Nie wiem, czy Państwo się ze mną zgodzą, ale osobiście jestem bardzo zadowolony z oferty kulturalnej naszego miasta. Może dlatego, że mam pewien horyzont czasowy, pamiętam, jak było beznadziejnie w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, pamiętam, że byliśmy zdani na małe kina (one jeszcze miały swój urok) i dość przeciętny teatr. Cały rok czekało się na juwenalia, bo wtedy przyjeżdżał Kazik Staszewski z zespołem i na tym właściwie kończył się styk młodego człowieka z kulturą. Kilkukrotnie rozmawiałem o tym z Wiktorem Żwikiewiczem (raz na łamach naszego pisma) i on używał nawet bardziej dosadnego zwrotu: „To były głupie lata”. Państwo w wystarczający sposób nie finansowało kultury, a nawet uporczywie forsowało tezę, że kultura nie potrzebuje mecenatu. Wykwitem takiego podejścia były „cudowne” filmy, takie choćby jak Młode wilki i Młode wilki 1/2. Jeśli ktoś nie wie, co znaczy słowo „obciach”, powinien sobie je przypomnieć.

Przyznaję, że w 36. odcinku mojej zugzwangowej opowieści postanowiłem trochę zdjąć maskę. Otóż sytuacja w kraju jest napięta, lewica i prawica coraz bardziej prężą muskuły, a nawet czasami biorą się „za łby”. Poszczególne partie mocniej zwierają szeregi. Coraz trudniej być pośrodku. Ci, co są pośrodku, mają przekichane. Każda ze stron konfliktu ideologicznego próbuje tych ze środka przeciągnąć na swoją stronę. Oczywiście, najgorsze są bluzgi. Na centrum plują wszyscy. Wydawałoby się, że trzeba się zadeklarować. Inaczej ani rusz, żeby wyrwać się z tego najbardziej nielubianego miejsca na scenie. 

Na dywanie w moim pokoju leżą okruszki. Widzę je bardzo dokładnie i chociaż nie jestem ich w stanie policzyć to z dokładnością kilku lat i miesięcy wiem jakie sytuacje je tam pozostawiły. Okruszki mają różne kształty, kolory i wielkości. Gapię się na nie w pozycji siedzącej, bo taką od pewnego czasu preferuje mój organizm. Jak się siedzi to mniej rzeczy umyka, ponieważ prędkość z jaką te rzeczy się poruszają nie jest dublowana przez nasz własny pęd. Niezależnie od wektora pędu tego i absolutnie bez związku z osiąganymi kilometrami na godzinę. Jak się siedzi to smużenie mijającego świata jest bardziej ogarnialne i można więcej zrozumieć. Pewnie dlatego ci co są z nas najmądrzejsi siedzą raczej, a nie pędzą bezustannie zmieniając kierunek lub trzymając się kurczowo jednego i z kołaczącym sercem trwają, wczepiając się w nadzieję, że nie wybiegną poza krawędź znanego im uniwersum. Wybiegłem poza nią kilka razy i nie spotkałem tam niczego co sprawiłoby, że poczułbym się szczęśliwszy. No może na chwilę. O siedzeniu więc, w miesiącu co meteorologicznie będzie taki jaki być powinien albo zupełnie inny.

zugzwang (35): Hemar i homar

 |  Bartłomiej Siwiec

Nie wiem, czy Państwo też tego doświadczaliście, ale ja doświadczałem wiele razy. Otóż dziesiątki razy słyszałem narzekania bydgoszczan na Toruń, na to, że tamci mają świetny uniwersytet, a nasz jest taki – delikatnie mówiąc – przeciętny, na to, że oni mają ten wymarzony kierunek studiów, a władze naszej uczelni dopiero o nim myślą, na to, że książka wydana w niewielkim nakładzie w ich bibliotece uniwersyteckiej jest dostępna, a w naszej nie figuruje. Najbardziej sfrustrowani szli dalej i mówili tak: w 1945 roku grupa naukowców z Wilna z fantastycznego uniwersytetu Stefana Batorego przez pomyłkę wysiadła z pociągu o jeden przystanek za wcześnie. To, że Toruń ma tę wspaniałą placówkę, to jest przypadek, jakieś nieszczęśliwe zrządzenie losu, przecież oni wszyscy powinni wysiąść w Bydgoszczy. Każdy przecież wie, że w 1945 roku Bydgoszcz była miastem większym, została stolicą województwa i że to nam się już wtedy taka placówka należała. 

Gdy byłem nastolatkiem, w czasach jeszcze realnego socjalizmu (cokolwiek to pojęcie znaczy), bardzo lubiłem podjadać ciasteczka biszkoptowe obsypane makiem i nadziewane marmoladą. Kosztowały one – powiedzmy – dwadzieścia tysięcy. Pewnego pięknego popołudnia poszedłem do sklepu w wiadomym celu. Przy półce z ciasteczkami nadziałem się na sprzedawczynię, która w rozpiętym i niezbyt czystym fartuchu opatrzonym napisem BSS „Społem” akurat zmieniała cenę. Tabliczka już przypięta, nowa cena to: dwadzieścia jeden tysięcy. Miałem odliczoną kwotę, więc próbowałem z nią porozmawiać, rano przecież wszystko było po staremu, ciasteczka stały na znanej mi dobrze półce, a po południu jakieś dziwne zmiany. Pani sprzedawczyni jednak głowę trzyma wysoko, z gówniarzem nie zamierza wdawać się w żadne jałowe konwersacje. W końcu ona tu rządzi. Ciągle powtarza jedno złote słowo, słowo wytrych, które wyjaśnia wszystko: „inflacja”, i że to przecież nie jej decyzja, a przełożonych, więc sprawa jest jasna, ciasteczka podrożały, koniec i basta. Zostaję odesłany po brakujący tysiąc, po jeden niebieski banknot z wizerunkiem Mikołaja Kopernika, i na przyszłość radzi mi zapamiętać, że wszystko drożeje… Sprzedawczyni BSS „Społem” jest bardzo konkretna. Jej niechlujny ubiór doprowadza mnie do szału. Nie mogę już dłużej przebywać w jej towarzystwie. Popatrzyłem tylko na biszkoptowe ciasteczka, oblizałem językiem wargi i wróciłem do domu, prosząc o kolejny tysiąc. Gdy po godzinie wróciłem do sklepu, biszkoptowych ciasteczek już nie było. Pani „Społem”, królowa sklepu, oznajmia mi, że ciasteczka wyprzedane i niestety już nic nie jest w stanie dla mnie zrobić; w sklepie zresztą pełno ludzi, bo właśnie rzucili pomarańcze kubańskie. Byłem pewny, że schowała co najmniej jedną paczkę ciasteczek pod ladę, ale cóż, dzieci i ryby głosu nie mają; smutny wróciłem do domu.

Żeby w mojej zugzwangowej rubryce nie było zbyt nudno, proszę, oto rodzinna historia pewnego znajomego, który ponad dziesięć lat temu wyjechał kłaść kafelki do Anglii i jak to się powszechnie ujmuje: kontakt się urwał. Pan Marian (z oczywistych względów imię zostało zmienione) czuł się intelektualistą, lecz proza życia zmusiła go do innej czynności – specjalizował się on mianowicie w kładzeniu kafli. Był z dość dziwnej rodziny, tak można by chyba rzec. Jego pradziadek za czasów zaborów bardzo chciał dokonać zamachu bombowego na cesarza, cara albo przynajmniej kanclerza. Na pewno na jakiegoś ważniaka. Uważał on, że tylko bomba może zmieść z powierzchni ziemi obecny układ. Przygotowywał się do tej czynności bardzo pieczołowicie i już był prawie gotowy, ale wtedy dowiedział się, że w Sarajewie Gawrilo Princip go ubiegł i że arcyksiążę Ferdynand nie żyje. Tak się tym załamał, że wkrótce potem dostał rozstroju nerwowego i bardzo szybko zmarł. Jego dzieło kontynuował syn, czyli dziadek Pana Mariana, który za czasów niemieckiej okupacji produkował dla armii über menschen granaty, co zresztą nie skończyło się dla niego żadnym pozytywnym fajerwerkiem. Było przecież oczywiste, że jak się w czasie wojny jest Polakiem (z odpowiednią grupą narodowości rasy panów) i produkuje granaty, które docelowo miały zabijać Amerykanów, Rosjan, Anglików, a nawet tych Polaków, co po właściwiej byli stronie, to trzeba być sabotażystą. Tu innego wyjścia nie ma. Dziadek szedł tym tropem, granaty jego produkcji wybuchały nie tam, gdzie powinny, faszyści – na różnych odcinkach frontu – padali jak kawki, więc szybko o sprawie dowiedziało się gestapo. Dziadek zniknął, a sąsiedzi do dziś powiadają: słuch po nim zaginął. 

Byłem dość sceptycznie nastawiony do talentów Pana Lucjana Kydryńskiego. To jego dziwaczne „r” wcale mnie nie śmieszyło, a raczej drażniło. Wydawał mi się on zawsze postacią przereklamowaną i, co chyba gorsze, wszędobylską. Wszędzie było go pełno: w radiu, telewizji, w Sopocie i w Opolu. Może niezbyt dobrze to o mnie świadczy, ale wyzwalają we mnie swoistą podejrzliwość ci wszyscy, którzy podobnie jak Pan Lucjan łapią wiele srok za ogon: jak powszechnie wiadomo, był on nie tylko felietonistą „Przekroju”i twórcą audycji radiowych, ale też prezenterem scenicznym, konferansjerem, no i oczywiście występował w telewizji. Wiedziałem też, że napisał sporo książek, ale kompletnie uszło mojej uwadze, że jedną z ważniejszych książek w swojej karierze wydał w wydawnictwie Pomorze w 1990 roku w Bydgoszczy. Rzecz o znakomitym duecie pianistów Marek i Wacek z podtytułem: historia prawdziwa.

Na ryby

 |  Emilia Walczak

Kawiarnia Strefa przy ulicy Długiej w Bydgoszczy jakiś czas temu zorganizowała dla swoich klientów plażę – nad rzeką Młynówką, mniej więcej w tym miejscu, gdzie kiedyś stał dom z wymalowanym na jednej ze ścian wierszem autorstwa Wojciecha Banacha o intrygującym mnie 15 lat temu incipicie Miotając się. Plaża – na lato jak znalazł, wszak po co się kisić i dusić w przyciasnawych z deka wnętrzach, jak jakieś ryby bez wody?…

Parę lat temu widziałam taką plażę w Wiedniu, pomyślałam wtedy: „Dlaczego w Bydgoszczy nikt na to jeszcze nie wpadł? Dlaczego nasz nadwodny potencjał wciąż pozostaje niewykorzystany?”. No ale upłynęło trochę wody w Brdzie i w Młynówce i w końcu ktoś jednak wpadł – na pomysł, nie do wody! I chwała mu za to, lepiej wszak późno niż wcale.

Lecz dość już tych peanów, nie o tym tu chciałam…

Opowiem Wam za to teraz krótką historię o zabijaniu, a było tak…

Druga połowa lat osiemdziesiątych. Staram się znaleźć klamrę czasową tamtego okresu. Symboliczna jest data 26 kwietnia 1986 roku, kojarzona bardzo jednoznacznie: Czarnobyl. A jaka data zamyka ten okres? Może czas rozmów w Magdalence, czyli marzec 1989 roku, a może wybory kontraktowe z 4 czerwca 1989 roku, a może powołanie rządu Tadeusza Mazowieckiego, a więc początek września tegoż roku? Zresztą, to wszystko z punktu widzenia obserwatora życia społecznego wsio rawno. Koniec Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej był żałosny. Pamiętam zatłoczone ikarusy z podziurawionymi siedzeniami, zdemolowane wiaty przystanków, pobryzgane mury, zdewastowane klatki schodowe, zrujnowane kamienice, straszące szpetotą i szarością bloki. Najgorsze były jednak kolejki i stojący w nich ludzie. Mieli bardzo smutne twarze, często puszczały im nerwy. A powody awantur przecież były bardzo błahe. Czasami kością niezgody był kawałek mięsa lub kilo parówek, albo choćby kawałek kaszanki.

Dziennik pokładowy, 14 maja 2015, godz. 16.42. Kiedy piszę te słowa, przy dźwiękach maszynki do dziabania, przy biurku za witryną z oldschoolową kotwicą (stąd chyba ten marynistyczny wstęp) i skocznych rytmach irlandzkiego punka, bydgoska Estrada stoi zamknięta już dwa tygodnie. Muszę przyznać, że czuję się z tym nieswojo. Nie jest to może niepokój, ale jakieś takie poczucie pustki. Nie mówię, że bywałem tam codziennie, ale dziwnie jest zaczynać weekend od niesprawdzenia informacji, kto gra w Estradzie. Na całe lato Estrada Stagebar zawiesiła działalność.

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Artykuły w dziale felieton