Pan wpadł na słup. Na moich oczach. Na przystanku. Pan wpadł na słup, i to lewą stroną ciała. Nie mam pojęcia, czy miał być to jakiś manifest, że akurat lewą, a jeśli był, to nie mam pojęcia czego. I co miał na celu ten pan wpadając na ten słup lewą stroną ciała. Fakt pozostaje faktem, iż po kinetycznym naruszeniu prywatności słupa pan najpierw runął, potem się przetoczył niczym amerykański komandos (nie wiem dlaczego akurat amerykański – francuscy komandosi przetaczają się pewnie tak samo… chociaż cholera ich wie) i wstał z gracją godną surykatki. Po czym z niezmąconym spokojem skierował wzrok na przedmiot, w który wgapiał się poprzednio tak intensywnie, że wpadł na słup. Poczułem współczucie dla tego pana. Ale nie dlatego, że wpadł, a z powodu powodu, przez który to zrobił. Zasmuciłem się tym powodem, co spowodowało, że o kolizjach napiszę w miesiącu, co nam niezmiennie obiecuje nowy początek.

Muszę się przyznać: mam straszne wyrzuty sumienia, że nie napisałam nic do poprzedniego, kwietniowego numeru „BIK-a”. Spać od tego nie mogę. Być może ktoś z Państwa – bacznych naszych Czytelników – zauważył mój brak (o ile można zauważyć coś, czego nie ma), być może zastanowił się nawet przez chwilę: „Jak to? Była i nie ma? Może coś się stało? To ta od kiboli? Aaa, to pewnie już nie żyje”…

Ptasi klucz

 |  Bartłomiej Siwiec

Od kilku lat mam w głowie zarys opowiadania, którego pewnie nigdy nie napiszę. Powiedzmy, że akcja tej historii toczy się w Szubinie, nawet dokładnie podam datę: 19 kwietnia 1944 r. Herta i Gisela pomagają rodzicom w pracach gospodarskich. Herta Schmidt ma lat 18, a jej siostra Gisela o dwa lata mniej. Świnki już nakarmione, można chwilę odpocząć. Herta wskazuje na niebo i pokazuje młodszej siostrze klucz powracających ptaków. Dziewczyny śmieją się. Zima trwała prawie pół roku, ale od tygodnia energicznie przychodzi wiosna. Gisela zniża wzrok i wskazuje palcem przed siebie. Na horyzoncie widać dwie postacie, dwóch nieznanych mężczyzn. Herta przypomina sobie o niedawnym apelu powiatowych władz partyjnych NSDAP. Aparatczyk prosił, żeby natychmiast takie przypadki zgłaszać w miejscowej żandarmerii. Przecież każdy nieznany typek może być wrogiem, a co gorsza, może być szpiegiem. Ptaki poleciały na północ, nie one im teraz w głowie. Najważniejsze jest pewne słowo, do którego młode dziewczyny już zdążyły się przyzwyczaić, słowo, które jest kluczem: chodzi oczywiście o „powinność”.

Pan mnie nie zna, ale ja Pana tak. Ostatecznie to Pan jest gwiazdą telewizji. Czytałem Pana notkę biograficzną i wiem, że na początku maja skończy Pan 50 lat. Wydaje mi się, że w tym wieku osiąga się pewną równowagę pomiędzy aspiracjami i możliwościami. Niech Pan mi wybaczy wymądrzanie się, ale w moim wieku… trochę jeszcze muszę chleba zjeść, a i tak pewnie Panu nie dorównam. 

Dwieście dwudziesta szósta reminiscencja Georges’a Pereca ze zbioru wspomnień zatytułowanych Pamiętam że brzmi: „Pamiętam «tenis w brodacza»: liczyło się brodaczy ujrzanych na ulicy: 15 za pierwszego, 30 za drugiego, 40 za trzeciego, oraz gem za czwartego” (Wydawnictwo Lokator, Kraków 2013, s. 73). Owa francuska niewinna gra z połowy XX w. miała być ponoć nawiązaniem do tzw. „tenisa w Żyda” z czasów II wojny światowej – gorzkiej zabawy opisywanej m.in. przez niedawnego noblistę Patricka Modiano w niewydanej – jak na razie – w Polsce powieści zatytułowanej oryginalnie Les Boulevards de ceinture z 1972 r.

No dobra, okulary, portfel, pendrive, klucze, plecak. Zamknąć drzwi. Schodami w dół. Sąsiad z pierwszego znowu uwierzył w chemię i płynną przezroczystość, w związku z czym muza gra od wczoraj, a wycieraczka malowniczo wmontowała się pomiędzy doniczki na parapecie. Drzwi. Ale świeci! Z klatki w prawo. Na skrzynce rozdzielnika elektronów pusta dwusetka po Żołądkowej i puszka po Spricie. Ależ ja późno dzień zaczynam. Dzielnia, jak widać, aktywna od brzasku. Wczoraj tu tego nie było, a wracałem raczej późno. Znowu w prawo w Podgórną. Nie, proszę pani, nie mamy lewostronnego ruchu w tym kraju nad Wisłą. Tak, też jestem zdziwiony. Brama po prawej wydaliła z siebie wylew wodny. Zwolnić i obejść lód. Słowo, którego szukacie, to „piasek”. Panie fryzjerki już w pracy. Klientka w papilotach pali papierosa przed salonem. Zatroskana jakaś. Może jej uświadomili, że ona sobie tu skręca owłosienie górne, a za ścianą panie skręcają się w uściskach opłaconych gotówką. No bo kart płatniczych to chyba w tamtym drugim „salonie” nie honorują. Niewiele chyba w ogóle się tam honoruje. Nie, nie myśl teraz o przeciąganiu kart! Wzrok przed siebie! Mroźnie. Fajnie. Dobrze się oddycha. Bogdan już pewnie kwadrans z przodu.

Jak się okazuje, posągi w tym naszym polskim i jemu podobnych krajach upadają nie tylko wraz z upadkiem reżimów i systemów politycznych. Czasem upadają, tudzież spadają ot, tak sobie, z dnia na dzień, z minuty na minutę – jak na przykład owa ornamentacyjna niemała figura przedstawiająca anioła, która 19 stycznia 1934 roku z wysokości dwudziestu metrów spadła z historyzująco modernistycznej kamienicy restauratora Carla Meinhardta na trotuar przy ulicy Gdańskiej 27 w Bydgoszczy, raniąc trzy osoby, z których dwie zmarły niedługo po przewiezieniu do szpitala, a jedna, ucieknąwszy zszokowana z miejsca zdarzenia taksówką, zaginęła bez wieści. Podejrzewać jednak można, że i ona wypadku raczej nie przeżyła.

W operze byłem w życiu tylko raz. Na Nabucco. Na studiach. Po wyjściu stwierdziłem, że nie lubię, gdy się na mnie krzyczy, i to nie lubię tego nawet za darmo. Jeśli natomiast mam za to jeszcze płacić, to całe to zamieszanie w ogóle przestaje mieć jakikolwiek sens, a zaczyna być wręcz szkodliwe. Nie po drodze mi po prostu z hałasem. Z tej właśnie przyczyny w przedszkolu spędziłem dokładnie cztery godziny. Niby było fajnie i można było porozmawiać o ślimakach oraz przewadze walorów konstrukcyjnych gliny nad tymi przejawianymi przez błoto, ale wokół panował nieprzerwany harmider. Wyszedłem więc stamtąd i już nigdy nie wróciłem. W liceum rodzice moich kolegów i koleżanek dzwonili przed zaplanowaną imprezą do mojej mamy i pytali, czy się na rzeczony melanż wybieram. Jeśli odpowiedź była twierdząca, to puszczali tam swoje pociechy, bo było wiadomo, że o 22 ściszę muzykę, będę wszystkich uspokajać i ściągać miłośników chemii z parapetów w połowie próby uskrzydlenia się po raz pierwszy i ostatni. No, tak mam po prostu. Nie lubię przeszkadzać innym. Nie lubię wrzawy. Nie lubię, jak się na mnie krzyczy. O różnych rodzajach wrzasku więc w miesiącu, co nam każe podkuć buty.

Byle do stycznia

 |  Bartłomiej Siwiec

Grudzień ma w sobie coś przytłaczającego. Pewna bliska mi osoba zwykła mówić, że listopad i grudzień to miesiące wyjątkowo depresyjne i dopiero jak śnieg w styczniu spadnie i dzień się wydłuży, wtedy ta zima staje się znośniejsza. Pamiętam, że Tadeusz Nowakowski napisał kiedyś powieść Byle do wiosny i dlatego też postanowiłem lekko sparafrazować ten tytuł. 

Kolega, nauczyciel historii, opowiadał mi kiedyś, że starał się podsumować dwudziestolecie międzywojenne i poprosił uczniów o przedstawienie trzech najważniejszych wydarzeń z tego okresu. Dzieci świetnie zapamiętały cud na Wisłą (pewnie szczególnie chłopcy) i zabójstwo prezydenta Gabriela Narutowicza, tak samo zresztą jak postać jego mordercy, Eligiusza Niewiadomskiego. Rzeczywiście, też mi się wydaje, że tamto dramatyczne wydarzenie, które 16 grudnia 1922 roku rozegrało się w warszawskiej Zachęcie, jest warte odnotowania. Mamy bowiem do czynienia ze zbrodnią dość powszechną w XX wieku, bo dokonaną z pobudek ideologicznych.

Menu na nowy rok

 |  Emilia Walczak

Bydgoszcz, Błonie, ulica Schulza. Niestety nie Brunona, a księdza Józefa Walentego. Wcześniej była tu Feliksa Dzierżyńskiego, krwawego komunisty, co tak sobie świstał, rzekłby być może pan Julian Tuwim.

Niecierpliwię się czekając na najdziwniejszy autobus w tym mieście – 57. Autobus widmo. Autobus loterię: przyjedzie albo nie przyjedzie, pół na pół, fifty-fifty. W dodatku kursuje on co pół godziny i zazwyczaj, a przynajmniej zawsze wtedy, kiedy ja się nim przemieszczam, stanowi tylko jedną drugą konwencjonalnego, dwuczłonowego autobusu. Ot, taka to już jego idiosynkratyczna „połowiczność”.

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Artykuły w dziale felieton