Zawiało mnie. I nie byłoby w tym niczego dziwnego, bo w swoim życiu byłem zawiany pewnie kilkaset razy, a i nierzadko zawianie to było tak intensywne, że późno w noc też mną niejednokrotnie pozamiatało. Natomiast tym razem wiatr, co mi mięsień (lub nerw – lekarze nie wiedzą do końca) przeziębił, skutecznie wykluczył mnie z życia publicznego toczonego twarzą w twarz, a nie twarzą w monitor. Nie byłem chory per se. Nie wyciekało mi z otworów, nie rozsiewałem, nie pękała mi głowa, nie musiałem leżeć. Natomiast nie byłem w stanie zawiązać sobie butów, bo jak się schylałem, to popuszczałem. Nie ze względu na niedostatek skóry. Z bólu. Nie wychodziłem więc. Również z bólu, ale i z powodu konieczności grzania. Nie, nie tego grzania. Grzania karkowo-kręgosłupowego odbywanego za pomocą maści, olejków, przedmiotów z gumy oraz gorącej wody. No więc siedziałem. Głównie przed monitorem i telewizorem. Trochę nadrabiając oglądactwo, a trochę ogarniając zmiany zaszłe przez rok. I czasami nie wierzyłem. O wierze więc właśnie w miesiącu, co niezmiennie pyta, czy są tu grzeczne dzieci.

Żona często powtarza, że nigdy nie spotkała bardziej nudnego faceta. Rzekomo jestem strasznie powtarzalny. Coś w tym musi być. Kiedyś (dokładnie rok temu) pisałem o spacerze, jaki odbyłem po cmentarzu zlokalizowanym przy ulicy Kcyńskiej i co dalej z tego wyszło. 1 listopada również się tam znalazłem. Każdy, kto choć raz na nim był, wie, że tuż przy cmentarnej bramie znajduje się symboliczny grób żołnierzy wyklętych, tych, którym nie po drodze było z władzą komunistyczną. A władza ta – to również stara sprawa – nie lubiła, jak podnoszono na nią rękę, nawet więcej: taką rękę chętnie obcinała. Temat jest mocno wyeksploatowany, setki historyków opisało już bardzo skrzętnie martyrologię naszego narodu, ale takiej sceny jeszcze nigdy nie widziałem: nad grobem żołnierzy wyklętych stoi niewysoka czarnoskóra dziewczynka. Ma w ręku zapałki, więc niech będzie czarnoskórą dziewczynką z zapałkami. Bardzo płynnie mówi po polsku. Ja oczywiście mam znicz, ale nie mam zapałek, więc proszę ją o przysługę. Chciałbym powiedzieć, że dziewczynka oblała się rumieńcem, ale tego nie wiem, wiem tylko tyle, że odwraca się speszona w stronę czarnoskórej matki i obydwie panie płynnie rozmawiają po polsku. Matka tłumaczy córce, że te kilkaset zniczy postawiono na pamiątkę tych, którzy zginęli młodo i tragicznie, a następnie przytacza daty urodzin i śmierci wyryte na tabliczkach, za każdym razem powtarzając: „Ten pan żył lat 25, ten 33, a tamten tylko 22…”.

To był akurat dzień wyborów samorządowych… Ale nie o wyborach chciałabym tu pisać, będzie zatem o czymś zupełnie innym. Był to więc jeden z tych smutnych, jesienno szarych dni, jakie wszyscy pod tą szerokością geograficzną dobrze i dotkliwie znamy, a ja akurat jechałam tramwajem numer jeden z Wilczaka do centrum. Krajobraz za oknem nie zachwycał: dżdżysta bylejakość i monotonia upstrzona śmieciami – pamiątką po tych wszystkich sążnistych sobotnich melanżach. O, i dach kościoła wymieniają…

W pewnym momencie, na przystanku Nakielska/Stawowa środkowymi schodkami jedynki wspięło się trzech młodych jegomości, ale takich jakby nożem odcinających się od reszty tramwajowego otoczenia: ciuchy mieli trochę niby od Jacka White’a wzięte, a głowy – mogłabym powiedzieć, że od Jamesa Deana, ale do bimby wnieśli tyle koloru i groteskowego w tym tramwajowym kontekście poloru, że skojarzyli mi się raczej z kreskówkowym i pstrokatym Johnnym Bravo. Pierwsza moja myśl – że muszą to być muzycy jakiegoś shoegaze’owego zespołu i właśnie wracają z próby. Tak, zapewne, ale zaraz, zaraz… Tak bez instrumentów całkiem i tak z rana? Do tego z Nakielskiej? Do tej pory widywałam tu tylko zasępionych ludzi podążających z foliówkami z przedstawieniem jakiejś pogniecionej martwej natury w stronę sklepu monopolowego otwartego dwadzieścia cztery ha… Tkwiłam więc chwilę w tej konfuzji, aż do momentu, kiedy z ich ust nie zaczęły wypływać słowa angielskie. I nagle przypomniałam sobie: no przecież – festiwal Camerimage się wczoraj zaczął!

Dzień dobry. Chociaż to akurat śmiała teoria. Dla niektórych z nas powrót z wakacji (dla mnie ich częścią zawsze już będzie wrzesień, bom na słońce uczulony) jest wydarzeniem porównywalnym z wybuchem termojądrowym, który swym podmuchem wciska nas znowu za biurko, gdzie trzeba od początku budować nadwątlone już przyjacielskie relacje z dobrym druhem o egzotycznym imieniu Excel. Dla innych z kolei to wiadomość iście anielska, bo kolejny urlop spędzony na graniu w fejsowe gierki na plaży w tej samej od dziesięciu lat destynacji wypoczynkowej przybliżył nas do mówienia językami, słyszenia głosów i ochoty na lot już ostatni z dachu wysokiego budynku. Podzieleni jesteśmy w odbiorze października. Podzieleni jesteśmy w odbiorze wszystkiego. Jak jest ciepło, to wznosimy modły na poły błagające o to, by się ochłodziło, a po połowie o to, by grzało mocniej. Jak jest zimno sytuacja nie zmienia się ani o jotę. Suchość i mokrość wzbudzają sprzeczne emocje tak jak kolor beżowy, żaluzje czy salceson. Nie ma rzeczy, osoby, doznania, lub teorii co do której zgadzalibyśmy się jednogłośnie in plus lub in minus. Wakacje dają nam (albo nie) trochę nowy ogląd sytuacji. Trochę nowych wiadomości nam przynoszą. Jakieś świeże znajomości. Dane mi było trochę w czasie tych trzech miesięcy pojeździć, nawet za granicę, więc ja również spotkałem nowych dla mnie przedstawicieli rasy, która bez absolutnie żadnych podstaw ku temu mieni się cały czas ludzką. Zbrojny w doświadczenia zawieszam więc palce nad klawiaturą i niepodzielną uwagę skupiam na przelew konkluzji na oczu Waszych, drodzy Czytelnicy, płaszczyzny wypoczęte. Lub nie. Niech mi dane będzie podzielić się z Wami w miesiącu, który rozpoczyna jesienność.

BIK, Pałac Młodzieży i ja. W zacnym wylądowałem towarzystwie. Z tym drugim związałem się bardzo wcześnie poprzez nauczanie mnie języka Szekspira, a w tym pierwszym mnie Państwo czytujecie. Albo nie. Jeśli nie, to nie wiecie, że właśnie o Was piszę. Co rodzi pytanie, po co to robię? Pytanie to z kolei rodzi odpowiedź – bo kocham to robić. Gdy spotykam moich, brzuchatych już w większości, kolegów z podstawówki albo zmęczone już w większości codziennością koleżanki z liceum to słyszę często, że lata te, za które wystawię sobie zaraz rachunek minęły „jak z bicza strzelił”, „w mgnieniu oka”, „zanim się człowiek obejrzał”, „raz dwa”… No, chyba Wam, szanowni znajomi z placówek edukacyjnych! Mnie natomiast zdecydowanie nie! Przypinałem każdą chwilę pinezką emocji do deski czasu (dzięki, Paktofoniko) i zawsze mogłem do niej wrócić. I są na tym kawale drewna kolorowych główek miliony. Podsumowania to nie jest moje hobby, ale co tam… raz nie zawsze. A może się to komuś przyda. Rachunek więc w miesiącu, co mnie na świat wypluł i pokrytego bąblami praży z roku na rok słońcem, co jest bez sumienia.

Ostatnio nie opuszcza mnie wrażenie, że zewsząd atakowany jestem kiczem. Co więcej, czy też raczej: co gorsza, zazwyczaj jest to celowy zabieg twórców, a nie tzw. „wypadek przy pracy”. Jakoś tak się pozmieniało, że kicz zaczął być trendy, czy my – odbiorcy kultury – tego chcemy, czy nie. Pół biedy, jeśli jest to kicz delikatny, na granicy pastiszu, dawkowany w sposób subtelny i wyrafinowany. Niestety, najczęściej są to odosobnione przypadki, które giną w zalewie kiczu ordynarnego czy wręcz chamskiego. No, ale po kolei…

Pretekstem do napisania tego felietonu był dla mnie marcowy koncert Braci Figo Fagot w Estradzie. Byłem w tym miejscu na wielu koncertach. Były wśród nich takie, które odmieniły moje muzyczne życie wewnętrzne, były też zwyczajnie dobre, przeciętne i oczywiście takie, które były po prostu słabe. Pod względem frekwencji różnie na tych koncertach bywało (co nie zawsze wiązało się z ich jakością, niestety), ale nawet jeśli klub nabity był po brzegi nigdy nie zauważyłem, żeby bawili się wszyscy (nie mam tu na myśli uśmiechów na twarzy i ruszania głową w takt muzyki, tylko zabawę przez duże Z). W pewien marcowy piątek, z głupia frant, wybrałem się tam na koncert wspomnianych Braci Figo Fagot. Pamiętam tych gości z czasów studenckich, kiedy jeszcze jako Z.F. Skurcz kręcili niezależne, bardzo abstrakcyjne filmy. Oczywiście wiedziałem, jakim gatunkiem muzyki Bracia parają się dziś, mając jednak duży dystans do swych muzycznych upodobań i, nie zawsze uzasadniony, głód doświadczeń, wybrałem się na ich występ.

Jestem przenoszony. Przez życie z miejsca na miejsce. Przez prace różne, w moim konkretnym przypadku dość chaotycznie związane z tworzeniem czegoś od początku, z budynków jednych do budynków innych. Własnonożnie przeniosłem się z przedszkola na podwórko, bo zinstytucjonalizowanie mnie chyba jednak nie jest możliwe. Własnodecyzyjnie przeniosłem się z Bydgoszczy do Poznania, który okazał się tylko trochę mniejszą Warszawą. Przez dziesięć prawie lat przenoszony byłem przez pociągi, autobusy, samochody i samoloty do zakątków odległych, które próbowałem (z różnym skutkiem) okrasić muzyką. Przenosiłem się sprzed mikrofonów przed mikrofony i sprzed bram wejściowych pod wyjścia ewakuacyjne. Ewakuowałem się czasem w pośpiechu z wyłączonymi światłami. Uciekałem do i od wspomnień i w przyszłość. Eskapizm stał się sposobem na życie. Jednak najbardziej przeniosła mnie moja mama. A dokładnie rzecz ujmując przenosiła mnie. O prawie miesiąc. USG robione na krótko przed porodem ukazuje zazwyczaj spokojną, skupioną na bezwładnym unoszeniu się małą istotkę. Moje przypominało zdjęcie kota, którego próbują wcisnąć do wanny pełnej wody. Przeczuwałem, że poza brzuchem mojej rodzicielki nie jest fajnie. Gdybym dał się przenieść na ten świat w terminie to co do miesiąca miałbym tyle lat ile kończy w tej chwili Bydgoski Informator Kulturalny. Lubię go. Tak jak lubię, kocham wręcz, wszystko co pachnie farbą drukarską. Bo przenosi. O czytelnictwie więc w miesiącu co nam życie mai powrotem pachnących świeżością nadziei.

Zdarza mi się czasami, iż wpisuję w wyszukiwarce Google swoje nazwisko. Potem zaznaczam opcję „grafika”. I jestem. Pojawiam się. Znikam. Moje zdjęcia, przyznaję, nie są zbyt ciekawe. Nie jestem żadnym modelem, kiepsko się ubieram. Nie pozuję, nie staram się dobrze wypaść, nie puszczam zalotnych spojrzeń. Wizualnie jestem przeciętny. Ponadto, najwięcej moich zdjęć jest znad szachownicy. Rozumiem, że dla tych wszystkich, którzy nie są wielbicielami królewskiej gry od razu wydaję się nudziarzem, obdarzonym refleksem szachisty. Cóż, taki los. 

Pralka brudzi mi białe koszule. Czarne pewnie też mi brudzi, ale w związku z tym, że brudzi na czarno to na nich nie widać. Poza tym czarne koszule mnie mało interesują, bo ich nie noszę. Noszę białe. Odpowiedź ma pytanie o to, dlaczego piorę ubrania, których nie noszę, pozostawmy na kiedy indziej. Jadłem kiedyś pizze z twarogiem i popijałem to żołądkową gorzką, tak więc nie należę raczej do części społeczeństwa uznawanej za normalną. I całe szczęście. Gdyby tak było, to codziennie rano wymiotowałbym z nudów, a śniadania uwielbiam i przygotowuję je na bogato i z wypasem, więc pozbywanie się ich wprawiałoby mnie w stan smutku i żałości. Tak samo jak upaprane białe koszule. Po gruntownym przeglądzie i przesłuchaniu na okoliczność okazało się, że pralka brudzi bez przyczyny, ale za to intencjonalnie chyba, bo za każdym razem, kiedy piorę białe rzeczy. Moja oddalona o dwa pokolenia babcia zwykła określać przedmioty, które są niezawodne mianem „prima sort”. W języku, w którym zamówienie cynamonowej kawy brzmi jak wypowiedzenie wojny, oznacza to pierwszy gatunek. Coś co stanowi jakościową klasę samą dla siebie, nie obcyndala się w technicznym tańcu i generalnie rzecz biorąc nie myśli nawet w najgłębszych majakach AGD o plamieniu białych koszul. Nie oszukuje użytkownika. Nie robi mu kawałów na dwie godziny przed wyjściem, które wymaga elegancji wyprasowanego śniegu. Dużo mamy takich rzeczy jeszcze? Nie sądzę. O kawałach kwietniowych więc w miesiącu, co się od nich zaczyna.

Kiedy byłem pierwszy raz w Mózgu? Pewnie, krótko po otwarciu, ale na pewno nie na otwarciu. Pamiętam, że właśnie w Mózgu trafiłem na wydawaną wtedy w Bydgoszczy, gazetę pod tytułem „Czarno-biała”. Bawili się chyba wtedy redaktorzy tego pisma. Nie pamiętam jak długo ta gazeta wychodziła, ale była, choć dziś trudno natrafić na ślad po niej nawet w Internecie, no ale to były w zasadzie jeszcze czasy przedinternetowe.

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Artykuły w dziale felieton