Artykuły wstępne

Przeglądam nagłówki i informacje z całego kraju – raz z większą, a raz z mniejszą intensywnością (intensywność się zmienia, ale najczęściej nie zmienia się stopień mojego niedowierzania – tak jest, pozostaje on stosunkowo wysoki). Czytam i nie wierzę. Na przykład czytam o pasażerach komunikacji miejskiej w Łodzi. Zbyt krewkich jak na standardy życia społecznego? Czy tylko?

Szanowni Państwo, Drodzy Przyjaciele, Ludzie Kultury,

ledwo zdążyłem napisać, że mam dojmujące poczucie, iż żarty się kończą, a one naprawdę się skończyły. Pobicie zagranicznych studentów w Bydgoszczy nie jest wydarzeniem kulturalnym (nawet wręcz przeciwnie, można powiedzieć), ale wspominam o nim, bo – jak się zdaje – taka sytuacja jest wielkim zobowiązaniem ludzi kultury, najpoważniejszym dzisiaj dla nich wyzwaniem.

Kultura jest jedyną bronią przeciwko tej nienawiści i jej źródłom: przeciwko lękom i pogardzie. O tym właśnie pisał wielki pisarz moralista, Václav Havel (w szkicu-wystąpieniu Anatomia nienawiści, tu w przekładzie Andrzeja S. Jagodzińskiego):

Szanowni Państwo, Drodzy Przyjaciele, Ludzie Kultury, 

jak pewnie zdążyliście zauważyć, stroję sobie tutaj najczęściej żarty (nie tracę nadziei, że cieniutkie, subtelne), że gram z upodobaniem rolę trefnisia. Ale mam dojmujące poczucie, że żarty się kończą, chociaż nie kończy się poczucie humoru. Jeśli więc miałbym swoją rolę odgrywać dalej, napisałbym tak jakoś:

Ależ to tylko żarty, pierwszokwietniowe żarty. Jesteśmy narodem żartownisiów i żartować lubimy. Ach, armie dżokerów, zastępy trefnisiów wygłaszają z kamienną twarzą najlepsze żarty (bo żarty wygłaszane z kamienną twarzą są najlepsze). Paradne są te żarty, że aż śmiech wybucha tłumioną eksplozją, wyrywa się nam z gardeł i wznosi się, wznosi wysoko – tak wysoko, że w końcu więźnie. I czekamy, czekamy aż wreszcie się okaże, że to żart, że kamienna mina ostatecznie skrzywi się w uśmiechu, że oko się zmruży wreszcie – ale nie, nic z tego. Żart nas doprowadza do niemoty, nie kończy się. Żart to jeszcze? Czy to, co chowa się pod tą maską jak z weneckiego karnawału, uśmiechnie się wreszcie? Oby!

Już, już jesteśmy na progu. Nie, proszę Państwa, nie mam na myśli progu jakiejś kulturowej czy cywilizacyjnej katastrofy (nie żebym ją wykluczał, ale nie o nią mi teraz idzie). Jesteśmy już na progu wiosny. Albo odwrotnie: wiosna jest już na naszym progu. Już wita się z gąską (o ile możemy tak pieszczotliwie o sobie myśleć, ale w Kujawsko-Pomorskiem to może akurat). Wiosna wymaga od nas niewiele, wymaga otwartości, otwarcia.

Nawet jeśli historia niczego nie uczy, to potrafi sprawić trochę przyjemności (przyjemne bywa bowiem to, że rozumiemy rzeczywistość lepiej i głębiej – chociaż to teza dość kontrowersyjna). Mnie lektura historii miasta takiej przyjemności trochę przyniosła.

Cały świat się zmienił od tamtego czasu, tezę moją o przepaści odgradzającej nas od wieków wcześniejszych podtrzymuję, chociaż nie w całej rozciągłości. Historia w jakimś bowiem sensie się powtarza, powtarza się mianowicie jako… nie, nie jako farsa – ale jako metafora.

Czas karnawału przed czasem postu (i po czasie innego postu). Post z karnawałem, karnawał z postem – tak czy inaczej, pozostajemy w stanie ciągłej wojny. Trudno o moment wytchnienia. Stronnictwo postu ze stronnictwem karnawału będzie tak trwało w zwarciu do ostatecznego zwycięstwa. Czyjego? A któż to wie. Póki co – karnawał. Zgodnie ze starożytną tradycją świat staje na głowie. I dziadowski prastary głos zawodzi (zabawnie? wręcz przeciwnie?):

Nie śledzę tych doniesień i nie szukam ich, nie czekam na nie z zapartym tchem, ale przecież mimo wszystko docierają do mnie z niepokojącą częstotliwością. Nie śledzę ich, nie szukam i nie wyczekuję, bo kto chciałby być atakowany tymi niemal wojennymi prognozami, tymi zapowiedziami nadchodzącej apokalipsy, tymi zwiastunami zbliżającej się katastrofy. Ale docierają do mnie, bo są głośne. Ich ponury pomruk dobiega do mnie zewsząd i w najmniej oczekiwanych momentach. Na dodatek: coraz częściej. Eksperci wieszczą pasmo nieszczęść i nie wierzyłbym im, ale moje – może niezbyt imponujące, ale jednak – życiowe doświadczenie zgadza się z tymi ostrzeżeniami. 

POŻEGNANIE

 |  Michał Tabaczyński

Zdecydowanie zbyt często – o wiele częściej, niżbym chciał – przychodzi mi pisać w „BIK-u” nekrologi. Niefortunnie: nie chciałbym wcale, ale rozumiem nieuniknioność, godzę się na nią. Jednak najsmutniejsza jest przedwczesność takich pożegnań. I tak jest w tym przypadku.

Michał Jagodziński był – takie miałem odczucie – bardzo niedocenianą postacią w życiu kulturalnym Bydgoszczy. Szczególnie w kontekście swoich zasług, swojego formatu. A był człowiekiem dużego formatu, łączącym w sobie inteligencję i łagodność, błyskotliwość i dobroć. To moje ulubione połączenie w zestawie możliwych ludzkich charakterów.

Moja przygoda z radiem była dość krótka – nie na tyle jednak incydentalna, by stwierdzenie, że i moim szefem przez chwilę był Michał Jagodziński, można było uznać za uzurpację. I moim szefem był Michał Jagodziński. Miałem tę przyjemność i teraz – taki to paradoks – jest mi tym bardziej smutno.

Europejski Tydzień Demokracji Lokalnej – mimo swojej nazwy (tak jest: administracyjnej, niezbyt atrakcyjnej, do bólu opisowej) – oznacza chyba najładniejsze święto naszego wspólnotowego życia (no, dobrze, niech będzie, konkurują z nim dzielnie, acz nieskutecznie, Dzień Czekolady albo Tydzień Bibliotek). Trzeba zza tej nazwy dostrzec to święto! Tym bardziej, że hasło tegorocznej edycji doskonale trafia w czas i jego problemy: Życie w społeczeństwach wielokulturowych: szacunek, dialog, współdziałanie.

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy Artykuły wstępne