Za nami dwadzieścia osiem dni, a nie trzydzieści jeden. O trzy doby zbliżyła się do nas pensja i o trzy dni zbliżyły się do nas rachunki za uzyskiwanie tego chybotliwego szczęścia zwanego stabilnością. Za nami święta. Za nami wieczór, który rozświetlił się na moment ogniami, które dnia następnego jednak były sztuczne. Potrzebne w swej urokliwości momentu, co ulatuje razem korkiem od szampana, ale jednak sprowadzone do poziomu bruku kacem przemyśleń. Za nami wstęp do nowego roku obarczony postanowieniami, których i tak nigdy nie dotrzymamy. Przed nami wymówki, spóźnienia, okresy słoneczne, okresy, kiedy deszcz doznań będzie padać poziomo i czekolada. Mnóstwo czekolady na polepszenie nastroju. W moim przypadku śledź. Mam nadzieję, że często w śmietanie, bo ta pozwala zakryć śledziowość sytuacji różnych, po których jednak trochę się jest niespołecznym. Mam nadzieję, że tylko zapachowo. Krótkie przed nami doznania, które niosą nadzieję na doznawanie dłuższe. O krótkości więc w miesiącu, co jest jak garniec.

Przez Rude Okulary (13)

 |  Szymon Andrzejewski

13

Mam szczęście, że urodziłem się rudy. Poważnie. Pewien niewystający sponad wysokiej trawy człowiek w dziwnym kapeluszu powiedział kiedyś, że ludzie mieszkający na wyspach są odosobnieni, a odosobnienie rodzi siłę. No, bo co ma innego urodzić skoro wszyscy dookoła wytykają cię palcami i mamroczą w niepijackim jeszcze, ale też rzeczywistościowo nieogarniętym widzie, że jesteś odmieńcem i że jesteś fałszywy i że (nie poznawszy jeszcze nawet zaczątka definicji tego słowa) nie masz duszy? Zamyka się wtedy bezduszny człowiek w sobie i udaje się na wewnętrzną wycieczkę po ostrych graniach samego siebie. Poznaje siebie do bólu. Zwiedza obszary własnego jestestwa, które tylko kozicom są dostępne i niektórym gatunkom kosodrzewiny. Wicher nienawiści hula w uszach, a człowiek prze mu naprzeciw, żeby w końcu znaleźć kumpla w tej wyprawie, który jest ludzkim odpowiednikiem robota z Transformerów i wszyscy mu zazdroszczą, w swej niewiedzy nienawidząc jego odmienności wysokiej i potężnej. Jak człowiek ma szczęście, to ten kumpel nie za bardzo jest lotny w zadaniach domowych z polskiego i można się barterowo wymienić. Wypracowanie za brak możliwości wrócenia do domu z owocem co przeczyszcza (w postaci suszonej) pod okiem. O szczęściu więc w miesiącu, co nam je zwiastuje upitymi ustami współbirbantów strzelających z biodra ogniami sztucznymi.

Niejednokrotnie pewnie słyszeliście, jak komentator ogłasza, iż „trzecia bramka wisi w powietrzu!”. Semantycznie do rzeczy podchodząc, można by się pokusić o pytanie dręczące ludzkość od tysiącleci: „Na cholipcię?”. Po co ona tam wisi? Kreacjoniści zapytaliby, w jakim celu Bóg ich stworzyciel umieścił ten symbol o kątach prostych akurat nad soczystą zielenią spłachetka globu, co do haratania w gałę służy. Agnostycy zapytaliby, czy aby na pewno tam wisi, czy to ułuda jeno i kolejne pytanie, na które odpowiedzi nie ma i nie będzie (oni mają fajnie, bo akurat końcówkę tej wypowiedzi można skandować). Nihiliści nic by nie powiedzieli, wzruszyliby ramionami, wstrzyknęli sobie coś gdzieś albo coś wciągnęli dokądś lub pociągnęli z czegoś i legliby. Gdziekolwiek. A nade mną od dłuższego czasu wisiała ta prowerbialna trzecia bramka felietonu o filmach. I już mi miała paść na czysty bielą prostokąt monitora. Już miała… ale nieeeeee!

Mój serdeczny kolega z pracy się odciął. Miał dosyć. Zadzwonił, odmówił, nie zamówił ponownie, nie chciał słuchać o nowych planach, taryfach, pakietach i promocjach dla nowych klientów (swoją drogą w normalnym świecie stary kredens się hołubi i namaszcza, i nabłyszcza, a w tej rzeczywistości wypełnionej koniecznością bycia nowym i świeżym te stare kredensy klienckie obstrukcyjnie traktuje się jak pomniki, co to je gołębie obsrywają niczym portret wąsatego władcy). Jego małżonka mu zawtórowała więc nie było cichych dni wywołanych niemożnością oglądania, jak ludzie na ekranie oglądają ekrany i ludzi oglądających powtórki samych siebie oraz tego, co się obecnie nazywa rozrywką. Nie dziwię się. Poziom rzeczonej rozrywki pozwala na kilkumilimetrowe jeno trzymanie nosa nad poziomem falującego morza ekskrementów. Fenomen tego pudełka zastanawia mnie już od dłuższego czasu, więc o tym małym, ruchliwym kawałku absolutnej nieprawdy w miesiącu, co pamięć narodową ma odgruzowywać z pokładów mamonowej ruiny.

Belcanto w Kantorku
To, że Bydgoszcz jest miastem muzycznym znalazło swoje kolejne potwierdzenie w Galerii Kantorek. Tam bowiem, gdzie królowały dotychczas wyłącznie sztuki plastyczne, odbył się Festiwal Pieśni Chóralnej. A stało się to na wernisażu malarstwa Janusza Macieja Kochanowskiego, któremu z okazji 75. rocznicy urodzin odśpiewano okolicznościowe pieśni toastowe. Wśród licznego grona chórzystów wyróżniał się wysokogórski tenor Aleksandra Dętkosia, liryczny mezzosopran Cecylii Janeczek-Matuszewskiej i głęboki alt (o blusowym zabarwieniu) Elżbiety Kantorek.

Dobre strony emigracji
Z powodu remontu starego gmachu „Starej ochronki” przy Pl. Kościeleckichdyr. WOKiS Maciej Puto i jego ludzie przebywają na przymusowym uchodźctwie. Miejscem ich czasowego zesłania jest ul. Zamojskiego. Czy jest to dobre miejsce? W okresie sierpniowych upałów wśród WOKiS-owców przeważał pogląd, że jest lepsze – bo z Zamojskiego jest, bądź co bądź, bliżej do nadbałtyckich plaż – niż z Pl. Kościeleckich.

Morze jednak nie…

 |  Szymon Andrzejewski

przez rude okulary (10)

Szanowny, miłościwie i sprawnie panujący nam Nadredaktor Supernaczelny, gdy oświadczyłem mu, że tekst o szkole (co w miesiącu dziewiątym – rodzącym w bólach kolejnych podatników byłoby posunięciem naturalnym) mi nie idzie, powiedział, że „nie musi być śmiesznie”. „Wiem, ale mogłoby.” – odpowiedziałem i udałem się trasą wyznaczoną przez zakładanie i zdejmowanie kaszkietu (uczulenie na słońce, gdyby ktoś tu zajrzał po raz pierwszy), przystankiem na wyjęcie pliku celulozy ze ściany, sałatką ziemniaczaną na rogu, gdzie kurczęciem piekielnym pachnie oraz wzniesieniem, co już niejednego pod wpływem brunatnym lub przezroczystym pokonało. Trasą, która mnie wiedzie do domu, co się znajduje w jedynej dzielnicy, która określenie „drobne” traktuje dosłownie. Trzy godziny przed mikrofonem spędzone na komentowaniu rzeczywistości pozostawiło jednak niejaki niesmak w ustach, więc wyposażony w sok marchwiowy zasiadłem już w domostwie przed komputerotelewizorem i zacząłem ogarnianie tego, co rzeczywistość mi przyniosła. Zastanawiając się jednocześnie, jak nie zawieść czytelników (kilku nawet wiernych) oraz wspomnianego już RedNacza. Powiedzieć mu prawdę po raz drugi dzisiaj, stwierdziwszy, że wena wrześniowa na niewidzialnym koniu bryka? Czy może, prawdę powiedziawszy, skupić się na doniesieniach z zewnątrz, co niezbyt są nagle różowe? Prawdę mówiąc nie wiedziałem… Aż tu nagle zorientowałem się, iż „Siedzę na koniu!”

Stałem przed lustrem dłużej niż zwykle. Ogarnęło mnie złe przeczucie. Tak ten czas szybko leci. Strasznie szybko. Tradycyjnie pędzelek, krem do golenia marki Wars, żyletki Polsilver, potem woda kolońska. Dzień zaczyna się tak, jak setki innych. Piątek, 11 czerwca 1976 roku. W sobotę rozpalimy grilla. Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze, cholera, musi być dobrze. Zaciąłem się.

Mam 33 lata. Troje dzieci, dobrą żonę. Niedawno zmieniłem pracę. Dobrze mi się teraz pracuje w przepompowni ścieków na Osowej Górze. Mam blisko do pracy. Dużo kumpli. Po pracy można „zrobić” jakąś flaszkę. Dzisiaj jednak to nie wchodzi w rachubę. Czeka na mnie jeszcze fucha. Od tygodnia wymieniam znajomemu instalację elektryczną. Właśnie dzisiaj zamierzam zakończyć robotę. Skasować. A może właśnie dlatego wypiję, choć jednego kielicha, zdezynfekuję się? Tak na uspokojenie. Wciąż mam złe przeczucie. Ten wiek chrystusowy tak na mnie dziwnie działa. W radiu właśnie powiedzieli, że dziś imieniny obchodzą: Anastazy, Barnaba i Paula. Nikogo nie znam o takim imieniu. Potem czas na przysłowia: „Gdy czerwiec wodą i chłodem szafuje, to zwykle rok cały popsuje”. Nie sprawdza się. Jest ciepło. Weekend zapowiadał się jeszcze pogodniej, raczej bez opadów. Wieje jedynie lekki wiaterek. To nawet dobrze. Grill się ładnie jutro rozpali.

Nie ma chyba wątpliwości o czym pisać zapraszając Bydgoszczan na wrześniowe koncerty. Wrzesień to od ponad pół wieku Bydgoski Festiwal Muzyczny, który użycza niektórych koncertów Toruniowi i innym miastom regionu. Od wielu lat marzy mi się, by ten nasz festiwal znalazł formułę wyróżniającą go pośród licznych krajowych imprez tego typu. Na przykład każdego roku jeden temat i zaproszenie do współpracy opery, teatru, któregoś kina, muzeum, a nawet księgarń. Ożyłoby dzięki temu miasto, a i zainteresowanie poza regionem byłoby większe. Ot, jednego roku, rycerz z La Manchy (W muzyce to nie tylko Richard Strauss, Georg Philipp Telemann, Jules Massenet, Leon Minkus, ale i Mitchell Leigh, Moniuszko, czy Noskowski; by nie wspomnieć o twórcach wszystkich innych sztuk pięknych, które ta postać wymyślona przez Cervantesa zainspirowała, łącznie z reżyserami filmowymi, choćby Pabstem, albo Kozincewem). Tematy można by nie tylko wytrząsać z rękawa, ale i wybierać w ten sposób, by mieściły się w – zawsze dla przedsięwzięć kulturalnych za małym – budżecie... Tak przy okazji jeszcze mała sesja popularnonaukowa dla zainteresowanych… Marzenie jest zapewne i ze względów finansowych i organizacyjnych bardzo trudne, ale przecież nie tak znowu nierealne… Może kiedyś ktoś je zrealizuje…

Jestem podbudowany niezależną siłą kulturalną mojego miasta. Jak to dobrze, że trochę się w tej dziedzinie w Bydgoszczy zmieniło. Duchamperie, Relokacje, Letnie Pranie Mózgu, Mobilne Muzeum Dzieciństwa, akcje Miejskiego Centrum Kultury: na Wyspie Młyńskiej, blokada filmowa i zapowiadane (numer zamykamy wcześniej) Świat Movie Niemcy. Jednak już teraz odważę się stwierdzić: znów udało się rozruszać latem miasto. Gdy większość instytucji kultury, tych poważnych, z wielkimi gmachami, zamyka swoje podwoje na wakacje – ludzie od projektów ruszają do roboty.

Roboty, którą wcześniej przez kilka miesięcy przygotowywali, planowali, umawiali artystów i szukali miejsc na działania artystyczne. Nie mam pretensji do szefów instytucji „z budynkami”, pewnie gdyby nagle zaczęli organizować koncerty w środku lata – zainteresowanie, spowodowane wieloletnim przyzwyczajeniem, byłoby znikome. Zresztą pracownicy tych instytucji, pracując ciężko w tzw. roku szkolnym, często przez całe weekendy, też pewnie marzą o odpoczynku, ale wiadomo o odpoczynku marzy każdy. Może zatem dobrze, że pojawiła się ta dwutorowość, że, zwłaszcza w czasie kanikuły, kulturę w większym stopniu biorą w ręce animatorzy, fundacje, ci, którzy chcą to robić dla innych.

No i doszło do tego. Bo dojść przecież musiało. Nie dane mi było utrzymanie czystego konta tych wszystkich malkontenckich wielbicieli kultury tak zwanej wyższej, którzy twierdzą, że jedynie Bergman o północy zapijany wytrawnym niczym ocet winem i zajadany rukolą we wszystkich możliwych postaciach jest w stanie duszę ludzką nakarmić w sposób szlachetny i odpowiedni dla tak wyszukanych jednostek biologicznych jak My. Nie dane mi było bezkresne wdzięczenie się do odtłuszczonych, bezcholesterolowych i humusowo-tofu-bezsmakowych doznań stanowiących kwintesencję każdego dnia osobników obleczonych w czarne elastyczne golfy i, choćby nie wiem jak tragicznie to wyglądało, noszących spodenki, co do których ja miewałem wątpliwości nawet jeśli w planach był wypad do piaskownicy. Musiał nadejść w końcu dzień, w którym Szwederowiak przyzna się do tego, że się zakochał i kocha miłością pierwszą i czystą kulturowy ekwiwalent wygazowanego piwa i lekko już podsuszonego hot-doga. Jam jest ten, który randki odwoływał w liceum po to, żeby poczytać. Jam również jest ten, który gna przez miasto po to, by w towarzystwie mokrej włoszki o dziwnie niedziewczęcym imieniu Rafał kontemplować coś, co nazwałem kiedyś tańcem przy przekraczaniu prędkości. O dwudziestu dwóch mężczyznach więc w miesiącu, co rozpoczyna wakacje i przywiedzie do nas Wiarę, Jagę i Żyletę.

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Artykuły w dziale felieton