Artykuły wstępne
Ta historia trwa nadal, trwa i nie chce się skończyć. Albo: nieustannie się powtarza. Nie wiem, czy to już ten moment, kiedy powtarza się jako farsa, ale może nie mnie o tym rozstrzygać. Kiedy ostatnio ledwo o niej wspomniałem (o rozstrzyganiu nie mówiąc, daleki od tego byłem), niezawodni bydgoscy działacze niepodległościowi podnieśli wrzawę. Nie inaczej może być i tym razem, bo od jakiegoś czasu trwa epoka ich wzmożonej aktywności.

Historia dekomunizacji bydgoskich ulic trwa i nie chce się skończyć, co raczej każe zapytać: po co są nazwy ulic oraz placów i dlaczego wywołują takie emocje? Ponieważ są elementem polityki, oczywiście, a przy niesprzyjających warunkach – także elementem propagandy. Chyba się wszyscy z tym zgodzą; a szczególnie już ci, którym na zmianie dawnych (obarczonych propagandową funkcją) nazw ulic szczególnie zależy. Nie mamy żadnej gwarancji, że i tym razem nie staną się one narzędziem uprawiania propagandy, stąd konsultacje społeczne mogłyby być jakimś mechanizmem zabezpieczającym. Niewiele jednak wskazuje na to, by ktoś jeszcze ryzykował – szczególnie w kontekście wyników ankiet, które znów rozsławiły nasze miasto jako enklawę szczególnych dowcipnisiów.

Nie jest przypadkiem, że sezon artystyczny pokrywa się z rokiem szkolnym, czyli w jakimś sensie: sezonem edukacyjnym, prawda? Nie zamierzam ukrywać, że nadal nie pozbyłem się żalu, iż oto najambitniejsza instytucja edukacyjna naszego miasta z końcem tamtego sezonu artystycznego przestała istnieć w swoim dawnym kształcie: Teatr Polski w Bydgoszczy, który pełnił rolę takiego alternatywnego uniwersytetu humanistycznego i ośrodka studiów zaawansowanych przestał istnieć i na razie żaden inny – proszę rzucić okiem na wrześniowy repertuar z jego zabawnym powrotem do przeszłości (tak, tam naprawdę wrócił Klub kawalerów!) – się raczej nie pojawi.

Słowa na lipiec? A słowa na sierpień? Tyle miesięcy, że słów może nie starczyć. Cisną się zresztą na usta często słowa nieprzyzwoite, a ja jednak mam dużo kindersztuby, wiele przyzwoitości i otchłanne pokłady łagodności, wyrozumiałości, dobroci. 
Chciałoby się więc czasem porzucić te krainy łagodności i wygarnąć słowa na lipiec, a później jeszcze słowa na sierpień – jeszcze mocniejsze, jeszcze bardziej wywrotowe, bo przecież sezon ogórkowy sezonem ogórkowym, ale nie zabraknie nam okazji do przeklinania. Taka choćby pogoda! A przecież na pogodzie się nie kończy. 
Słowa więc na lipiec i na sierpień? I na każdy inny miesiąc w roku? Wolność, równość, braterstwo! A – jak dopytywał wielki noblista – dlaczego nikt nie doda: kultura? Więc dodaję: kultura!

Słowa na czerwiec? Jedno jest najzupełniej oczywiste: nadmiar! Znów on! Proszę tylko spojrzeć na program czerwcowych wydarzeń kulturalnych; kto się nie zdziwi, kogo ten nadmiar nie sparaliżuje, ten godzien jest największego podziwu. Kto na dodatek przemoże swój paraliż i odważnie rzuci się w ten wir imprez, ten będzie prawdziwym bohaterem. Mimo wszystko ufam, że Bydgoszcz okaże się miastem takich bohaterów.

Słowa na maj? Nie będzie to specjalnie trudne, ale i nie będzie optymistyczne (wiadomo: pesymizm jest w naszej sytuacji wstydliwie łatwy): zmarnowane szanse, stracone nadzieje, niewykorzystane – by i sportowej, piłkarskiej dać przemówić nomenklaturze – sytuacje. A wiadomo – nawet taki marny jak ja kibic to wie – że niewykorzystane sytuacje się mszczą.
Co to za niewykorzystane sytuacje i zmarnowane okazje? Całe mnóstwo. Kultura marnuje mnóstwo szans, których nie powinna. Jedyna pociecha, że jako jedyna odczuwa żal po tych stratach. Straty te dotyczą każdego i wszystkich. Jedne są drastyczne, inne – śmieszne. Ale ich suma źle o nas świadczy.

Słowo na kwiecień? Nie ma wątpliwości, bo nie ma też wielu propozycji. W miesiącu, który przeplata plecień z powagą, groteskę z groźbą, życie z żartem, słowo może być tylko jedno. Jakie? Persyflaż!

Słowa na marzec? Marzec, niestety, nie skłania do mówienia, a tym bardziej już do wymyślania słów. Marzec to jest miesiąc zmęczenia, miesiąc milczenia, miesiąc, który odbiera mowę. Przedłużająca się zima, która już dawno nie jest zimą, ale przecież nie jest też wiosną w żadnym razie, odbiera ochotę. Do czego? Do niemal wszystkiego. (Nie, nie jest to przypadek, że w marcu są dwa duże festiwale: Ethniesy – muzyki ludowej i Przeczytani – literatury; nie jest to przypadek, to jest akcja świadoma i ściśle ratunkowa). 

Słowa na luty? Te znane, wyświechtane, operujące ciężkim i tępym jak maczuga rymem (tak, chodzi o powiedzonko ze słowem „buty”) odrzucam od razu. Nie dlatego, żebym nie chciał zapeszać czy odczuwał niechęć do rymowanek – w żadnym razie. Idzie o subtelność, a dokładniej: jej brak. Co w zamian? Ferie, tak, to na pewno, słowo magiczne, słowo z dziecięcego słownika, za którym czai się wspomnienie śniegu, śmiechu, ślizgawki – feerie odcieni skrzącej się w światłach latarni wszędobylskiej bieli! I coś jeszcze? Truchła łysych choinek, ich nagły wysyp na przełomie stycznia i lutego – są ponurą dekoracją tych dni. Taki jest luty: rozciągnięty między zabawą, śmiechem na śniegu, świstem pędu na ślizgawce i martwotą nagich choinek. Dobrze, że to taki krótki miesiąc, bo jak inaczej można by znieść ten rozziew!

Słowa na styczeń? Szarość? Ta sama szarość, która tęskni za bielą. Zwykłość. Ta zwykłość, która przychodzi po rozbuchanej świąteczności grudnia, po grudniowym zaczadzeniu świątecznością. Dojmujący smutek karnawału, bo jaki ma być karnawałowy smutek, jak nie dojmujący właśnie? Karnawał to pewnie jest najstarsza tradycja kultury, jaką jeszcze kontynuujemy: już w Sumerze na czas karnawału odwracano porządek świata: żebraka koronowano na króla, nierządnica stawała się najwyższą kapłanką. Trzeba jednak pamiętać, że karnawał nie trwa wiecznie. Smutek karnawału też ma swój koniec. Koniec to nie jest pozornie najszczęśliwsze słowo na styczeń, bo styczeń to jednak początek. A jednak.

Od jakiegoś czasu przeglądam sobie najnowszy numer czasopisma „Nigdy Więcej”, które żegna swojego redaktora naczelnego Marcina Kornaka, czyli numer dla mnie – i pewnie nie tylko dla mnie – bardzo bydgoski. Przeglądam, to znaczy: wertuję, zatrzymuję się na moment, raz po raz czytam jakiś tekst, często kilka razy ten sam. O regularnej lekturze nie ma mowy – zbyt nieznośnie przygnębiająca by to była lektura. Numer wydano kilka miesięcy temu i widać po tym, jak zły czas (zło czasów?) przyspiesza. Ostrzeżenia się nie zdezaktualizowały, one się potwierdziły i więcej: rzeczywistość z łatwością przebiła grozę tych przestróg. I raczej się nie zatrzyma.

Strona 1 z 7

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy Artykuły wstępne