Artykuły wstępne

Mamy wiele pecha i wiele szczęścia nas spotyka. Nawet nie na zmianę, tylko równocześnie. Pecha od szczęścia trudno rozdzielić. Mówiąc nas, mam na myśli bydgoszczan. Nasza bydgoska tożsamość tyleż od pechów rozlicznych cierpi, co zyskuje wiele od szczęśliwych zdarzeń. Tak to zapewne z tożsamością bywa.

Zapewne więcej da się wskazać tych zdarzeń pechowych, więcej szkód historia wyrządza miastom i ludziom (ale może warto spojrzeć na to inaczej: te szkody – choć bolesne – też przecież budują naszą tożsamość, też są częścią naszego dziedzictwa, czasem nawet pamiętaną o wiele lepiej i z większą znacznie czułością niż to, co przetrwało). Taka chyba jest natura naszej pamięci – resentymenty są silniejsze od radości i spełnień.

Zima była taka długa. Wiało, padało, temperatura powoli, powoli, ślimaczo po prostu wspinała się na kolejne, i tak mało nas zadowalające, stopnie ciepłoty. Wciąż nam było mało i słusznie. Początek kwietnia był przecież jeszcze najzupełniej zimowy. Zresztą, co tam początek! Cały kwiecień był zimowy nieznośnie. Zaczęliśmy już się bać, czy Majowie nie pomylili się nieznacznie i czy zima w kwietniu to nie jest preludium do końca świata. Właściwie – to był koniec świata. Wiele razy słyszałem, jak ludzie mówili: no nie, co za pogoda, no koniec świata po prostu. A jak wiało nieprzyjemnie – mroźny wicher przewiewał na wylot. A te ubrania zimowe noszone w kwietniu! Skandal! Wytrzymaliśmy to wszystko, jasne, że wytrzymaliśmy, ale ledwo.

Tegoroczny Bydgoski Trójkąt Literacki (zdumiewa mnie, kiedy widzę, że to już XI edycja festiwalu, tym bardziej mnie zdumiewa, kiedy sobie przypomnę jego początki – nie wydaje się to tak dawno, nie wydawało się wówczas, że może tak długo przetrwać) poświęcony jest „młodym mistrzom”. Przyjadą do nas reprezentanci różnych obszarów twórczości literackiej: kryminał reprezentować będzie Gaja Grzegorzewska, fantasy – Anna Brzezińska, eseistykę i poezję – Jacek Dehnel, poezję i prozę – Justyna Bargielska, prozę o chłopskich korzeniach – Zbigniew Masternak, gościem z poprzedniego pokolenia (mistrzem dla wielu młodych mistrzów?) będzie Jacek Podsiadło, jeden z najważniejszych pisarzy pokolenia roczników sześćdziesiątych, zwanego często Pokoleniem „Brulionu”.

Elfriede Jelinek, o której tak teraz w Bydgoszczy głośno za sprawą naszego teatru (albo może na odwrót: to o Bydgoszczy i naszym teatrze jest głośno za sprawą Jelinek – możliwe są też i inne kombinacje), pisała w jednym ze swoich fenomenalnych i wyjątkowo niewdzięcznych w lekturze, niewygodnych i uwierających esejów: „No tak, w czasie burzy nie jest chyba źle mieć schronienie. Jeśli ucieka się z domu, gdzie ryczy telewizor, można przecież równie dobrze schronić się w teatrze. W domu telewizor przedstawia nam, co jest, względnie – co telewizor uważa za to. Przejął ziemską władzę, by bez końca o tym mówić. Teatr mówi to o wiele krócej. Idzie się tam i też wychodzi stamtąd najczęściej żywym. W teatrze każdy wydany jest na swój własny, bardzo specyficzny deszcz” (przeł. Artur Pełka).

W czasie burzy rzeczywiście warto się schronić. Burza właśnie trwa. Jesteśmy wystawieni na nią stale, każdy jest nieustannie – jak wyżej – wydany na pastwę swojego własnego deszczu. Nawet jeśli to tylko wiosenny deszczyk po uciążliwie długiej zimie. W czasie burzy warto się schronić, a doskonałe schronienie daje nam kultura (tak, można powiedzieć: teatr, mając przecież na myśli kulturę – taka synekdocha jest tu możliwa, jest uzasadniona i pożądana; teatr ze swojej natury wymusza korespondencje różnych sztuk, jest znaczącym systemem międzyludzkiej komunikacji itd.). Jeśli kulturę warto traktować poważnie, to przede wszystkim właśnie dlatego: to doskonały, uniwersalny parasol przed kwaśnym deszczem medialnej współczesności. A w ekstremalnych przypadkach także zbawienny piorunochron dający poczucie bezpieczeństwa w czasie burzy.

Postaci – to one są bohaterami tego numeru. Postaci, indywidualności, osobowości. Te, które tworzą kulturę. Nie tworzą jej w próżni, nie tworzą jej sami, nie są w tej (tak jest, trudnej, czasem aż straceńczej) działalności samowystarczalni. Zmierzam do tego, że to miasto – wbrew obraźliwym dla niego (no i dla nas trochę też) opiniom – wcale nie uśmierca kreatywności. Mówię ostrożnie, ale można by spróbować i mniej ostrożnie (jak? na przykład tak: indywidualności tego miasta jemu – w jakimś przynajmniej stopniu – zawdzięczają swoją oryginalność, odwagę, upór w dążeniu do celu). Te osobowości o tym świadczą, zaświadczają o tym ich osiągnięcia: Bydgoszcz ich nie powstrzymała, być może im wydatnie pomogła. 

Niezależnie od tego, czym powita nas luty – utrudniająca życie śnieżycą, depresyjną odwilżą, siarczystym mrozem czy czymkolwiek jeszcze nas może zaskoczyć, możemy liczyć na kulturę. Na tym polega jej niezawodność. Jest obok, blisko, trwa przy nas niezależnie od okoliczności. Na dodatek – nie narzuca się, czeka cierpliwie aż zechcemy po nią sięgnąć. Za każdym razem, gdy czytam badania, które pokazują, ile osób nie korzysta z tego banalnego dobrodziejstwa, jestem zdziwiony. Jestem zdziwiony nie dlatego, że żal mi kultury. Jestem zdziwiony, bo żal mi tych, którzy ją odrzucają. Nie dla jej dobra to powinni robić, ale swojego. No i naszego. Mówiąc naszego, mam na myśli całość naszego życia społecznego. Kultura jest jego, tego życia, uniwersalnym słownikiem. Jest naszym wspólnotowym spoiwem – tym bardziej w przypadku tej niewielkiej, lokalnej wspólnoty.

Niemal dwa lata temu pisałem, że zmiany w BIK-u są tak częste, że nie wywołują już żadnego zdziwienia. Więcej jeszcze: twierdziłem, że zmiany są racją istnienia pisma. Od tego czasu, owszem, zmienialiśmy pismo stale, ale były to zmiany kosmetyczne. Zdania więc nie zmieniłem – BIK musi się zmieniać, żeby w zmieniających się warunkach skutecznie spełniał swoje zadania czy przynajmniej – mówiąc wprost – żeby się Państwu podobał. A nawet – takie jest moje marzenie – żeby się Państwu podobał coraz bardziej!

Urodzin i rocznic mamy pod dostatkiem, ale proszę nie czytać w tym stwierdzeniu żadnego utyskiwania. Przeciwnie – sama w nim radość. Na przekór uciekającemu czasowi, którego upływ znaczą te kolejne rocznice, cieszę się z nich jak dziecko. Dziecięcość mojej radości jest bowiem najprostszą odpowiedzią na upływający czas.

Cieszymy się z wiosny, ale żeby było jasne, nasza radość nie jest beztroska.

Postaram się być jak najbardziej obiektywna i wziąć pod uwagę jak największą grupę trzydziestolatków, a nie tylko tych, których znam. Możemy robić wszystko, o czym tylko zamarzymy. Nikt nie skuwa nas w kajdany etatów, możemy brać „zlecki”, umowy o dzieła, zakładać własne firmy. Czyżby?

Najbardziej zwodnicza jest ta zima, która udaje, że jej wcale nie ma. Najbardziej męczące są te zimy, które udają, że ich wcale nie ma. Senne są. Sprzyjają, jak obserwuję, zapadaniu w zimowy sen. Sen zwodniczy.

Zdarza się i mnie przysypiać i wtedy śnię. Śnię sen o tym, że nic się nie dzieje, że kultura z nastaniem niedawnego zamieszania zamarła i skarlała, śnię sen o tym, że Bydgoszcz – zawsze będąca kulturalną potęgą na mapie Polski – teraz spadła do roli prowincji, że wleczemy się w ogonie, że wspominamy wielką kulturę lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, i nawet lat kolejnych, że jesteśmy epigonami Wybitnych Twórców Kultury, że jesteśmy cieniem cieni ich wiernych następców, śnię koszmar, że zaprzepaszczamy trud pokoleń i z niebiańskich wyżyn kultury wysokiej staczamy się w nicość.

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy Artykuły wstępne