boskiej Zielnej, sopranistka Ewelina Szybilska i tenor Łukasz Gaj zaśpiewają arie i duety z oper i operetek, zaś Capella Bydgostiensis zagra popularne polki Straussa. Na wakacje jednak wyjeżdżamy. Na urlop albo w poszukiwaniu wrażeń. Tych związanych ze słuchaniem muzyki tzw. poważnej jest, wbrew pozorom, zatrzęsienie. Skrupulatny poszukiwacz doliczy się ponad pięćdziesięciu imprez i festiwali w różnych zakątkach Polski. Pośród tych wydarzeń jednak ponad połowa to festiwale organowe, cykle recitali w kościołach z dobrymi lub po prostu lepszymi organami, nie jest więc aż tak różnorodnie, jakby się chciało. Modę na organy latem zapoczątkowały pół wieku temu zabytkowe świątynie w Gdańsku Oliwie, Leżajsku i Kamieniu Pomorskim. Dysponowały też wysokiej klasy instrumentami. Z całej masy różnych muzycznych przedsięwzięć wybrałam więc co ciekawsze koncerty, bo może ktoś z czytelników będzie w pobliżu w odpowiednim czasie albo nawet zechce się wybrać. Oto owoce poszukiwań.

Dopiero niedawno dotarła do mnie informacja, że nasz wspaniały król, założyciel miasta i patron uniwersytetu, Kazimierz Wielki, urodził się w Kowalu. Prawdopodobnie było to 30 kwietnia 1310 roku pańskiego. Tak się też stało, że przełom kwietnia i maja roku bezpańskiego 2013 przyszło mi spędzić w Kowalu. Otóż przyznaję, że bardzo liczyłem, iż uda mi się zobaczyć miejsce, gdzie urodził się król. Tymczasem pierwsze rozczarowanie zafundowali mi Krzyżacy, gdyż to oni w 1327 r. najechali na osadę i zniszczyli warownię. Później co prawda powstała kolejna drewniana konstrukcja, ale i po niej nie pozostał ślad, a na jej fundamentach stoi obecnie remiza strażacka. Niemniej, właśnie w tym miejscu przy ulicy Zamkowej 2 ufundowano tablicę z informacją o dacie narodzin króla. 

Czy SZTUKA ma płeć? (6)

 |  Katarzyna Gębarowska

Dawniej, przez swą płeć, kobiety interesujące się sztuką nie mogły zajmować się nią oficjalnie, a jedynie rozwijać swe twórcze zamiłowania w domowym zaciszu. Gdy już zdeterminowane pokazywały, że ich twórczość warta jest uwagi, a nawet przewyższa dokonania wielu mężczyzn, dostawały kolejny „policzek”. Były bowiem przeważnie postrzegane przez pryzmat swoich mężów czy kochanków, którzy na jakimś polu odnieśli sukces. To im przypisywano fakt, że daleko zaszły, zakładając, że bez pierwiastka męskiego nie byłoby to możliwe.

SPOZA UKŁADU (6): Rower

 |  Tomasz Kaźmierski

Rower, rower i jeszcze raz rower. Jeden z najlepszych wynalazków ludzkości. Bez paliwa – nie licząc picia i jedzenia – można przemieszczać się dużo szybciej niż podczas marszu lub biegu. Przez lata był, do dziś zresztą jest, dla niektórych koniecznością czyli środkiem lokomocji, ułatwieniem dostania się do pracy, do wiejskiego lub miejskiego sklepu, szkoły. W większych miastach jego funkcja jest nieco inna. Jest to, z jednej strony, sposób na tanią i szybką komunikację, a z drugiej, zwłaszcza w weekendy, rodzaj sportowej fanaberii. W tygodniu jeździmy na rowerze nie dlatego, że nie ma komunikacji miejskiej, tylko dlatego, że jest ekologiczny, nie czeka się na przystankach, nie płaci się za paliwo i bilety. Jakże miło jest omijać miejskie korki i zamiast 25 minut, jechać do pracy 7 minut. Jest jednak coś jeszcze. Coś ponad. Coś, co daje poczucie niezależności, wolności, czucia się do końca sam ze sobą. Jazda weekendowa. I teraz właśnie dochodzimy do wymiaru duchowego czy psychologicznego.

Miłość do alergii

 |  Szymon Andrzejewski

„Jak ktoś jest uczulony na truskawki to ewentualnie może ich nie jeść.” – pamiętam te słowa, wypowiedziane przez mojego zdecydowanie nieświętej pamięci ojca, i towarzyszą mi one od początku drogi wyznaczanej przez brak możliwości wyboru przezwiska. Los, który sprawił, że mój kolega pośliznął się na trawniku i wpadł twarzoczaszką we wspomnienia po suchej karmie, doprowadził do tego, że do dzisiaj (pomimo dwójki dzieci i rozłożystej geometrycznie małżonki) kolega ów nazywany jest dość nieparlamentarnie. Ale było wtedy śmiesznie i kiedyś jeszcze, siedząc nad szklaneczką brunatnego destylatu, wspomnimy niefortunny tamten upadek. W przypadku natomiast moim determinacja nazewnictwa rozstrzygnęła się pokolenie przed moimi narodzinami. Siłą sprawczą była szmaragdowa w wyrazie kolorystycznym wyspa, a wspomniany już ojciec przy świetle zachodzącego słońca ozdabiał świat miedzianym blaskiem owłosienia. Nie ma znaczenia jak potoczy się to co reszta ludzkości omyłkowo nazywa rzeczywistością, nie ma znaczenia, co jeszcze przydarzy mi się w czasie tego procesu, który nieuchronnie prowadzi mnie do stania się spłachetkiem energii podróżującej z prędkością nieznaną przez drogi mleczne i marcepanowe. Zawsze będę rudy. Zawsze będę Rudym. W miesiącu więc co mi rok kolejny przewinie będzie o żółtej kulce na niebie i rzeczach, co kierują tym, czym kierować chcielibyśmy sami.

Dobry prognostyk?

 |  Małgorzata Maniszewska

Przyszła w końcu wiosna i w maju w instytucjach muzycznych postanowiono nareszcie porozpieszczać troszkę miłośników muzyki, która powstała nieco później niż w XIX wieku. Może jest to dobry prognostyk dla przyszłego sezonu? Oby! Wiem, że nie wszyscy tak myślą i że tzw. masowa publiczność stawi się pewniej i liczniej na kolejnym wykonaniu Koncertu fortepianowego Czajkowskiego, Czterech pór roku Vivaldiego, lub jeszcze jednym wystawieniu którejś z popularnych oper Verdiego, czy Belliniego. Myślę sobie jednak, że jeżeli już koniecznie kłaniać się świetnej przeszłości, to może wystarczy choć kilkadziesiąt lat lub stulecie. I niekoniecznie hitem w rodzaju Krzesanego Kilara.

Miało się stać. Coś. Nikt nie wiedział, co to miało być dokładnie, ale pamiętam, że siedząc w pomieszczeniu już niestety niezadymionym, bo przepisy nowe i trzeba dbać o zdrowie zapominając o romantyzmie życia, patrzyłem po znajomych moich licach i w pewnym momencie stwierdziłem: „Oni na to naprawdę czekają…”. I w myśli zapadłem głęboko, i zadumałem się nad stanem rzeczy, który doprowadza ludzi do tego, by czekali na koniec świata. Rok był 2012, miesiąc ostatni, a dzień z tych karcianie szczęśliwych. Tysiące lat wcześniej kilku biegających po dżungli wielbicieli skąpego przyodziewku stwierdziło, że nie mają już pomysłu na to, jak dalej potoczy się to, co dookoła się jeszcze jakoś toczy i stwierdzili, że trzeba ustanowić kolejne wyzerowanie kalendarza, bo tak będzie prościej. Przykucnęli, zapalili, co tam mieli do zapalenia, porachowali słupki do końca i voila! Tysiąclecia później miliardy ludzi zastanawiały się nad tym, jak to się wszystko skończy. W mieście, w którym przychodzi nam kupować bułki, rok tamten jeszcze bardziej był złowieszczy, bo miasto owo obchodziło sześćset sześćdziesiątą szóstą rocznicę swych urodzin. 666. Dla mnie normalna liczba, ale dla wielu już nienormalna zupełnie. Toć to liczba rogatego i jego pomiotów. Koniec świata miał nadejść zimą wypełnienia się przepowiedni najstraszliwszych i to przy akompaniamencie dusz zaciąganych przez diabły do kotłów z wrzącą smołą. Perspektywa nieprzyjemna i wydaje mi się, że dość bolesna, a poza tym inspirująca mnie do przekonania, że ominie mnie już ostatecznie możliwość doznawania kanapek popijanych czarną kawą. Niedobrze. A skoro niedobrze to dlaczego w oczach moich skorporacjowanych kolegów taka na poły tylko ukrywana tęsknota za tym, żeby jednak coś się stało? Hmmm…

Kilka lat temu podczas koncertu w naszej rozgłośni spotkały się dwa zespoły. Próbę w studiu muzycznym miała grupa hip-hopowa, a udzielić wywiadu do studia emisyjnego przyszli członkowie formacji wykonującej rocka progresywnego. Każdy robił swoje, a po wywiadzie prog-rockowcy zajrzeli do studia, w którym próbowali hip-hopowcy i po chwili wyszli. Jeden z nich na pytanie: Kto tam gra?, odpowiedział machając ręką: Aaa… to jakiś hip-hop. W zasadzie nieważne jest, że teraz ten zespół hip-hopowy odnosi sukcesy grając z tzw. żywym składem na międzynarodowym festiwalu Hip-Hop Kemp w Czechach i sprzedaje w trudnych czasach tysiące płyt, a wywiady z mc i autorem tekstów ukazują się w artystycznym czasopiśmie „Lampa”. Jak nietrudno się domyślić koledzy z zespołu prog-rockowego cieszą się, że wystąpią w Gniewkowie, a ich profil na FB lubi czterysta osób (w tym członkowie grupy).

Czy SZTUKA ma płeć? (5)

 |  Katarzyna Gębarowska

„Mamo, mamo, a gdzie Dorotka?” – niecierpliwiła się moja siedmioletnia córka, oglądając w kinie długo wyczekiwaną, nową ekranizację naszej ulubionej książki Czarnoksiężnik z Krainy Oz. Dopiero po dobrej godzinie pokazu filmu Oz Wielki i Potężny (reż. Sam Raimi, 2013), ku memu niedowierzaniu, a jej rozczarowaniu, zrozumiałyśmy, że Dorotki w tym filmie nie będzie. Cudna, mądra, prosta, a przede wszystkim odważna dziewczynka z Kansas, która uratowała świat przed złem, została przez twórców tego filmu unicestwiona, wymazana. Podobny los spotkał jej nietypowych przyjaciół: Stracha na Wróble, który pragnął mieć rozum; Blaszanego Drwala, który pragnął mieć serce; oraz Tchórzliwego Lwa, który pragnął być odważny. To dzięki ich pomocy dziewczynka zdołała pokonać Złą Czarownicę z Zachodu i ocalić Szmaragdowy Gród, w tym Wielkiego Oza, który okazał się przecież być zwykłym szarlatanem. Jednak w nowej ekranizacji tej kultowej powieści amerykańskiego pisarza L. Frank Bauma, to wielkiemu Czarnoksiężnikowi z Oz przypisuje się wszelkie zasługi walki ze złem. Role kobiece obsadzone są stereotypowo: albo zła wiedźma, albo dobra wróżka, albo… delikatna porcelanowa laleczka.

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Artykuły w dziale felieton