Hanna Strychalska

Tegoroczny, 51. Bydgoski Festiwal Muzyczny, zorganizowany przez Filharmonię Pomorską im. Ignacego Jana Paderewskiego, przebiegał pod hasłem „Klasyka i jazz”. Od 13 września do 4 października odbyło się 18 koncertów, które miały miejsce w Filharmonii bydgoskiej, a także w Dworze Artusa i Sali Mieszczańskiej Ratusza Staromiejskiego w Toruniu oraz kościele pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Chełmnie. I tym razem słuchacze nie zawiedli – sale były wypełnione i nawet koncerty kameralne w Filharmonii, z powodu wielu chętnych, przenoszone były z foyer do sali widowiskowej. Była to prawdziwie jubileuszowa edycja Festiwalu. W 2013 roku przypada 100. rocznica urodzin Witolda Lutosławskiego, 80. urodzin Krzysztofa Pendereckiego i, zmarłego w 2010 – Henryka Mikołaja Góreckiego. W tym roku również Filharmonia Pomorska obchodzi 60-lecie swego powstania.

Działy:
Michał Tabaczyński

Kto, czyli bolesność lektury

Tytuł jest bez znaku zapytania, nie „Kto?”, ale: Kto. Pomyślałby kto (no właśnie!), że to mało znaczące. Nic podobnego. W poezji nic nie jest mało znaczące, to jasne, a w poezji dobrej – już na pewno. A to jest dobra poezja. To jest poezja poważna i ważna, ale też odważna (co tu oznacza, że nie boi się stylistycznej brawury, która tę powagę i ważność przełamuje, by wydostać się na teren niepowagi, żartu – gorzkiego, ale jednak żartu, jakiejś takiej niepowagi, ale niepowagi mało beztroskiej, niepowagi ciemnej i ciężkiej).

Działy:
Tomasz Kaźmierski

Dzień pierwszy.

Impreza jak zwykle miała wielowymiarowy charakter. Muzyka – wiadomo – jest najważniejsza, ale oprócz niej były instalacje i performance. Wszystko rozpoczęło się w Domu Mody Drukarnia, w pustym salonie sprzedaży. Tam Zenial i Derubare zaprezentowali coś na kształt wizualno-dźwiękowej instalacji. Muzycznie kręciło się to wokół abstrakcyjnej elektroniki o nieco industrialnym brzmieniu. Po „nieoficjalnym otwarciu”, można było przenieść się na „oficjalne otwarcie” do Miejskiego Centrum Kultury do świetnie brzmiącej sali o dużym szumie własnym. Właściwości sali rewelacyjnie sprawdzają się przy koncertach głośnych, a trochę przeszkadzają, gdy artysta stara się operować ciszą. Na początek Kwartludium. Muzyka współczesna, najnowsza, także improwizowana, świetnie „współgrająca” z wizualizacjami Macieja Walczaka. Kameralnie na scenie zrobiło się podczas występu Aleksandry Lelek (wiolonczela) i Macieja Zimka (akordeon). Mnie urzekły kompozycje Sofii Gubajduliny i Davida Cope’a. Finał pierwszego wieczoru to dość dziwna propozycja Seana Noonana: A Gambler’s Hand String Quartet. Seana pamiętam z gorących koncertów The Hub w klubie Mózg – były świetne, jego gra na perkusji na festiwalu również. Była narracja werbalna i perkusyjna. Kwartet smyczkowy robił co mógł i świetnie to brzmiało w cichych partiach, jednak przy dynamicznych fragmentach ostre bębny i smyczki jakoś mi nie smakowały, jednak po koncercie rozmawiałem z kilkoma osobami, którym występ się bardzo podobał.

Działy:
Monika Grabarek

Mityczny Gryf to niezwykłe stworzenie. Lew z głową i skrzydłami orła, oślimi uszami. Miał wiele cnót: czujność, szybkość, odwagę, waleczność. Był strażnikiem skarbów. Ten z Bydgoszczy, to niegdyś świetnie prosperująca fabryka prowadzona przez Spółdzielnię Niewidomych. Budynek przy ul. Fordońskiej 30 od lat stał niezagospodarowany i niszczał. Jednak od jakiegoś czasu trwało tam dziwne poruszenie i zamieszanie. Wszystko za sprawą Fundacji Bez Nazwy i energicznej Małgorzaty Winter, która niestrudzenie od lat podejmuje się karkołomnych pomysłów, skrzykując przy tym wokół siebie liczne grono pozytywnych zapaleńców i wspólnie osiągają to, co zostało wymyślone. Nie inaczej stało się i tym razem w to całkiem ładne, jesienne popołudnie. W gigantycznej, fabrycznej przestrzeni zaprezentowało się około sześćdziesięciu artystów. Opuszczone mury od lat swojej najlepszej prosperity nie pamiętały takich tłumów… Byli oczywiście stali bywalcy artystycznych akcji, ponieważ tego dnia po prostu trzeba było stawić się na Fordońskiej 30, ale dało się także zauważyć całkiem nowe, zaciekawione twarze, całe rodziny z dziećmi. Ogrom tego kulturalnego przedsięwzięcia robił na każdym wrażenie. W rozmowach przewijało się jedno zdanie, że jeśli nie jest to najważniejsze, to z pewnością najciekawsze wydarzenie mijającego roku w naszym mieście.

Działy:
Michał Tabaczyński

Czas świąteczny ma wiele wymiarów: jest wymiar religijny (czyli czas przeżyć mistycznych), jest wymiar rodzinny czy też domowy (czyli czas spokoju, miłości, ciepła i wspólnoty), jest też czas odpoczynku po przedświątecznej gorączce, jest wymiar – powiedzmy – czasowy (oto domyka się rok i domykają się sprawy tego roku). Wiele wymiarów, a najlepsze, że mogą się one uzupełniać i przenikać. Ja wspominam – z dzieciństwa i młodości to wspomnienie – jak czas bożonarodzeniowy był czasem magicznym w innym jeszcze wymiarze: nadrabiania zaległości w sferze kulturalnych przyjemności (oczywiście, dzięki matczynej zapobiegliwości, wyłączony byłem z prac i przygotowań, a przynajmniej: nie tyle wyłączony, co nieobciążony nadmiernie obowiązkami). To, rzecz jasna, było magiczne myślenie, bo o lenistwie raczej można tu mówić, a nie o jakichś istotnych nadrobieniach, ale jednak pamiętam najlepiej swoje nadzieje i tęsknoty: poświęcić się czytaniu, słuchaniu, oglądaniu (tym bardziej, że i prezenty do czytania i słuchania, i oglądania piętrzyły się wszędzie).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Grudzień 2013