Październik 2015
Justyna Gongała

Rysuje bez ustalonego z góry projektu. Daje się ponieść. Improwizuje. Choć to ona zaczyna snuć swoją opowieść, współtworzy ją coś jeszcze.


Magda Rucińska jest absolwentką lingwistyki stosowanej na UKW w Bydgoszczy oraz edukacji artystycznej na ASP w Poznaniu. Na co dzień prowadzi zajęcia rysunkowe na architekturze wnętrz UTP w Bydgoszczy oraz współpracuje z Otwartą Pracownią Sitodruku, jednak przede wszystkim znana jest jako recenzentka komiksowa i ilustratorka publikująca m.in. w „Lampie”, „Zwykłym Życiu”, „Fabulariach”, „Zeszytach Komiksowych” oraz autorskim artzinie „1zine”.

Działy:
Bartłomiej Siwiec

Żeby w mojej zugzwangowej rubryce nie było zbyt nudno, proszę, oto rodzinna historia pewnego znajomego, który ponad dziesięć lat temu wyjechał kłaść kafelki do Anglii i jak to się powszechnie ujmuje: kontakt się urwał. Pan Marian (z oczywistych względów imię zostało zmienione) czuł się intelektualistą, lecz proza życia zmusiła go do innej czynności – specjalizował się on mianowicie w kładzeniu kafli. Był z dość dziwnej rodziny, tak można by chyba rzec. Jego pradziadek za czasów zaborów bardzo chciał dokonać zamachu bombowego na cesarza, cara albo przynajmniej kanclerza. Na pewno na jakiegoś ważniaka. Uważał on, że tylko bomba może zmieść z powierzchni ziemi obecny układ. Przygotowywał się do tej czynności bardzo pieczołowicie i już był prawie gotowy, ale wtedy dowiedział się, że w Sarajewie Gawrilo Princip go ubiegł i że arcyksiążę Ferdynand nie żyje. Tak się tym załamał, że wkrótce potem dostał rozstroju nerwowego i bardzo szybko zmarł. Jego dzieło kontynuował syn, czyli dziadek Pana Mariana, który za czasów niemieckiej okupacji produkował dla armii über menschen granaty, co zresztą nie skończyło się dla niego żadnym pozytywnym fajerwerkiem. Było przecież oczywiste, że jak się w czasie wojny jest Polakiem (z odpowiednią grupą narodowości rasy panów) i produkuje granaty, które docelowo miały zabijać Amerykanów, Rosjan, Anglików, a nawet tych Polaków, co po właściwiej byli stronie, to trzeba być sabotażystą. Tu innego wyjścia nie ma. Dziadek szedł tym tropem, granaty jego produkcji wybuchały nie tam, gdzie powinny, faszyści – na różnych odcinkach frontu – padali jak kawki, więc szybko o sprawie dowiedziało się gestapo. Dziadek zniknął, a sąsiedzi do dziś powiadają: słuch po nim zaginął. 

Działy:
Emilia Walczak

Z Katarzyną Gębarowską, dyrektorką Międzynarodowego Festiwalu Miłośników Fotografii Analogowej Vintage Photo Festival, rozmawia Emilia Walczak.


Na stronie internetowej Vintage Photo Festival piszecie, że „jest to przedsięwzięcie zrodzone z pasji do fotografii oraz głębokiego przekonania o tym, że fotografia analogowa przeżywa obecnie renesans i ma ogromny wpływ na kierunek rozwoju fotografii cyfrowej”. Jak myślisz, skąd się wziął ów renesans?
Obawiam się, że nie powiem niczego oryginalnego. László Moholy-Nagy [węgierski fotograf, malarz, projektant, profesor Bauhausu żyjący na przełomie XIX i XX w. – przyp. red.] powiedział 100 lat temu, że w przyszłości analfabetami będą ci, którzy nie rozumieją obrazu. Ta przepowiednia właśnie się spełnia. Świat komunikuje się poprzez obrazy, wielu ludzi zatraciło zdolność pisania – poza pisaniem na klawiaturze komputera. O czytaniu już nie wspomnę. Obrazy są wszędzie, zalewają nas. Wynalezienie aparatów cyfrowych sprawiło, że robienie zdjęć przestało być rytuałem, a stało się raczej sprawą refleksu, cytując Johna Bergera. Pstrykanie zdjęć stało się tak powszechne, że pojawiła się naturalna chęć spowolnienia tego procesu. W trendzie slow life znalazło się też miejsce dla powrotu do tradycyjnej fotografii, bo taka zmusza nas do myślenia, każe poczekać na „decydujący moment”. Stąd apokaliptyczne przepowiednie o całkowitym wyginięciu filmów i papieru do fotografii analogowej nie spełniły się: poza obrębem komercyjnej gałęzi fotografii, jak moda, reklama i dziennikarstwo, gdzie za wprowadzaniem nowych technologii stoją ekonomiczne i inne praktyczne względy, fotografia analogowa ma się coraz lepiej. Rzesze młodych ludzi sięgają po aparaty swoich rodziców i dziadków, aby popełnić zdjęcie „z klimatem” (śmiech).

Działy:
Michał Tabaczyński

Europejski Tydzień Demokracji Lokalnej – mimo swojej nazwy (tak jest: administracyjnej, niezbyt atrakcyjnej, do bólu opisowej) – oznacza chyba najładniejsze święto naszego wspólnotowego życia (no, dobrze, niech będzie, konkurują z nim dzielnie, acz nieskutecznie, Dzień Czekolady albo Tydzień Bibliotek). Trzeba zza tej nazwy dostrzec to święto! Tym bardziej, że hasło tegorocznej edycji doskonale trafia w czas i jego problemy: Życie w społeczeństwach wielokulturowych: szacunek, dialog, współdziałanie.

Bartłomiej Siwiec

Z poetą i filozofem doktorem Grzegorzem J. Grzmot-Bilskim rozmawia Bartłomiej Siwiec.


Grzegorzu, cieszę się bardzo, że w listopadzie wystąpisz w Galerii Autorskiej Jana Kaji i Jacka Solińskiego. To zresztą już nie pierwszy raz…
Rzeczywiście, w Galerii Autorskiej będę po raz drugi prezentował swoją poezję. Pierwsze moje spotkanie dotyczyło tomu poezji pt. Nim spłonę w świetle. Na jesieni ukaże się natomiast moja nowa książka poetycka, Przebóstwienie, która będzie się składała z wierszy starych i nowych, nigdzie dotychczas niepublikowanych. W nowym zbiorze będę, jak to u mnie, zadawał istotne pytania: skąd pochodzimy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy?…

Jesteś poetą i filozofem, a może filozofem i poetą? No właśnie, co jest dla ciebie ważniejsze?
Sam się nad tym zastanawiam. Przez wiele lat myślałem, że jestem tylko filozofem. Ponad dwadzieścia lat byłem zawodowym filozofem i wykładowcą na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego. Brałem też udział w pracach nad jego powołaniem. Z czasem odkryłem jednak, że mam skłonności poetyckie. Czy jestem poetą? W pełni na to pytanie odpowiedzą chyba moi czytelnicy. Dodajmy: po mojej śmierci. Gdyby ktoś jednak nalegał i pytał o źródła mojej twórczości, to odpowiedziałbym w sposób metaforyczny, że mój duch unosi się na czterech skrzydłach, tj. poezji i filozofii, a także wiary i rozumu.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Październik 2015