Z Dominiką Kiss-Orską i Katarzyną Gębarowską rozmawia Monika Grabarek.


Jak Fundacja Bęc Zmiana z projektem Galeria Urząd trafiła do was?
Dominika Kiss-Orska: Fundacja dotarła do mnie, ponieważ okazało się, że to, co robię w Zakładzie Praktyk Kulturalnych przy Miejskim Centrum Kultury, wpisuje się w ich filozofię, myślenie o kulturze, i zaproponowano, abym została kuratorką wystawy.

Ramy określały założenia projektu, ale sama wystawa i jej temat to już wasz autorski pomysł?
Dominika: Temat nie był narzucony. Galeria Urząd to konkurs zorganizowany przez Narodowe Centrum Kultury, w którym bierze udział pięć miast. Koordynatorem jest Fundacja Bęc Zmiana. Co do tematu wystawy, to już jakiś czas temu wymyśliłam, żeby sfotografować kobiety – „bydgoskie ikony życia codziennego”. Zadzwoniłam do Kasi z propozycją, by została autorką zdjęć. Kasia propozycję przyjęła i tak zaczęłyśmy wspólnie zastanawiać się nad doborem bohaterek. Każda z nas miała swoje propozycje. Nie wszystkie chętnie się zgadzały. Dwie panie stanowczo nam odmówiły. Ostatecznie udało się namówić pięć pań. I na nich nam najbardziej zależało.

W swojej zugzwangowej rubryce wracam do szachowych korzeni. Samo słowo „zugzwang” jest specjalistycznym terminem szachowym i oznacza konieczność wykonania ruchu, który powoduje gwałtowne pogorszenie się pozycji. Można by zatem przyjąć, że nie ma dobrych ruchów albo chociaż przeciętnych, jest wybór tylko i wyłącznie pomiędzy złymi i beznadziejnymi. Myślę, że w tym wypadku szachy bardzo ładnie zazębiają się z życiem, stają się w pewnym sensie jego okrutną metaforą, a przymiotnik „okrutny” jest tu na właściwym miejscu. Jest w tego typu pozycjach szachowych jakiś rodzaj sadyzmu polegający na powolnym, a jednak bardzo bezwzględnym i przede wszystkim konsekwentnym zwiększaniu presji na przeciwniku. Większość partii szachowych nie kończy się przecież matem, a jedynie całkowitym zniechęceniem broniącej się strony do dalszej walki. Chodzi wszakże o to, żeby wręcz zohydzić przeciwnikowi dalszy opór. Każdy nawet amator nieraz widział ten gest, tak zręcznie przejęty i rozreklamowany przez serialowych reżyserów, polegający na nagłym przewróceniu króla. Tak w wersji filmowej dokonuje się kapitulacja. Od szachowej kuchni wygląda to z reguły inaczej: zawodnik, który już jest superzniechęcony i nie widzi możliwości dalszego oporu, po prostu zatrzymuje zegar szachowy i podaje zwycięzcy rękę. Nawet wśród szachowych amatorów kładzenie króla na szachownicę wydaje się rzadkością. 

Ostatnie w tym sezonie spotkanie z MOVIE MÓWI PROJECT – cyklem filmowym dr Magdaleny Wichrowskiej. Tym samym żegnamy się z kinem dokumentalnym, które towarzyszyło nam od września. Dyskusję o filmach uciekających od fikcji zamkniemy rozmową na temat bydgoskiej tożsamości filmowej. Jest ku temu wyjątkowa okazja. Kilka tygodni temu zakończył się 24. Festiwal Filmów Dokumentalnych Hot Springs. Nagrodę za najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny otrzymał obraz „Koniec świata” Moniki Pawluczuk, który pokażemy w grudniowej odsłonie MMP. Partnerem filmu jest Miejskie Centrum Kultury w Bydgoszczy, które wsparło tę produkcję w ramach programu BYDGOSKA TOŻSAMOŚĆ FILMOWA – produkcja filmowa. Po projekcji zapraszamy na rozmowę o filmowej Bydgoszczy.


 

Spotkanie w ramach projektu MOVIE MÓWI PROJECT zrealizowano dzięki wsparciu finansowemu miasta Bydgoszczy.


 

Wieczór wigilijny w artGallery.

Odnotowano...

 |  Emilia Walczak

Liczba π w bibliotece

24 października w Bibliotece Głównej Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej im. dr. W. Bełzy w Bydgoszczy (Stary Rynek 24) odbyło się spotkanie autorskie z malarką i graficzką Moniką Aleksandrowicz, połączone z promocją jej książki pt. Semiografia. Wydawnictwo to stanowi część międzynarodowego przedsięwzięcia interdyscyplinarnego pn. „BRUMBA – Jedność słowa z przestrzenią zapisu. Cykl wydawnictw literackich” (brumba.org). Książka Aleksandrowicz, zbudowana na bazie złotych proporcji i liczbie π, jest ukłonem w kierunku tradycji projektowania książek. Graficzny zapis zastosowanych w projekcie specjalnych znaków zupełnie odbiega od formalnych założeń budowania treści i sensu. Obiekt, czyli znak graficzny, wchodząc w relację z innymi znakami, zmienia swoją formę, stając się nowym znakiem. Zwielokrotnienie tego procesu zmienia jego pierwotny kształt, a w relacji z innymi – nadbudowuje go i określa na nowo.

Odnotowano...

 |  Emilia Walczak

Stary Fordon tętni życiem

W dniach 25–26 września m.in. w starofordońskiej synagodze (ul. Bydgoska 22) miał miejsce artystyczny weekend. W sobotę koncert dali tam: związany z projektami Shofar, Alte Zachen i Wovoka Raphael Rogiński wraz z formacją Cukunft, w niedzielę natomiast – Jorgos Skolias z braćmi Olesiami. Odbyło się także spotkanie mieszkańców dzielnicy i prezentacja prac nad społeczną strategią rewitalizacji Starego Fordonu; otwarto też nową miejscówkę – Warsztat (ul. Bydgoska 26). W niedzielę 18 października z kolei, w kawiarni Café Rynek (Rynek 6) odbyło się spotkanie z artystką Dorotą Podlaską, podczas którego można się było dowiedzieć, jak i co gotowano w PRL-u, posmakować przygotowanych na kulinarnych warsztatach (które odbyły się dzień wcześniej w, nomen omen, Warsztacie) smakołyków w stylu peerelowskim oraz poznać tajniki sztuki Doroty Podlaskiej.

Wystawa na czasie

Po dłuższej nieobecności na wystawowych salonach nestor bydgoskich plastyków Stanisław Lejkowski pojawił się w „Kantorku” ze swoimi „Znakami czasu”. Tytuł ekspozycji był nader trafiony, bo od niepamiętnych czasów znakiem szczególnym p. Stanisława jest to, że czas w ogóle go się nie ima!

 

Nazwiska na torowiska

Wiele wskazuje na to, że zmierzające w kierunku Fordonu tramwajowe swingi ochrzczone zostaną nazwiskami zasłużonych bydgoszczan. Tak więc będziemy mogli w jedną stronę przejechać się Turwidem, a wracać Kocerką, a gdyby Grzymała-Siedlecki uciekł nam sprzed nosa, to spokojnie poczekamy na Rejewskiego albo Morozowiczową.

Bydgoski modernizm

 |  Natalia Nazaruk

Nie ma w Bydgoszczy „gotyku na dotyk”. Brakuje tu spektakularnych zabytków epoki renesansu czy baroku. Oczywiście znaleźć można w naszym mieście godne zainteresowania przykłady architektury wspomnianych okresów, jednak nie ma się co oszukiwać – nie jesteśmy pod tym względem potęgą. Czy to jednak oznacza, że architektonicznie Bydgoszcz jest nudna i przewidywalna? Absolutnie nie! Zarówno wśród mieszkańców, jak i turystów popularna stała się już secesja bydgoska, która dla wielu jest jedną z najważniejszych atrakcji miasta. Faktycznie, kamienice na ulicy Cieszkowskiego czy Gdańskiej potrafią zachwycić, a odkrywanie kolejnych secesyjnych budynków ustawionych przy mniej uczęszczanych ulicach może stać się prawdziwą przyjemnością każdego miłośnika miejskiej architektury.

Z bydgoszczanami rozmawia Szymon Andrzejewski.


Oto bydgoszczanie, którzy przyjechali do nas z daleka. I którzy wzbogacają naszą kulturę swoją obecnością. Proszę ich poznać. Proszę zobaczyć swoje miasto ich oczami – to zawsze dobre ćwiczenie. I to dobre z wielu powodów: po pierwsze, sami zobaczymy, że można patrzeć na świat inaczej (a to zawsze nas trochę wzbogaca i zmienia); po drugie, zobaczymy zupełnie inną Bydgoszcz (a to niezwykle odświeżające – czasem, kiedy pokazuję miasto gościom, miewam to odczucie; dzięki tym naszym gościom możemy to ćwiczenie uprawiać łatwo i w każdym momencie, wymaga ono od nas niewiele więcej poza pewną giętkością umysłu).


Oksana Ustinova, właścicielka ukraińskiej restauracji „Wysoki Zamek”

Co wiedziałaś o Polsce, zanim pojawiła się ona na stałe w twoim życiu?
Bardzo dużo. Wychowywałam się w polskiej rodzinie. Utrzymywaliśmy więc polskie tradycje – obchodziliśmy wszystkie polskie święta. No i zawsze mi się język podobał. I kultura tych takich staropolskich Polaków. Moja rodzina ma z obydwu stron polskie korzenie, ale w pewnym momencie zrobiono z nich Ukraińców. Mój dziadek np. służył w wojsku tutaj, w Kutnie. Jednak ta polskość stała się niemile widziana. Na przykład był taki polski kościół we Lwowie, który jakby „zamknięto” obudowując go sklepami. Jak Ukraina rozstała się ze Związkiem Radzieckim po pierestrojce, to te sklepy rozebrano, stworzyła się parafia, ksiądz przyjechał z Zamościa. I moja babcia zabierała swoje dzieci do tego kościoła. Do tej społeczności.

Jestem z miasta

 |  Szymon Andrzejewski

Jem. Znaczy piszę głównie, oczywiście, w tym momencie, ale również jem. Polską. Pieczoną. I bułkę. I małosolnego. Nad Brdą się ta konsumpcja odbywa, a jako że słońce zdecydowało się dzisiaj nie operować na moim i tak już promieniowaniem udręczonym ciele, to mogę normalnie na czaszce ogolonej czuć bryzę. A bryza zawsze apetyt wzmacnia. Nie tylko na jedzenie zresztą. Spożywam więc z doskoku, bo jednak głównie piszę. A piszę jakby nieco zły i poirytowany może trochę, bo pięknie pisze się o czymś, czego się doznało, a znacznie gorzej o czymś, czego zmysły piszącego nie dostały do obróbki wtapianiem się. Gdy będziecie to czytać, to już będziecie wiedzieć. A ja pisząc, i delikatnie besztając w myślach konieczność oddawania tekstu na dwa tygodnie przed jego ukazaniem się w druku, nie wiem. Nie wiem, czy oni dobrze zagrali. Czy ona dobrze zaśpiewała. Czy to było magiczne. Czy opolskie raczej w proweniencji? Choć tego drugiego nie podejrzewam, bo i klasa, i umiejętności gwiazd Festiwalu Drums Fusion o kilka półek wyżej siedzą niż „klasa” i „umiejętności” większości występujących na tamtym festiwalu kiczu i żenady. Natomiast tak naprawdę to jeszcze nie wiem. I jak tak sobie nie wiem, to drżę cały w podnieconym oczekiwaniu tych dwóch miesięcy, co mnie znowu zaczerwienią. Jednakże nie kuszą mnie plaże Egiptu czy trakty bieszczadzkie. Kusi mnie to, co od zawsze stanowi kwintesencję moich uniesień upalnych. O lecie w mieście więc w miesiącu, co mi się rozpoczął, zanim się rozpoczął.

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Artykuły w dziale Bydgoszcz