Styczeń 2016
Michał Tabaczyński

Że niewiele Dybuka w tym Dybuku? Nie wiem, trudno porównywać bez tekstu, bez obu tekstów, ale nie jestem przekonany. W każdym razie: nie wykluczam, że nie ma tam przesadnie dużo tekstu An-skiego. Nie da się powiedzieć jednak, że w tym Dybuku mało było dybuka, wręcz przeciwnie – dybuka czy raczej dybuków jest tu wielu, a każdy tylko czeka na to, żeby nas omotać. W istocie świat cały „dybukowieje”, niespokojny od nadmiaru grzechów czyha na wszystko i wszystkich. I nie tylko czyha, ale i atakuje.

Działy:
Kuba Ignasiak

Dybuk w reżyserii Anny Smolar był ostatnią premierą 2015 w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Czy było to udane zakończenie roku? Odpowiem dyplomatycznie: i tak, i nie. No, ale zacznijmy od początku…

Scena pierwsza: kurtyna idzie w górę… A nie, nie idzie jednak. Usterka jakaś, awaria? No nic, trzeba sobie jakoś radzić. Na scenie pojawia się Hanna Maciąg w bardzo przekonującej roli gimnazjalistki, by wprowadzić nas w kulisy spektaklu. Kurtyna wciąż wisi zwieszona i niewzruszona, więc aktorzy (grający aktorów i gimnazjalistów) stają przed nią. Poznajemy trójkę gimnazjalistów (wspomniana Hanna Maciąg, Jan Sobolewski oraz wcielająca się w rolę reżyserki – Marysi – Irena Melcer) i ich nauczycieli, którzy z powodu braków personalnych również wcielają się w role aktorów (świetna Małgorzata Witkowska i Mirosław Guzowski). Nagle na scenie pojawiają się też duchy (tu chyba najbardziej wyraziste w całym spektaklu role Macieja Pesty i Soni Roszczuk) – brawa dla tych z Państwa, którzy zobaczą ich od razu. Aktorzy (zarówno ci mało-, jak i pełnoletni) przepychają się przy stojącym na scenie mikrofonie i wyjaśniają, że oto będziemy świadkami tworzenia spektaklu. Tym spektaklem będzie Dybuk, wybrany przez ich niedawno, a tragicznie zmarłego kolegę. Nie bardzo wiedzą, jak się do tego zabrać, ale postanowili złożyć ten swoisty hołd Grzesiowi (świetna rola Michała Wanio, który parokrotnie pojawi się na scenie jako duch Grzesia). Kolejne sceny są konsekwencją tej pierwszej. Widzimy więc zmagania młodych aktorów z rolą, wpadki scenograficzne i reżyserskie, widzimy też retrospekcje, z których dowiadujemy się, co dokładnie doprowadziło do owej tragicznej śmierci Grzesia…

Działy:
Emilia Walczak

Złych duchów nie wolno nazywać po imieniu. Siedzą zaczajone we wszystkich kątach, norach i szczelinach. Wszystko widzą, wszystko słyszą i tylko czekają, aż ktoś wymówi ich plugawe imię. Wtedy z miejsca wyskakują i rzucają się na człowieka. Tfu! Tfu! Tfu!

[Szymon An-ski, Dybuk. Między dwoma światami, tłum. M. Friedman]


Klasyczny już jidyszowy dramat Szymona An-skiego Der dibek oder cwiszn cwej weltn z 1914 roku na przestrzeni przeszło stu lat (!) doczekał się mnóstwa realizacji teatralnych i transpozycji na potrzeby filmu. Żeby wymienić tylko kilka z nich: w roku 1937 Michał Waszyński nakręcił swój słynny obraz Der Dibuk (scenariusz: Alter Kacyzne, kierownik artystyczny: Andrzej Marek, konsultacje: Anatol Stern – no, taka to była produkcja!), nagrany całkowicie w jidysz i uważany za największe dzieło kinematografii żydowskiej polskiego międzywojnia; po sztukę sięgali też później m.in.: Andrzej Wajda, Janusz Wiśniewski, Agnieszka Holland, Krzysztof Warlikowski czy Mariusz Grzegorzek, przenosząc Dybuka czy to na deski teatralne, czy plan Teatru Telewizji. Oczywiście główną sceną prezentacji dramatu An-skiego był przez wiele lat Teatr Żydowski w Warszawie – dwukrotnie w jidysz reżyserował tam Dybuka Chewel Buzgan, dwukrotnie Szymon Szurmiej. Teraz przyszedł czas na Annę Smolar, język polski i scenę bydgoską. Ale o tym za chwilę…

Działy:
Zdzisław Pruss

Stan wyjątkowy

Bydgoska Akademia Muzyczna zmaga się z klęską urodzaju. Wysyp talentów jest ostatnio tak duży, że aby pokazać wszystkich wyróżnionych, nominowanych, nagrodzonych i docenionych laureatów i zwycięzców – Akademia powinna wynająć co najmniej na rok Filharmonię Pomorską – na użytek własny. Podobno trwają już pertraktacje na linii rektor Kaszuba – dyr. Puto. A żeby zatrzymać napływ nowych laureatów, zamierza się wysłać kilku pedagogów z K. Popową-Zydroń na czele – na przymusowe urlopy.

Działy:
Jerzy Grundkowski

To zboże pieśń śpiewa… – poetycki tytuł, książka niewielka objętościowo, acz znacząca, należy do gatunku zwanego reportażem literackim. Jej autorem jest reportażysta radiowy, długie lata pracujący w bydgoskiej rozgłośni, Jacek Kurzawski. Jego teksty oparte są właśnie na audycjach emitowanych w bydgoskim radiu. Aby tego dokonać, niezbędny był proces kondensacji materiałów. Proces ten wyszedł im na dobre, jak niemal przy każdej kondensacji.

Wśród wielu tekstów zasługujących na omówienie kilka wysuwa się na czoło. Jednym z nich jest opowieść o diable weneckim. Nie chodzi tu o Wenecję we Włoszech, lecz o tę w pobliżu Żnina. Wenecki zamek, obecnie w ruinie, pełnił kiedyś funkcję więzienia. Miano diabła przyznano – niezbyt słusznie, jak pisze autor – średniowiecznemu wielmoży Mikołajowi ze znanego rodu Nałęczów, który padł ofiarą własnej popularności. Ten rycerz zrobił dla regionu wiele dobrego. Wieś Wenecję przekształcił w miasteczko, czyniąc z niej centrum swoich włości. Więzienie zaś podporządkowane było arcybiskupowi gnieźnieńskiemu, najwyższej rangi dostojnikowi kościelnemu w Polsce. Arcybiskup osadzał w nim nieposłusznych księży, zwłaszcza tych, którzy ulegli zgubnym nowinkom religijnym (husytyzm, reformacja). Arcybiskup Trąba, znaczący w tej epoce polityk, o zdecydowanie antykrzyżackim nastawieniu, kupił obiekt w 1420 roku i poważnie go rozbudował, wydatnie zwiększając możliwości obronne warowni. Zachowała się narożna basteja, fundamenty obiektu, furta zamkowa, fundamenty kościoła, wejście do kruchty, wejście do prezbiterium oraz studzienka przy prezbiterium, do której zlewano wszystkie płyny pozostałe po praniu szat ołtarzowych.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Styczeń 2016