Otóż – mimo że tytuł może na to wskazywać, a przynajmniej sugerować – to od razu zaznaczam, że nie. 
Nie, tematem tych zapisków tym razem nie będzie mój ulubiony bydgoski polityk i doradca wojewody, który wciąż upiera się, by łączyć swoje pisarskie zatrudnienia z funkcjami politycznymi – oba zresztą z osobliwym efektem (efekt jest taki, że ministerstwu przedobrej metamorfozy za pośrednictwem Instytutu Książki zawdzięcza promocję na targach książki i obecność na liście obok takich pisarzy jak Terlikowski, Lisicki, Wildstein – gratulujemy sukcesu!).
Nie, tematem nie będzie też bydgoski teatr, który ostatnio zyskał osobliwie impresaryjne oblicze, chociaż chyba utrzymać miał swój dotychczasowy charakter repertuarowy (przy okazji – zaczynam doceniać w dyrektorze Gajdzisie skrytą do tej pory buntowniczą naturę: zaprosić spektakl Żelazne waginy – to musiało go wiele kosztować; ufając, że stres nie odbije się zbytnio na urodzie, gratulujemy odwagi!).

1.

Wizja, w której Łukasz Gajdzis na białym koniu wjeżdża do Bydgoszczy, żeby uratować teatr i – szczególnie już – Festiwal Prapremier, jest, rzecz zupełnie oczywista, bardzo urocza i nie mniej kusząca: tak urocza i tak kusząca, że chciałoby się ją zaakceptować, uwierzyć w nią i uznać za prawdziwą, nawet mimo oczywistych jej słabości. Wśród tych słabości największą jest bodaj jej znaczna niezgodność z rzeczywistością i nadmierna zgodność z zaproponowaną nam narracją.
Jeśli dyrektor Gajdzis zdecydował się zorganizować Festiwal Prapremier właśnie dlatego, żeby tę wizję urzeczywistnić lub uwiarygodnić, to trudno mu się dziwić – skoro dla mnie wizja ta jest urocza i kusząca, to jaka musi być dla jej bohatera!

Nie, nie zdjęli mnie, chociaż zapewne niejeden i niejedna by sobie tego życzyli. Brak flâneura (czule nazywanego też w naszej redakcji „BIK-u” – „flanelą”) w numerze wrześniowym podyktowany był tym, że w końcu doczekałam się urlopu, i to jeszcze takiego połączonego z wyjazdem nad jezioro w przemiłym towarzystwie. Stwierdziłam więc: „… nie robię”, i świat się jakoś nie zawalił, chociaż do ostatniej chwili nie było to wcale takie pewne.

Nie wiem, czy kogoś z Państwa dręczy dniami i nocami pytanie, co też redaktor Emilia czyta na wakacjach… Nie? Nie szkodzi; i tak powiem. Otóż na wakacjach redaktor Emilia czyta (głęboki wdech, wydech)… kryminały. No przepraszam bardzo, ale lato i plaża to nie są czas ani miejsce na Thomasów Manna czy Bernharda. Jak odpoczywać, to także intelektualnie.

Jak to mawiają moi przemili koledzy z zakładu pracy: „po całości”.

Nasze środowisko literackie jest małe, każdy coś tam podsłucha. I nagle dowiedziałem się, że Dariusz Tomasz Lebioda, który uważa siebie za następcę Czesława Miłosza, Dariusz Tomasz Lebioda Wielki, który w swoim dorobku ma już zapewne więcej orderów, odznaczeń i medali niż Miłosz, będzie tłumaczony na język chiński. A czy Miłosz był tłumaczony na chiński? Tego nie wiem, ale Dariusz Tomasz będzie. Ale to jeszcze nie koniec sensacji, przecież to nie będzie nakład w postaci 300 egzemplarzy, tyle egzemplarzy to w Bydgoszczy można wydać, ale Chińczyków są miliardy, więc i nakład musi być stosowny. Słyszałem, że Dariusz Tomasz ma ambicje na tysiące egzemplarzy, może nawet na 100 000. Wszyscy mówią, że rynek chiński jest trudny, pełen niespodzianek, ale co tam, ja w Darka wierzę, że przebojem się wedrze i pokaże Chińczykom, że można. Bayer Full przetarł już Jedwabny Szlak, można śpiewać po chińsku? Można! I te dwa nasze hity eksportowe zaleją chiński rynek, pokażemy Chińczykom, że Polacy nie gęsi, też swój język mają.

Piątego maja na ekrany polskich kin wszedł film Pożegnanie z Europą w reż. Marii Schrader. Aktorka – znana z filmów takich jak m.in. popularny onegdaj na kanale Europa Europa Meschugge (fatalne tłumaczenie na polski, jako Żyrafa) Daniego Levy’ego, W ciemności Agnieszki Holland (autorki naszej polskiej, nie holenderskiej, jak mogłoby sugerować to podejrzane nazwisko), lecz przede wszystkim z pamiętnego obrazu Aimée i Jaguar Maxa Färberböcka opartego na bestsellerowej książce Eriki Fischer – po drugiej stronie kamery stanęła po raz drugi. Wcześniej, w 2007, wyreżyserowała obraz zatytułowany Liebesleben, zrealizowany na podstawie prozy popularnej u nas, w Polsce, izraelskiej pisarki Zerui Shalev. Niestety, adaptacja ta szerokim łukiem ominęła polskie ekrany zarówno kinowe, jak i telewizyjne. Dlaczego? Któż to wie… Niezbadane są wszak wyroki polskich dystrybutorów. Bo dlaczego np. biograficzny Az Emigráns Dárdayego i Szalaiego – o emigracji Sándora Máraiego do USA – w Polsce pozostał całkowicie niezauważony, a ten o wojennym uchodźstwie do Brazylii w wykonaniu Stefana Zweiga trafił na polskie srebrne ekrany? Doprawdy nie wiadomo.

Kończę w czerwcu. Wiem, wiem… niektórym się teraz uśmiech na twarzy namalował szeroki niczym Wisła, ale nie tak kończę i nie będzie to koniec okraszony wyczynem godnym Partyki czy Kozakiewicza. Choć gestem tego drugiego często, coraz częściej skończyć bym chciał niejedną jałową dysputę. Nie kończę także pisania do szanownego „BIK-u”. Być może skończę w nim publikowanie. To zależy już jedynie od redaktora należącego do naczelnych. I wysokich. I pytanych ostatnio przez wielu, cóż to też w tym naszym miesięczniku się wyprawia i z czym się do niego dopchać nie można. On odpowiada cierpliwie, a że czasu takie odpowiadanie wymaga, to ja się z kolejnym moim, lekko rzewnym w kierunku czasów minionych, tekstów jakoś tam cały czas dopycham. Kończę zatem kolejny rok życia (oraz pierwszy akapit) i w związku spożywczym (zawsze chciałem się tak właśnie tym zestawieniem wyrazowym zabawić) chciałbym się z Państwem podzielić listą rzeczy skończonych, kończonych i do skończenia przeznaczonych. W miesiącu, co mnie przybliża i oddala jednocześnie.

Bydgoszcz to kiszka. Znaczy – nie w sensie, że lipa, ale w sensie, że się ciągnie. Nie „nuży”, broń cię panie wszelkiego istnienia, tylko trwa geograficznie z dosadną rozciągłością. Z Osowej Góry do Fordonu to trwa przez bite 20 kilometrów. No, czasami bite, a czasami niebite, bo magistrat jeszcze nie wszędzie dostrzegł konieczność ubicia nawierzchniowego, które pozwala nie babrać się w błocie w czasie deszczu i nie zrywać zawieszenia w czasie każdym. Albo zauważył, ale musiałaby mu Republika wyśpiewać trochę eciepecie w celu inwestycji poprawiających nastrój narodu. Lokalnego narodu. Najważniejszego narodu. Bydgoszczan oraz tych, którzy nie stąd, ale już teraz tak, więc też ich ta nazwa obejmuje. Niezależnie, skąd są i na jak długo zagościli, zagoszczą, zostaną. Inwestycje to w ogóle sprawa dość śliska (żeby przy klimacie metafor pogodowych pozostać) i niekiedy włodarzy wyprowadza na manowce, z których potem trudno wrócić, bo by trzeba burzyć, a to jak wiadomo, choć prostsze niż budowanie, nikomu się (teoretycznie, oczywiście) nie podoba i z reguły nie służy. Inwestycje są różne, ale z reguły wiążą się z miejscami, a i o pierwszych, i o drugich jakoś ostatnio głośniej w kontekście wzrostu. Niechże o nim więc będzie w miesiącu, co nam życie upiększa.

Albo dlaczego Bydgoszcz nie jest drugim Wrocławiem


1.

Echa skandali i awantur, jakie docierały do nas z Wrocławia, nie wywoływały w nas żadnego Schadenfreude, ale pozwalały sądzić, że Bydgoszcz, która z Wrocławiem przegrała rywalizację o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, tak naprawdę wygrała coś ważnego. Wygrała to, co Wrocław zmarnował. Jako że ścigaliśmy się z Wrocławiem i z nim przegraliśmy, wielu z nas (szczególnie ci, którzy zaangażowani byli w tamten zryw) przyglądało się temu, co zrobił ze swoją kulturalną stołecznością. Jak wykorzystał mechanizm ESK, o której i my marzyliśmy siedem lat temu? Pod wieloma względami Europejska Stolica Kultury Wrocław 2016 okazała się nijaka, pod niektórymi – a przynajmniej jednym – okazała się brawurową katastrofą.

1.

Owszem, jak pisał poeta, „obwiniano mnie o wszystko z wyjątkiem pogody”, a teraz jeszcze polityk obwinia mnie o przynależność do klaki popierającej program i przedstawienia Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Czy Państwa wyobraźnię to też pobudza? Widzicie te tajne spotkania w podziemiach miejskiego teatru, tam, gdzie kiedyś był bufet (kto był, ten wie, kto widział, ten czuje atmosferę katakumb), kiedy spotykamy się, żeby stanąć w kręgu i chwyciwszy się za ręce wymamrotać słowa przysięgi na wierność linii programowej? Należymy do klaki? Może tak być, trudno mi bronić się przed tak pryncypialnym zdaniem polityka. Doradca wojewody do spraw kultury musi wiedzieć, co mówi, inaczej przecież nie byłby doradcą.

Kwiecień jest najokrutniejszym z miesięcy. Ja wiem, że już tak kiedyś zaczynałem, ale to najokrutniejsza z prawd, więc pozostaje niezmiennie i boleśnie na czasie. Nie ma to w przypadku tego akurat kwietnia niczego wspólnego z aurą, cenami trzody chlewnej czy opłakanym stanem polskiej rozrywki publicznie promowanej. Nie ma to niczego wspólnego z faktem, że na przestrzeni niecałych trzech miesięcy czterokrotnie meldowałem się na różnych cmentarzach, żeby pożegnać drogich memu sercu, cenionych i szanowanych oraz po prostu dobrych. Tak się dzieje, więc przyjmuję. Chociaż w dwóch przypadkach przyjmuję z ogromnym wku…m na niesprawiedliwość i zbytnią wczesność. Oraz komentujących. W przypadku tego akurat kwietnia okrucieństwo jego wiąże się z komentującymi właśnie. Komentującymi wszystko, wszystkich, w oparciu najczęściej o absolutny brak wiedzy na temat komentowany. Jako że felieton jest oczywistą dość formą komentarza, to pozwolę sobie skomentować kwiecień, co mi przyniósł kumulację w odczuwaniu na własnej skórze objawów choroby cywilizacyjnej zwanej przewlekłym bólem d.

Strona 1 z 10

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Artykuły w dziale felieton