Artykuły wstępne

Po nas choćby potop? Tak, ale nie tyle „przyjdzie”, co raczej „zostanie”. Zostanie po tych wakacjach, podczas których fontannę odsłonięto (uroczyste osłonięcie miało miejsce 26 czerwca), nie tylko to wspomnienie, ale i pomnik wysiłku, starań, wizji wielu ludzi. Pozostanie materialny symbol. Słusznie pisze Stefan Pastuszewski, że to nie pomnik, ale rzeźba-fontanna. W sensie ścisłym, oczywiście tak; jeśli jednak nazywałbym Potop pomnikiem, to właśnie z tego powodu: odrestaurowana rzeźba upamiętnia bowiem swój własny los (czy może: los swojego pierwowzoru? los swojego poprzedniego wcielenia?) spleciony z losem miasta.

Jak Państwo odróżniają od siebie kolejne bliźniacze urlopy, doroczne podobne do siebie plażowania albo te same, drżące od żaru górskie szlaki? Jak Państwo odróżniają jeziora, rzeki, pikniki za miastem, kolejne fale upałów przerywane powtarzającymi się złowrogimi niżami, które psują urlopowe nastroje? Trudno to odróżniać, trudno zapamiętywać. 

Mój sposób nie jest wcale oryginalny i wcale aż tak skuteczny (ale innego nie mam), tym chętniej go zdradzam. Ja urlopy odróżniam po wyprzedażach tanich książek nad morzem, po seansach kin pod chmurką, po plenerowych koncertach, po festiwalach. Zapamiętuję je, łączę z datami i miejscowościami, kolekcjonuję te wrażenia, bo są dla mnie cenne.

Dołączony do poprzedniego BIK-u reprint pierwszego numeru – jak mogę sądzić z tego, co do mnie dotarło – zaskoczył, rozbawił, niektórych rozczulił, innych zadziwił. Dla mnie to była ciekawa podróż w przeszłość. Najoczywiściej nieudana, ale, często o tym piszę, podróże w przeszłość są nieudane z definicji.

W jednej ciekawej, choć niezbyt długiej dyskusji o podróży w przeszłość, brałem nawet udział (na pewnym portalu społecznościowym, rzecz jasna, tam się przecież teraz dyskutuje – także o podróżach w czasie). Dyskusja, mimo iż niezbyt długa, to była wielowątkowa na tyle, że trudno ją streszczać. Dwa obozy dyskutujących się ścierały: jeden twierdził, że program wydarzeń kulturalnych na maj roku 1974 ciekawszy był od obecnego, drugi natomiast dowodził, że od tamtego roku do dziś przebyliśmy całe galaktyki i trudno porównywać dzisiejszy świat do tamtej przaśności (ja byłem w tym drugim).

W majowym, pierwszym numerze „Bydgoskiego Informatora Kulturalnego” z roku 1974 Słowo do Czytelnika Informatora obiecywało: 

„Chcielibyśmy, anonsując w Informatorze programy i repertuar artystyczny, przysporzyć widzów i słuchaczy zawodowym instytucjom kultury; placówkom k.o., szczególnie tym ambitnie i z talentem prowadzonym, ułatwić pozyskiwanie sympatyków i współuczestników dla otwartej działalności na rzecz środowiska, miasta, dzielnicy.

Czytelnikowi Informatora pragniemy ułatwić planowe dokonywanie wyboru wartości kulturalnych i racjonalne programowanie czasu wolnego przeznaczonego na korzystanie z dóbr kultury zgodnie z jego zainteresowaniami.

Z wydawaniem Informatora wiążemy nadzieje na aktywizację życia artystycznego oraz kulturalno-oświatowego, nadzieje na poprawę koordynacji działania w kulturze naszego miasta”.

Pamięć jest ulotna, a my nie jesteśmy pamiętliwi. Dlatego o pamięć trzeba dbać. Nie tylko o tę pamięć indywidualną, ale także zbiorową. O pewnych sprawach, o pewnych historiach i o pewnych postaciach trzeba po prostu pamiętać. A mówiąc „trzeba pamiętać”, mam na myśli: my powinniśmy pamiętać. Takie niełatwe ciąży na nas wszystkich zadanie.

Och, to jedyny właściwie moment, w którym powiedzenie „Byle do wiosny!” nie grzeszy zbytnim optymizmem. Jest nadzieja, że te trzy tygodnie przetrwamy. I to w dobrym stylu. I w niezłej formie. I będziemy wiedzieć więcej, i więcej doświadczymy.

Spoglądam na stare wydania BIK-u; spoglądam na nie z rocznicowej ciekawości (i tak, konsekwentnie, kolejne winietki – patrz wyżej – „Od redakcji” reprodukujemy z kolejnych okresów życia pisma), ale przynosi to czasem dużo przyjemności. Był ten styl, my już takiego (szczęśliwie czy nie – jak kto woli) nie mamy. Tak się zaczynały wstępniaki lat temu mniej więcej trzydzieści:

Jest cała sfera pytań koniecznych, których sobie na co dzień nie chcemy zadawać. Nie czujemy potrzeby? Boimy się odpowiedzi? Same pytania budzą w nas lęk? Może tak właśnie być. Można przeżyć całe życie i opierać się stawianiu tych pytań albo – gdy już ktoś je za nas postawi – nie udzielać na nie odpowiedzi. Zmierzam do tego, rzecz najzupełniej oczywista, że po to mamy sztukę, żeby stawiała te pytania i zmuszała do odpowiedzi. Nawet jeśli pytania są ryzykowne, a odpowiedzi – bolesne. Po to właśnie jest kultura i tym się właśnie różni sztuka od rozrywki. Wielka sztuka to nie ta, która błyszczy nazwiskami i upaja się snobizmem, to nie ta, która licytuje się sama ze sobą na hermetyczność, ani ta, która zawsze osiąga wyżyny kunsztu. Ale ta, która zmusza do zadawania wspomnianych pytań i odpowiadania na nie. Dlatego przecież nie zawsze ją lubimy, dlatego czasami ją odrzucamy, a czasami – przeciwnie – cenimy wbrew jej walorom (a często nawet: brakowi tych walorów).

To powyższe „Od redakcji” jest znaczące. Znaczące i wiekowe – 40 lat temu zdobiło BIK-owe wstępniaki, więc i w tym jubileuszowym roku, na jego początek, warto je przypomnieć (choć do prawdziwego jubileuszowego numeru jeszcze kilka miesięcy zostało). Czterdzieści lat to słuszny wiek. To, że udaje się utrzymać niszowe pismo przez tyle lat, że trwa ono – choć nie bez zmian – mimo zmian epok, mimo historycznych przełomów, mimo nieustannie zmieniających się koniunktur – świadczy dobrze o Bydgoszczy. To, że BIK się cały czas zmienia (a będę od tego numeru próbował przybliżać Państwu to, jak się pismo zmieniało i jak – widziana przez pryzmat pisma – zmieniała się kulturalna Bydgoszcz), dobrze świadczy o jego twórcach. Te tradycję staram się kontynuować.

Czas świąteczny ma wiele wymiarów: jest wymiar religijny (czyli czas przeżyć mistycznych), jest wymiar rodzinny czy też domowy (czyli czas spokoju, miłości, ciepła i wspólnoty), jest też czas odpoczynku po przedświątecznej gorączce, jest wymiar – powiedzmy – czasowy (oto domyka się rok i domykają się sprawy tego roku). Wiele wymiarów, a najlepsze, że mogą się one uzupełniać i przenikać. Ja wspominam – z dzieciństwa i młodości to wspomnienie – jak czas bożonarodzeniowy był czasem magicznym w innym jeszcze wymiarze: nadrabiania zaległości w sferze kulturalnych przyjemności (oczywiście, dzięki matczynej zapobiegliwości, wyłączony byłem z prac i przygotowań, a przynajmniej: nie tyle wyłączony, co nieobciążony nadmiernie obowiązkami). To, rzecz jasna, było magiczne myślenie, bo o lenistwie raczej można tu mówić, a nie o jakichś istotnych nadrobieniach, ale jednak pamiętam najlepiej swoje nadzieje i tęsknoty: poświęcić się czytaniu, słuchaniu, oglądaniu (tym bardziej, że i prezenty do czytania i słuchania, i oglądania piętrzyły się wszędzie).

To, czy dla naszego osobistego dobra, zadowolenia, spokoju lub komfortu (na czym tam komu najbardziej zależy) lepsza jest aktywność, czy bezruch, nie jest do końca rozstrzygnięte. Aktywność – jak uczy filozofia – prowadzi do cierpienia, jest tego cierpienia praprzyczyną i nieodzownym składnikiem. Kto działa, cierpi. W tym samym czasie psychologia i nauki społeczne dowodzą, że aktywność dla dobra społeczności, w której żyjemy, działania podejmowane dla dobra wspólnego mogą być i są wartością tak wysoką, że aż najwyższą. Kto działa, jest potrzebny. Kto jest potrzebny, żyje prawdziwie.

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy Artykuły wstępne