Bydgoszcz to kiszka. Znaczy – nie w sensie, że lipa, ale w sensie, że się ciągnie. Nie „nuży”, broń cię panie wszelkiego istnienia, tylko trwa geograficznie z dosadną rozciągłością. Z Osowej Góry do Fordonu to trwa przez bite 20 kilometrów. No, czasami bite, a czasami niebite, bo magistrat jeszcze nie wszędzie dostrzegł konieczność ubicia nawierzchniowego, które pozwala nie babrać się w błocie w czasie deszczu i nie zrywać zawieszenia w czasie każdym. Albo zauważył, ale musiałaby mu Republika wyśpiewać trochę eciepecie w celu inwestycji poprawiających nastrój narodu. Lokalnego narodu. Najważniejszego narodu. Bydgoszczan oraz tych, którzy nie stąd, ale już teraz tak, więc też ich ta nazwa obejmuje. Niezależnie, skąd są i na jak długo zagościli, zagoszczą, zostaną. Inwestycje to w ogóle sprawa dość śliska (żeby przy klimacie metafor pogodowych pozostać) i niekiedy włodarzy wyprowadza na manowce, z których potem trudno wrócić, bo by trzeba burzyć, a to jak wiadomo, choć prostsze niż budowanie, nikomu się (teoretycznie, oczywiście) nie podoba i z reguły nie służy. Inwestycje są różne, ale z reguły wiążą się z miejscami, a i o pierwszych, i o drugich jakoś ostatnio głośniej w kontekście wzrostu. Niechże o nim więc będzie w miesiącu, co nam życie upiększa.

Albo dlaczego Bydgoszcz nie jest drugim Wrocławiem


1.

Echa skandali i awantur, jakie docierały do nas z Wrocławia, nie wywoływały w nas żadnego Schadenfreude, ale pozwalały sądzić, że Bydgoszcz, która z Wrocławiem przegrała rywalizację o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, tak naprawdę wygrała coś ważnego. Wygrała to, co Wrocław zmarnował. Jako że ścigaliśmy się z Wrocławiem i z nim przegraliśmy, wielu z nas (szczególnie ci, którzy zaangażowani byli w tamten zryw) przyglądało się temu, co zrobił ze swoją kulturalną stołecznością. Jak wykorzystał mechanizm ESK, o której i my marzyliśmy siedem lat temu? Pod wieloma względami Europejska Stolica Kultury Wrocław 2016 okazała się nijaka, pod niektórymi – a przynajmniej jednym – okazała się brawurową katastrofą.

1.

Owszem, jak pisał poeta, „obwiniano mnie o wszystko z wyjątkiem pogody”, a teraz jeszcze polityk obwinia mnie o przynależność do klaki popierającej program i przedstawienia Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Czy Państwa wyobraźnię to też pobudza? Widzicie te tajne spotkania w podziemiach miejskiego teatru, tam, gdzie kiedyś był bufet (kto był, ten wie, kto widział, ten czuje atmosferę katakumb), kiedy spotykamy się, żeby stanąć w kręgu i chwyciwszy się za ręce wymamrotać słowa przysięgi na wierność linii programowej? Należymy do klaki? Może tak być, trudno mi bronić się przed tak pryncypialnym zdaniem polityka. Doradca wojewody do spraw kultury musi wiedzieć, co mówi, inaczej przecież nie byłby doradcą.

Kwiecień jest najokrutniejszym z miesięcy. Ja wiem, że już tak kiedyś zaczynałem, ale to najokrutniejsza z prawd, więc pozostaje niezmiennie i boleśnie na czasie. Nie ma to w przypadku tego akurat kwietnia niczego wspólnego z aurą, cenami trzody chlewnej czy opłakanym stanem polskiej rozrywki publicznie promowanej. Nie ma to niczego wspólnego z faktem, że na przestrzeni niecałych trzech miesięcy czterokrotnie meldowałem się na różnych cmentarzach, żeby pożegnać drogich memu sercu, cenionych i szanowanych oraz po prostu dobrych. Tak się dzieje, więc przyjmuję. Chociaż w dwóch przypadkach przyjmuję z ogromnym wku…m na niesprawiedliwość i zbytnią wczesność. Oraz komentujących. W przypadku tego akurat kwietnia okrucieństwo jego wiąże się z komentującymi właśnie. Komentującymi wszystko, wszystkich, w oparciu najczęściej o absolutny brak wiedzy na temat komentowany. Jako że felieton jest oczywistą dość formą komentarza, to pozwolę sobie skomentować kwiecień, co mi przyniósł kumulację w odczuwaniu na własnej skórze objawów choroby cywilizacyjnej zwanej przewlekłym bólem d.

Stosunkowo niedawno w emcekowym kinie Orzeł mogliśmy oglądać znakomity film zatytułowany Ja, Olga Hepnarová w reżyserii Petra Kazdy i Tomáša Weinreba, z ekwilibrystycznym wręcz popisem aktorskim Michaliny Olszańskiej w roli tytułowej masowej zabójczyni (chapeau bas!). Przypomnijmy: 10 lipca 1973 roku Hepnarová, wynajętą ciężarówką marki Praga RN o numerach rejestracyjnych AD 19-95, celowo wjechała w grupę ludzi stojących na przystanku przy placu Strossmayera w stolicy ówczesnej Czechosłowacji, w wyniku czego zginęło osiem osób, a dwanaście kolejnych poniosło lekkie bądź też bardziej poważne obrażenia. Autor reportażu pod tym samym, co film, tytułem, Roman Cílek – reportażu, który ukazał się w Czechach w 2010, a u nas dopiero rok temu (nakładem wrocławskiego Wydawnictwa Afera) – sugeruje, że ofiar śmiertelnych tego niefartownego zajścia było nie osiem, lecz dziewięć: dziewiątą była bowiem, według Cílka, skazana na śmierć przez powieszenie w więzieniu na praskim Pankrácu niespełna 24-letnia Olga Hepnarová.

„Do roboty, ująć młoty, kuć ojczyźnie gmach!” – zdanie to zawsze wydawało mi się trochę śmieszne, powtarzałem je więc, kiedy trzeba było podnieść szanowne cztery litery (dlaczego szanowne, nie za bardzo rozumiem, ale się utarło, więc powtarzam) i przystąpić do wykonawstwa tego, co się akurat wykonawstwa domagało. Nie odczuwałem nigdy zbyt intensywnie potrzeby posiadania rzeczonej w zdaniu pierwszym roboty, gdyż tak się akurat moje istnienie w tej formie, co ją można czasami na ulicy dostrzec, kształtuje, że wykonuję to, co bym i tak wykonywał, nawet gdyby dali się w końcu przekonać, że będę to robić za darmo. Upierają się jednak i przelewają systematycznie, więc nie chcąc im robić przykrości, przyjmuję i jak najszybciej wydaję. O pracy więc (jak się pewnie już Państwo szanowni zorientowali) w miesiącu marcu, co pozostaje bez związku z czymkolwiek absolutnie.

Ostatnio natknęłam się na dwa wydawnictwa o iście kuriozalnych okładkach. Nie ukrywam – ja się trochę w kiczu lubuję, więc zamiast snobistycznie od razu odwrócić od nich z pogardą swój wzrok i absolutnie po nie nie sięgać, postąpiłam zupełnie odwrotnie, z łapami wręcz rzucając się na nie z przeciągłym okrzykiem „oooch!”. Pierwszym z nich była debiutancka książka totalnie zapomnianej już dziś pisarki, Irmgard Keun, zatytułowana Lili – jedna z nas z 1931 roku. (Okładka lilaróż z panią rodem z magazynu „Naj” A.D. 1993). Warto zaznaczyć, że Lili ukazała się, gdy Keun była bardzo młoda (miała wówczas dopiero 21 lat) i w zaledwie dwa lata po tym, jak za namową Alfreda Döblina na poważnie wzięła się za pisanie, porzucając raz na zawsze karierę stenotypistki. Co szczególnie uderza podczas lektury, to, po pierwsze, wyrazisty styl – rzecz jakże rzadka w przypadku miałkich najczęściej i asekuranckich debiutów kobiecych tamtych lat, a po drugie – trzeźwość spostrzeżeń i zdecydowany, cierpki, światopogląd tak młodej przecież dziewczyny. Keun zdaje się absolutnie wyzbyta złudzeń co do otaczającej ją rzeczywistości, swoimi gorzkimi obserwacjami obdarzając powieściową Lili – swe niewątpliwe porte-parole (zresztą, autorka wielokrotnie mówiła potem o Lili jako o autobiografii). Przytoczę kilka cytatów, dokumentujących proces dojrzewania głównej bohaterki i tracenia przez nią klapek na oczach: „Coś się w Lili załamało tej nocy – Ach, dobrze jest mieć kogoś, dobrze kogoś kochać. Ale być zakochanym, tak prawdziwie, to udręka. Powinno istnieć na to jakieś lekarstwo. Człowiek jest jakby wydrążony wewnątrz, odgrodzony od ludzi i rzeczy, ślepy i głuchy na otaczającą go rzeczywistość – wszystko staje się obojętne”; „I mała Lili obejmuje przyjaciółkę, całuje jej twarz, szyję, ma tak gorące usta. – Mała głuptasko – mówi Olga i lubi Lili, jak wszyscy ludzie tęskniący za słońcem kochają taką smutną żarliwość”; „Lepszy ostry ból niż ta pełzająca tęsknota”; „Być człowiekiem to znaczy być samotnym. Trzeba nauczyć się być człowiekiem, trzeba wiedzieć, że ceną każdego uśmiechu są tysiące wylanych łez, trzeba wiedzieć, że za jedną godzinę szczęścia płaci się tysiącami godzin bólu…”; „Jestem strasznie niemoralna, Pit. Brak mi zrozumienia. Tam, gdzie inni mają moralność, u mnie jest pusta dziura”.

Musi być władza słabym narkotykiem albo muszą do polityki garnąć się ludzie, których głody nie dają się łatwo zaspokoić, możliwe, że nie dają się zaspokoić wcale – niezależnie od mocy stosowanych środków. Dlaczego stawiam taką radykalną tezę, która zdaje się przeczyć powszechnej opinii i zdrowemu rozsądkowi? Dlatego, że widzę to, co widzę. A co takiego widzę? Nieustanny impuls polityków do samorealizacji na innych polach aktywności. Jednym z tych pól – co usprawiedliwia moje zainteresowanie tym tematem w tym miejscu – jest kultura. A już szczególnie: krytyka literatury, sztuk wizualnych czy choćby teatru.

Okazuje się, że strawestowane pamiętne powiedzonko inżyniera Mamonia z kultowego filmu Rejs o tym, że najbardziej podobają się nam melodie, które już raz słyszeliśmy, nie znajduje swojego przełożenia na świat literatury. I nie tylko. Od tygodni co i rusz, chcąc nie chcąc (bardziej chyba jednak nie chcąc), natrafiam w internecie na różnego autoramentu recenzje najnowszej powieści Joanny Bator Rok królika, brutalnie ją miażdżące. Ją – to jest zarówno książkę, jak i samą jej autorkę. Najgorsze są chyba jednak – jak to zwykle w sieci bywa – komentarze internautów. Kim są ci wszyscy ludzie emotikonowymi pięściami próbujący zagnać Joannę Bator z powrotem na Piaskową Górę? Ci wszyscy wygrażający jej wirtualnym palcem, że jeśli nie napisze kolejnej Chmurdalii, to przestaną kupować jej książki? I ci, co to bez mrugnięcia okiem ferują taki oto drakoński wyrok: „Bator skończyła się wraz z Ciemno, prawie noc – kropka”? Uznanymi pisarzami? Rutynowanymi krytykami? A może zwykłymi hejterami, od jakich roi się na forach, którzy to nawet po Rok królika nie sięgnęli, co wcale nie przeszkadza im w zabieraniu głosu w tej publicznej debacie pt. „Co z tą naszą Bator kochaną”?

Olsztyński Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich ogłosił, że rok 2017 będzie rokiem Tadeusza Nowakowskiego. To właśnie w Olsztynie sto lat temu (listopad 1917) urodził się Nowakowski. Tam też nadano mu tytuł Honorowego Obywatela Miasta. Liczę na to, że władze naszego miasta też pójdą w tym kierunku, tak żeby w 2017 roku był pretekst do przypomnienia sylwetki autora Obozu Wszystkich Świętych. A jest co wspominać. Musimy sobie jasno powiedzieć, że takiego pisarza jak Nowakowski nie mieliśmy, nie mamy i raczej już mieć nie będziemy. Nie wynika to wcale z chęci deprecjacji bydgoskiego środowiska, a dokładnie przeciwnie: w Bydgoszczy mamy wielu ciekawych twórców, ludzi w różnych kręgach kulturalnych rozpoznawalnych w Polsce, ale nie mamy nikogo, kto mógłby brylować na salonach w Londynie, Paryżu czy w Monachium.

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Artykuły w dziale felieton