Postaram się. Ogólnie. Jednak głównie, żeby ten tekst nie wił się meandrami zdań jak dżdżownica po deszczu, tylko żeby w miarę sprawnie dostarczył przekaz, który dostarczyć ma, i odszedł z podpisanym potwierdzeniem odbioru. Eeee… no i się nie udało. Gdybym miał jednak liczyć, ilu obietnic nie udało mi się dotrzymać, to siedzielibyście, drodzy czytający, nad styczniowym „BIK-iem” do marca. Albo i dłużej. Szczenięce lata mam tu na myśli, bo w dojrzałości jakoś okrzepłem w trzymaniu raz danego słowa, choć i teraz zdarza się mi coś tam odpuścić albo o czymś tam zapomnieć. Składam to na karb wieku oraz substancji złogowych, które w moim ciele czują się jak ryba w wodzie i niedawno założyły republikę. Bez pana Grzegorza, niestety. Pan Grzegorz już niczego nie musi dotrzymywać, obiecywać ani postanawiać. Nie wiem, czy to dobrze. Nie wiem, czy to źle. Wiem tylko, że w styczniu się wszędzie pisze o noworocznych obietnicach i postanowieniach. W związku z powyższym zrobię absolutnie odwrotnie i ucieknę do tyłu. O naukach i na ich drodze mądrościach nabytych więc w miesiącu, co zaczyna inne miesiące.

Bezradnie przeszukuję prasę, słucham radia, śledzę portale, a nawet społecznościowe media, oglądam… No, nie, jednak nie – telewizji narodowowyzwoleńczej nie oglądam, bo jakąś szczątkową przyzwoitość mam, jakąś godność resztkową, reliktową jakąś cnotliwość (jak węże mają łapki, jak ludzie ogony). Czytam i słucham, próbując rozpaczliwie wyłuskać coś śmiesznego. Ale humor się popsuł i nie kursuje. Największym wesołkom nie jest do śmiechu, głucho milczą dyżurni facecjoniści.
Całe szczęście literatura nie zawodzi. I nie myślę tu wcale o naszej lokalnej twórczości, chociaż ona, gdy o komizm idzie, zawodzi niezwykle rzadko. Myślę o klasyce. W klasyce bowiem komizm nie jest aż tak desperacki, jak to ma miejsce w regionalnej produkcji literackiej.

W zeszłym roku, w najlepszym bodaj na całym świecie antykwariacie, schowanym za nieco może dla niektórych kontrowersyjnym szyldem „Book Się Rodzi”, a położonym przy samej ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, zakupiłam w okazyjnej cenie ośmiu polskich złotych oprawną w marmurkowy karton książeczkę Josepha Rotha Nosiwoda Mendel. Radość moja była ogromna. Nie mniejsze było też moje zaciekawienie, płynnie przechodzące w zafrasowanie, pieczątką odbitą na książki stronie tytułowej. Treść stempla głosiła:

mgr Witold Kowalski
literat
93-248 Łódź
ul. Makuszyńskiego 5 m 47
tel. 643 33 47

Ogłoszone w lipcu tego roku przez warszawską oficynę Czarna Owca Czarne liście Mai Wolny są jedną z lepszych książek, jakie miałam okazję czytać w ostatnim czasie. Naprawdę. A staram się sięgać tylko po dobre książki, bo na resztę zwyczajnie szkoda mi czasu. I tak życia mi nie wystarczy, ażeby przeczytać wszystkie wartościowe pozycje. Niestety, taka prawda smutna; nawet gdybym czytała 24 h, to i tak tego czasu mi nie styknie. Nie ma bata – jak mówią na mieście.

To oczywiście jeden z bardziej znanych cytatów z kultowego filmu Hydrozagadka Andrzeja Kondratiuka. Słynną kwestię wypowiedziała na ekranie drugoplanowa aktorka Wiesława Mazurkiewicz, a jej karykaturalna rola wzorowana była oczywiście na postaci niewidomej kwiaciarki z arcydzieła Charlesa Chaplina pt. Światła wielkiego miasta, od Hydrozagadki starszego o 39 lat. Temu felietonowi na pewno bliżej będzie klimatem do historii o włóczędze Charlie’em, choć i z hydrotechniką będzie miał poniekąd coś wspólnego, albowiem po części dotyczyć będzie Smukały. A w tej oto znajduje się przecież jedna z trzech bydgoskich elektrowni wodnych – ta największa, odbudowana po wojnie w 1951 roku, o dwu turbinach Kaplana, generujących łączną moc aż czterech megawatów (to oczywiście wiedza z Wikipedii, nie oszukujmy się…).

Przepyszne spotkanie z komikiem, liryczny stand-up (co prawda na siedząco), na wysokim poziomie kabaret – było wszystko, czego oczekuje się od dobrej rozrywki. Nazwisko w tej branży nie jakoś szczególnie popularne i znane, ale dla każdego fana teatru improwizacji takie odkrycia są najcenniejsze. Organizator zakamuflował to zresztą brawurowo: wedle zapowiedzi miało być zwykłe spotkanie autorskie z Antonim Liberą z cyklu Autorzy „Kwartalnika Artystycznego”. Efekt zaskoczenia był.

Od kilku już lat nie wyjeżdżałem poza Polskę. Nie ma się czym chwalić. Wyjeżdżałem znacznie więcej, kiedy nie byliśmy w Schengen, w Unii Europejskiej, kiedy znaczenie miał paszport. Chyba nawet mój już jest przeterminowany. 

Kiedyś siedziałem w „PRL-u” i sączyłem piwo, a że było dość tłoczno, chcąc nie chcąc słyszałem rozmowę dwóch pań. Może ten mój felieton będzie trochę podsłuchowo-plotkarski i jeszcze trochę zanurzony w klimacie wakacyjnym, ale naprawdę spodobała mi się tamta rozmowa i choć po części pragnę ją tutaj przytoczyć.

Nie wiem, czy się Państwo orientują, że mono jest lepsze niż stereo. Poważnie. Jakościowo rzecz ujmując, dźwięk mono jest bardziej skonsolidowany, bardziej mięsisty i dynamiczniejszy. Stereofonia to sztuczność wykorzystywana do tworzenia efektów głębi, przestrzeni i klarowności poszczególnych składowych. Ale to efekciarstwo jeno. Mono to monolit doznań – niepodzielny strumień organoleptycznie wręcz odczuwalnej fali drgań zwanej dźwiękiem. Biadolić będą, oczywiście, malkontenci, że to się trzeba wyposażyć w specjalne ustrojstwa rodem z epoki poprzedniej i że (jak ja szczerze warczę za każdym razem, gdy słyszę to powiedzenie) „tak się już nie gra”. Wrrrrr… Posiadam na półce nagrania liverpoolskich Żuków i w mono, i w stereo, i te drugie brzmią, i owszem, współcześnie i klarownie, i tak „mega”, ale to te pierwsze mają większego kopa. A w muzyce o tegoż właśnie chodzi. Niezależnie od tego, czy słucha się Meshuggi, czy Liszta. W możliwości wyboru siła ponoć drzemie największa – dam Wam więc dzisiaj, drodzy Czytelnicy, możliwość podjęcia demokratycznej decyzji. O mono będzie w miesiącu, co zatyka paszcze kserokopiarkom notatkami.

Ludzie mają różne guilty pleasures. Najczęściej nie przyznają się do nich publicznie, w obawie przed byciem wyśmianym, przed utratą swojej ciężko wypracowanej na przestrzeni lat „pozycji”: prestiżu, poloru i powszechnego poważania. Mówiąc językiem RPG: minus 10 od charyzmy. Kolega na przykład (nie powiem, kto zacz) przed zaśnięciem lubi oglądać na YouTube filmy o katastrofach lotniczych... Nie, nie chodzi bynajmniej o ten w reżyserii Antoniego Krauzego! Ogląda te oparte na faktach, dokumentalne. No i OK. A ja się przyznam, co mi tam: od jakiegoś czasu z wypiekami na twarzy śledzę w internecie kanały z filmikami z zakresu urban exploration – w skrócie urbex. Dla niewtajemniczonych: urbex jest to eksploracja powszechnie niedostępnych, zazwyczaj opuszczonych i całkiem zapomnianych miejsc, jak na przykład: dawne szpitale, przychodnie, więzienia, fabryki, albo też i całe miasta, jak Borne-Sulinowo czy Pstrąże. Poza aglomeracjami natomiast – m.in. zrujnowane pałace czy też moje ulubione… domy wczasowe i OŚRODKI WYPOCZYNKOWE! A im obiekt pilniej strzeżony i trudniej dostępny, tym dla autora filmu ciekawiej. Także dla widza.

Zaraza Jerzego Ambroziewicza to książka, którą mianowałam na pierwszą towarzyszkę moich tegorocznych kanikularnych wojaży. – Zaraza? Bardzo wakacyjna lektura – zwrócono mi uwagę, z lekką drwiną na ustach odnośnie do moich katastroficznych literackich gustów i zapędów. – A ty co teraz czytasz? – zapytałam. – Ja? Zestaw do śmierci Susan Sontag! No, wesołe towarzystwo, nie ma co…

Tak czy owak Zaraza to fabularyzowany reportaż sprzed lat (wznowiony w tym roku przez Dowody na Istnienie), opowiadający o nagłej i przez nikogo niespodziewanej epidemii ospy, jaka dotknęła swą plamistą ręką miasto Wrocław pewnego skwarnego lipca. „Był początek lipca 1963 roku, tak upalny, jak zdarzało się to wówczas, gdy stary porządek panował również wśród pór roku. Żar wypalał stare mury wrocławskich kamienic i suszył tynki nowych bloków. W barach mlecznych brzęczały uwięzione na lepach muchy, stojące na chodnikach wózki z wodą sodową pod parasolami były niczym oazy dla pustynnych karawan, a sprzedawcy nie mieli czasu starannie płukać szklanek” – zaczyna swą opowieść Ambroziewicz. Ładnie napisane, prawda? Ja w każdym razie lekturę Zarazy polecam wszystkim smakoszom tego typu literackich kąsków. Dla leniwców jest też film z 1971 roku, pod tym samym tytułem, ale kto widział inne dzieła Romana Załuskiego, ma prawo podejrzewać, że ta adaptacja nie może być raczej zbyt fortunna…

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Artykuły w dziale felieton