Książka

„Nie dziesiątki i nie setki tysięcy, ale miliony istnień człowieczych uległy przeróbce na surowiec i towar w polskich obozach śmierci” – brzmi jedno z pierwszych zdań opowiadania Dorośli i dzieci w Oświęcimiu, składającego się wraz z 7 innymi krótkimi formami prozatorskimi autorstwa Zofii Nałkowskiej na jej słynne Medaliony. Coś mnie tknęło i sprawdzam, czy są wciąż Medaliony na liście lektur obowiązkowych MEN, bo pamiętam, że w liceum – a było to dość dawno – omawialiśmy tę wybitną rzecz. Otóż figuruje wciąż w spisie lektur uzupełniających inne opowiadanie z tego tomu – Przy torze kolejowym – notabene, fenomenalnie zekranizowane w 1963 roku przez Andrzeja Brzozowskiego, lecz, niestety, z winy PRL-owskiej cenzury, swą premierę mające dopiero w ’92. Istnieje więc całkiem realna szansa, że jak któremuś z uczniów pisarstwo Nałkowskiej przypadnie do gustu, to z rozpędu przeczyta wszystkie 8 opowiadań, a ostatnim z nich będzie właśnie cytowane wyżej Dorośli i dzieci… I teraz nasuwa się pytanie: cóż począć z niezgodną z wiadomą ustawą, elektryzującą w ostatnich dniach cały nasz kraj i połowę reszty świata, książką Nałkowskiej? Przecież od daty premiery Medalionów, tj. od roku 1946, mogło się ukazać do dziś ich kilkanaście edycji, w kilkudziesięciotysięcznym nakładzie każda! Czy nakazać wszystkim krajowym książnicom, od najmniejszej w Polsce biblioteki w Rejowcu pod Skokami w woj. wielkopolskim począwszy na Bibliotece Narodowej w Warszawie skończywszy, by ujęły czarny flamaster w dłoń (że posłużę się tu taką oto animizacją, wszak wiadomym jest, że w świecie rzeczy nieożywionych rękę posiadać może jedynie rynek, choć również wtedy pozostaje ona niewidzialna) i wykreśliły nim słówko „polskich”? Czy też może zarządzić publiczne palenie w 451 st. Fahrenheita Medalionów na wzór sławetnej akcji przeprowadzonej na Opernplatz w Berlinie w 1933? Tej drugiej opcji jednakowoż nie zalecałabym decydentom, ponieważ już w roku 1817 Heinrich Heine przestrzegał, że „gdzie pali się książki, dojdzie w końcu do palenia ludzi”. W historycznym kontekście Medalionów możemy uznać Heinego za jasnowidza.

zugzwang (57): Na Słupskich

 |  Bartłomiej Siwiec

Książka Krzysztofa Derdowskiego Znikanie z roku 1987 przecina jego biogram na pół. W tym pierwszym rozdziale jego życia (pierwsze 30 lat), czyli do roku 1987, mamy do czynienia z uczniem, studentem, działaczem opozycji antykomunistycznej, autorem dwóch zbiorów wierszy i kilkudziesięciu recenzji. Derdowski wtedy jeszcze szukał swojej drogi życiowej, miotał się, raz mieszkał w Bydgoszczy, innym razem w Lublinie, wyjeżdżał na saksy, a po studiach na krótko został nawet nauczycielem języka polskiego. Wszystko to bardzo tymczasowe, typowe dla młodego człowieka, który jeszcze nie wie, co będzie w życiu robił, który może już zdobył pierwsze szlify, ale ciężko mu je przekuć w konkret, i dopiero ta książka napisana dokładnie w połowie życia (co prawda, wydana kilka lat później, bo w 1993) jest pierwszym sygnałem, że odnalazł właściwą drogę. Ci, którzy go znali, wiedzą, że Krzysztof grał na wielu bębenkach, był poetą, prozaikiem, dramatopisarzem, pisał więc wiersze, powieści, opowiadania, szkice, recenzje, dramaty, a nawet scenariusze, ale od czasu napisania pierwszej powieści najmocniej wciągnęła go proza. To prozaik „pełną gębą”. Wiersze zeszły na plan dalszy (choć tuż przed śmiercią kilka opublikował m.in. w „Filo-sofiji” i „Okolicy Poetów”), dramaty pisał sporadycznie, bez jakiejś większej nadziei na ich wystawienie. Owszem, był świetny w krytyce teatralnej, nie zawsze się z nim zgadzałem, ale podziwiałem warsztat i ten bardzo sugestywny – i co tu mówić – często ostry język. 

1. Na tyłach wiersza
czyli właściwie gdzie

Osobliwa jest konstrukcja tych wierszy. Zdarza się w literaturze bowiem tak, że wiersz budowany jest od puenty, od końca: czuć to i słychać w takich wierszach, bo rozpędzają się aż do wybuchu (konceptu? myśli? brzmienia?) w kulminacyjnym punkcie – wygłosie ostatniego wersu. Takim poetą, poetą puenty, był choćby Lechoń – budował wiersz od końca, od (by użyć poręcznego w tym kontekście wersu innego poety, który poetą puenty stał się na starość) „dymu z komina”. Ale są i tacy poeci, którzy liryczną materię rozkładają równo na całej przestrzeni wiersza: ci najlepsi tworzą wiersze złożone z samych eksplozji, ci najgorsi – z samych implozji, z pełznących przez wiersz nudy i banału.

Staram sobie dawkować imprezy kulturalne. Zadowalam się dwiema, trzema w miesiącu, po to żeby później spokojnie je przetrawić. I tak oto 20 września wylądowałem w Kujawsko-Pomorskim Centrum Kultury na promocji antologii Bydgoska konstelacja literacka. Zebrano tam utwory 16 autorów należących do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i teksty pięciu zaproszonych gości. Książka wyszła pod redakcją Jolanty Baziak i Wojtka Banacha i oni właśnie prowadzili to spotkanie. Bardzo fajna formuła antologii (myślę nawet, że w przyszłości warto zaprosić jeszcze więcej gości, żeby podkreślić otwartość naszego środowiska) spowodowała, że i atmosfera spotkania była pierwszorzędna.

Ziarnka prawdy

 |  Hanna Strychalska

Henryk Majcherek jest aktorem, przede wszystkim teatralnym. Od dawna pracuje i mieszka z rodziną w Krakowie. Ale pochodzi z Bydgoszczy. Jako kilkuletnie dziecko, wraz z rodzeństwem i rodzicami, mieszkał w niemieckiej kamienicy przy ulicy Nowogrodzkiej na Okolu. Zawierucha wojenna i jej konsekwencje rzucały rodzinę Majcherków w różne miejsca. Dzieciństwo i wczesną młodość, z przerwami, spędził jednak tutaj. W okresie 1967–1971 oraz 1976–1978 Majcherek występował w Teatrze Polskim. W 1978 roku był organizatorem pierwszej edycji corocznych Spotkań Laureatów Ogólnopolskich Festiwali Małych Form Teatralnych, które kontynuowane były i wzbogacane przez następne lata. Bydgoszcz jest dla niego ważna. Pielęgnuje zawiązane tu niegdyś relacje rodzinne i przyjacielskie. Nawiązuje nowe znajomości. Od kilku lat utrzymuje aktywny kontakt ze środowiskiem literackim. Jego wiersze, krótkie prozy i listy w różnych okolicznościach wybrzmiewają na spotkaniach w Galerii Autorskiej Jana Kaji i Jacka Solińskiego. A w jego tomikach wierszy oraz na autorskich wystawach plastycznych nagle odnajdujemy czarno-białe pejzaże Szwederowa, które jest najstarszą dzielnicą Bydgoszczy, czy też niedalekie Janikowo.

Z bydgoszczanką, dr nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa Hanną Trubicką, autorką wydanej niedawno monografii Kultura to Ty. Filozofia kultury Józefa Wittlina, rozmawia Emilia Walczak.


Pamiętasz dzień, w którym poznałaś postać Józefa Wittlina? Opowiedz, proszę, o tym.
Profesor Maria Jakitowicz z Zakładu Folklorystyki i Literatury Polskiej UMK w Toruniu opowiadała pięknie o wierszach i powieści Wittlina na wykładach z historii literatury XX wieku i była tak dobra, że umieściła Sól ziemi na liście lektur obowiązujących na egzamin. Przeczytałam powieść, która trafiła do mnie już od pierwszych słów.

Nasze środowisko literackie jest małe, każdy coś tam podsłucha. I nagle dowiedziałem się, że Dariusz Tomasz Lebioda, który uważa siebie za następcę Czesława Miłosza, Dariusz Tomasz Lebioda Wielki, który w swoim dorobku ma już zapewne więcej orderów, odznaczeń i medali niż Miłosz, będzie tłumaczony na język chiński. A czy Miłosz był tłumaczony na chiński? Tego nie wiem, ale Dariusz Tomasz będzie. Ale to jeszcze nie koniec sensacji, przecież to nie będzie nakład w postaci 300 egzemplarzy, tyle egzemplarzy to w Bydgoszczy można wydać, ale Chińczyków są miliardy, więc i nakład musi być stosowny. Słyszałem, że Dariusz Tomasz ma ambicje na tysiące egzemplarzy, może nawet na 100 000. Wszyscy mówią, że rynek chiński jest trudny, pełen niespodzianek, ale co tam, ja w Darka wierzę, że przebojem się wedrze i pokaże Chińczykom, że można. Bayer Full przetarł już Jedwabny Szlak, można śpiewać po chińsku? Można! I te dwa nasze hity eksportowe zaleją chiński rynek, pokażemy Chińczykom, że Polacy nie gęsi, też swój język mają.

Warto wybrać się do zoo w Myślęcinku. Pośród lemurów, wydr i surykatek wypatrzyłem też najbardziej BIK-owe zwierzę, czyli żBIKa. Niestety, na widok ptasznika (popularnie, choć błędnie u nas nazywanego tarantulą) stwierdzam u siebie początki arachnofobii. I powiem to rymem prostym: „Przyjaciele BIK-a, nie polecam Wam ptasznika”. Nawet te robale, co chodzą obok, karaczany, one są obrzydliwe, ale nic nie przebije tego włochatego stwora.

Wycieczki są miłe, ale długi zimny weekend bardziej skłania do czytania. Oto na rynku ukazała się książka Maren Rögen Wojenne związki, opatrzona podtytułem: Polki i Niemcy podczas okupacji. Autorka wchodzi w dość ciekawą niszę. Otóż o czasach okupacyjnych napisano już dużo, o eksterminacji, volksliście, partyzantce, o polskim państwie podziemnym. Te tematy są wałkowane od lat. Czasami już nawet trudno napisać coś odkrywczego. Ale o życiu codziennym Polaków i Niemców już znacznie mniej, a o życiu intymnym bardzo mało. Takie tematy się z reguły omija, one są śliskie. Potocznie rzecz ujmując, można się na nich wyłożyć. Autorka sama wyznaje, że aspekt relacji seksualnych pomiędzy Niemcami i Polkami stanowi wciąż tabu i do dziś budzi znaczne kontrowersje. Powie również, że im bardziej ją polscy i niemieccy historycy przed tym tematem ostrzegali, tym bardziej nabrała wiary, że trzeba o tym napisać. Przekorność, która w tym wypadku zaowocowała wartościową lekturą. 

Irena Tuwim. Tej kongenialnej młodszej siostrze autora Kwiatów polskich poświęciłam ostatnich kilka tygodni z życia. Zaczęło się wszystko od tego, że w portalu Lubimy czytać zaatakowała mnie reklama wydanej niedawno biografii tej wspaniałej poetki i prozaiczki, a także wytrawnej tłumaczki. Okazało się, że jej autorką jest moja, powiedzmy, znajoma, a więc od razu wpadłam na pomysł przeprowadzenia z nią wywiadu do pewnego wydawanego w Bydgoszczy pisma poświęconego kulturze najnowszej, o wdzięcznej nazwie zaczynającej się na literkę „F”. Śpieszmy się kochać nowinki wydawnicze – tak szybko wietrzeją… Każdy redaktor – i każda redaktorka – powinien to wiedzieć.

Książki na majówkę

 |  Katarzyna Wacław (IreneAdlerLiteracki.blogspot.com)

Nadchodzący długi weekend majowy jest idealną okazją, aby nadrobić braki w lekturze. Wybrałam kilka książek o zróżnicowanej tematyce. Wśród moich propozycji są znane wydawnictwa polskie i zagraniczne, ale zachęcam również do sięgnięcia po bardziej niszową literaturę.


1. Genialni. Lwowska szkoła matematyczna Mariusza Urbanka

Długie rozmowy w oparach wódki i dymu tytoniowego w kawiarni Szkockiej, przenoszone nocą na ulice Lwowa, dowodzenie twierdzeń przy głośnej muzyce, zapisywanie swych myśli na blacie stołu, oferowanie alkoholu, a nawet żywej gęsi tym, którzy rozwiążą dany problem – właśnie taki nietypowy, lecz prawdziwy obraz polskich matematyków prezentuje Mariusz Urbanek w swojej książce. Pokazuje on ludzi kochających królową nauk, która stanowiła sens ich egzystencji. Wyniosła ich ona na piedestał nauki. To dzięki niej maluczcy mogli stać się wielkimi. I chociaż każdemu z nas matematyka spędzała nieraz sen z powiek, czytając Genialnych… nie da się nie odczuwać sympatii do polskich uczonych.

Strona 1 z 21

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy Książka