Całkiem niedawno byłem na koncercie. Nic niezwykłego – w tej pracy to raczej konieczność, a w większości przypadków również przyjemność. Tutaj przyjemnie było niewątpliwie, bo zespół świetny i tryumfy święcący, i nawet mi się podoba. Niestety przed koncertem byłem na robocie. W tym samym miejscu, co koncert, bo chciałem przepytać, jak to jest być bożyszczem i kłaść łany serc niewieścich pokotem. Niestety natomiast dlatego, że u wejścia do przybytku zostałem zaatakowany przez panią pytaniem, czy już urzędnik przybył węszyć i sprawiać, żeby koncert następny odbył się w miejscu mojej pracy. Zasadniczo nie węszę, bo to zajęcie dla ogarów, a ja jestem kundel. Zasadniczo byłbym ciężkim idiotą, gdybym nie chciał sprawić występu w miejscu pracy mojej, bo salę mamy świetną, a zespół w takim anturażu dałby publiczności mnóstwo doznań ekstatycznych. Słowa ze strony pani padały niewybredne i sugerowały gorszy dzień lub rok, a w ich potoku padło w końcu pytanie: „A ty lubisz miasto?”. Wiem, że nie chodziło o twór urbanistyczny, tylko kolokwialnie tak nazywane władze municypalne (dla jasności – tych, co znam dobrze, to lubię, a tych, co nie znam dobrze, to albo nie znam z powodu, albo nie znam dobrze po prostu, więc nie mam zdania), ale jednak zasiało to w glebie mojego zwietrzałego mózgu ziarno. Ziarno podlane w dniu pisania tego felietonu wodą milczenia, jaką zrosiła je inna pani, zawieszając się na trzydzieści sekund po usłyszeniu pytania: „Za co lubisz Bydgoszcz?”. Skoro podlano, skoro zroszono, to ziarno wykiełkowało. I zrodziło pęd dociekliwie pnący się ku słońcu, którym mogłaby być odpowiedź w kwestii następującej: Czy JA lubię miasto? To miasto? Czy jestem tu, bo chcę, czy jestem tu, bo nie mam innych możliwości na bycie? Nieoryginalnie więc będzie o Bydgoszczy w miesiącu, co do wyjazdów stąd nas nieuchronnie przybliża. 

Państwo sobie pewnie wyobrażają życie prowincjonalnego krytyka kultury jako niewysławioną sielankę, nieustającą zabawę, pasmo przyjemności, bankiety, darmowe wejściówki, gratisowe wino na wernisażach, wdzięczność artystów i przygodne – a jakże miłe – pogawędki z dyrektorami kulturalnych przybytków, nieprawdaż? Ach, naiwni, powtarzam: naiwni, po trzykroć: na-iw-ni!

Powiem Wam, naiwni, jak to naprawdę wygląda – nie prosiliście o to, rozumiem, ale mroczna prawda nie zostanie Wam oszczędzona. Otóż życie krytyka kultury na prowincji jest wszystkim, tylko nie tym, co powyżej: ciągłą walką jest, znojem i trudem, bo każdy na cześć krytyka dybie i przy byle okazji wali mu w łeb maczugą swojej racji, między oczy mu celuje bełtem swoich pretensji, w słabiznę go próbuje kopnąć za wszelkie swoje żale. Strach z domu wychodzić, a jeśli już – to szerokim łukiem okrążać należy narożniki domów, bo za każdym rogiem czyha niebezpieczeństwo.

„Nie dziesiątki i nie setki tysięcy, ale miliony istnień człowieczych uległy przeróbce na surowiec i towar w polskich obozach śmierci” – brzmi jedno z pierwszych zdań opowiadania Dorośli i dzieci w Oświęcimiu, składającego się wraz z 7 innymi krótkimi formami prozatorskimi autorstwa Zofii Nałkowskiej na jej słynne Medaliony. Coś mnie tknęło i sprawdzam, czy są wciąż Medaliony na liście lektur obowiązkowych MEN, bo pamiętam, że w liceum – a było to dość dawno – omawialiśmy tę wybitną rzecz. Otóż figuruje wciąż w spisie lektur uzupełniających inne opowiadanie z tego tomu – Przy torze kolejowym – notabene, fenomenalnie zekranizowane w 1963 roku przez Andrzeja Brzozowskiego, lecz, niestety, z winy PRL-owskiej cenzury, swą premierę mające dopiero w ’92. Istnieje więc całkiem realna szansa, że jak któremuś z uczniów pisarstwo Nałkowskiej przypadnie do gustu, to z rozpędu przeczyta wszystkie 8 opowiadań, a ostatnim z nich będzie właśnie cytowane wyżej Dorośli i dzieci… I teraz nasuwa się pytanie: cóż począć z niezgodną z wiadomą ustawą, elektryzującą w ostatnich dniach cały nasz kraj i połowę reszty świata, książką Nałkowskiej? Przecież od daty premiery Medalionów, tj. od roku 1946, mogło się ukazać do dziś ich kilkanaście edycji, w kilkudziesięciotysięcznym nakładzie każda! Czy nakazać wszystkim krajowym książnicom, od najmniejszej w Polsce biblioteki w Rejowcu pod Skokami w woj. wielkopolskim począwszy na Bibliotece Narodowej w Warszawie skończywszy, by ujęły czarny flamaster w dłoń (że posłużę się tu taką oto animizacją, wszak wiadomym jest, że w świecie rzeczy nieożywionych rękę posiadać może jedynie rynek, choć również wtedy pozostaje ona niewidzialna) i wykreśliły nim słówko „polskich”? Czy też może zarządzić publiczne palenie w 451 st. Fahrenheita Medalionów na wzór sławetnej akcji przeprowadzonej na Opernplatz w Berlinie w 1933? Tej drugiej opcji jednakowoż nie zalecałabym decydentom, ponieważ już w roku 1817 Heinrich Heine przestrzegał, że „gdzie pali się książki, dojdzie w końcu do palenia ludzi”. W historycznym kontekście Medalionów możemy uznać Heinego za jasnowidza.

Sąsiada na starość dopadła demencja i po śmierci żony zaczął znosić do mieszkania śmieci. Nie tyle może odpadki dnia codziennego, jak obierki, papierki czy czerstwy chleb, lecz znalezione pod osiedlowym kontenerem śmieci wielkogabarytowe: meble, dywany, popsuty sprzęt RTV i AGD. Co wcale nietrudno było przewidzieć, już wkrótce w całym bloku pojawiła się nieproszona reprezentacja drobnej fauny: robactwo oraz gryzonie. I o ile widok przebiegających od czasu do czasu przez kuchnię szarych myszek nie był dla tego dziecka, jakim wówczas byłam, jakoś szczególnie odstręczający, a nawet, powiedziałabym, stanowił źródło pewnej uciechy, to już z buszującymi pośród zabawek karaczanami nie było mi wcale do śmiechu.

Otóż – mimo że tytuł może na to wskazywać, a przynajmniej sugerować – to od razu zaznaczam, że nie. 
Nie, tematem tych zapisków tym razem nie będzie mój ulubiony bydgoski polityk i doradca wojewody, który wciąż upiera się, by łączyć swoje pisarskie zatrudnienia z funkcjami politycznymi – oba zresztą z osobliwym efektem (efekt jest taki, że ministerstwu przedobrej metamorfozy za pośrednictwem Instytutu Książki zawdzięcza promocję na targach książki i obecność na liście obok takich pisarzy jak Terlikowski, Lisicki, Wildstein – gratulujemy sukcesu!).
Nie, tematem nie będzie też bydgoski teatr, który ostatnio zyskał osobliwie impresaryjne oblicze, chociaż chyba utrzymać miał swój dotychczasowy charakter repertuarowy (przy okazji – zaczynam doceniać w dyrektorze Gajdzisie skrytą do tej pory buntowniczą naturę: zaprosić spektakl Żelazne waginy – to musiało go wiele kosztować; ufając, że stres nie odbije się zbytnio na urodzie, gratulujemy odwagi!).

1.

Wizja, w której Łukasz Gajdzis na białym koniu wjeżdża do Bydgoszczy, żeby uratować teatr i – szczególnie już – Festiwal Prapremier, jest, rzecz zupełnie oczywista, bardzo urocza i nie mniej kusząca: tak urocza i tak kusząca, że chciałoby się ją zaakceptować, uwierzyć w nią i uznać za prawdziwą, nawet mimo oczywistych jej słabości. Wśród tych słabości największą jest bodaj jej znaczna niezgodność z rzeczywistością i nadmierna zgodność z zaproponowaną nam narracją.
Jeśli dyrektor Gajdzis zdecydował się zorganizować Festiwal Prapremier właśnie dlatego, żeby tę wizję urzeczywistnić lub uwiarygodnić, to trudno mu się dziwić – skoro dla mnie wizja ta jest urocza i kusząca, to jaka musi być dla jej bohatera!

Nie, nie zdjęli mnie, chociaż zapewne niejeden i niejedna by sobie tego życzyli. Brak flâneura (czule nazywanego też w naszej redakcji „BIK-u” – „flanelą”) w numerze wrześniowym podyktowany był tym, że w końcu doczekałam się urlopu, i to jeszcze takiego połączonego z wyjazdem nad jezioro w przemiłym towarzystwie. Stwierdziłam więc: „… nie robię”, i świat się jakoś nie zawalił, chociaż do ostatniej chwili nie było to wcale takie pewne.

Nie wiem, czy kogoś z Państwa dręczy dniami i nocami pytanie, co też redaktor Emilia czyta na wakacjach… Nie? Nie szkodzi; i tak powiem. Otóż na wakacjach redaktor Emilia czyta (głęboki wdech, wydech)… kryminały. No przepraszam bardzo, ale lato i plaża to nie są czas ani miejsce na Thomasów Manna czy Bernharda. Jak odpoczywać, to także intelektualnie.

Jak to mawiają moi przemili koledzy z zakładu pracy: „po całości”.

Nasze środowisko literackie jest małe, każdy coś tam podsłucha. I nagle dowiedziałem się, że Dariusz Tomasz Lebioda, który uważa siebie za następcę Czesława Miłosza, Dariusz Tomasz Lebioda Wielki, który w swoim dorobku ma już zapewne więcej orderów, odznaczeń i medali niż Miłosz, będzie tłumaczony na język chiński. A czy Miłosz był tłumaczony na chiński? Tego nie wiem, ale Dariusz Tomasz będzie. Ale to jeszcze nie koniec sensacji, przecież to nie będzie nakład w postaci 300 egzemplarzy, tyle egzemplarzy to w Bydgoszczy można wydać, ale Chińczyków są miliardy, więc i nakład musi być stosowny. Słyszałem, że Dariusz Tomasz ma ambicje na tysiące egzemplarzy, może nawet na 100 000. Wszyscy mówią, że rynek chiński jest trudny, pełen niespodzianek, ale co tam, ja w Darka wierzę, że przebojem się wedrze i pokaże Chińczykom, że można. Bayer Full przetarł już Jedwabny Szlak, można śpiewać po chińsku? Można! I te dwa nasze hity eksportowe zaleją chiński rynek, pokażemy Chińczykom, że Polacy nie gęsi, też swój język mają.

Piątego maja na ekrany polskich kin wszedł film Pożegnanie z Europą w reż. Marii Schrader. Aktorka – znana z filmów takich jak m.in. popularny onegdaj na kanale Europa Europa Meschugge (fatalne tłumaczenie na polski, jako Żyrafa) Daniego Levy’ego, W ciemności Agnieszki Holland (autorki naszej polskiej, nie holenderskiej, jak mogłoby sugerować to podejrzane nazwisko), lecz przede wszystkim z pamiętnego obrazu Aimée i Jaguar Maxa Färberböcka opartego na bestsellerowej książce Eriki Fischer – po drugiej stronie kamery stanęła po raz drugi. Wcześniej, w 2007, wyreżyserowała obraz zatytułowany Liebesleben, zrealizowany na podstawie prozy popularnej u nas, w Polsce, izraelskiej pisarki Zerui Shalev. Niestety, adaptacja ta szerokim łukiem ominęła polskie ekrany zarówno kinowe, jak i telewizyjne. Dlaczego? Któż to wie… Niezbadane są wszak wyroki polskich dystrybutorów. Bo dlaczego np. biograficzny Az Emigráns Dárdayego i Szalaiego – o emigracji Sándora Máraiego do USA – w Polsce pozostał całkowicie niezauważony, a ten o wojennym uchodźstwie do Brazylii w wykonaniu Stefana Zweiga trafił na polskie srebrne ekrany? Doprawdy nie wiadomo.

Kończę w czerwcu. Wiem, wiem… niektórym się teraz uśmiech na twarzy namalował szeroki niczym Wisła, ale nie tak kończę i nie będzie to koniec okraszony wyczynem godnym Partyki czy Kozakiewicza. Choć gestem tego drugiego często, coraz częściej skończyć bym chciał niejedną jałową dysputę. Nie kończę także pisania do szanownego „BIK-u”. Być może skończę w nim publikowanie. To zależy już jedynie od redaktora należącego do naczelnych. I wysokich. I pytanych ostatnio przez wielu, cóż to też w tym naszym miesięczniku się wyprawia i z czym się do niego dopchać nie można. On odpowiada cierpliwie, a że czasu takie odpowiadanie wymaga, to ja się z kolejnym moim, lekko rzewnym w kierunku czasów minionych, tekstów jakoś tam cały czas dopycham. Kończę zatem kolejny rok życia (oraz pierwszy akapit) i w związku spożywczym (zawsze chciałem się tak właśnie tym zestawieniem wyrazowym zabawić) chciałbym się z Państwem podzielić listą rzeczy skończonych, kończonych i do skończenia przeznaczonych. W miesiącu, co mnie przybliża i oddala jednocześnie.

Strona 1 z 10

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Artykuły w dziale felieton