Artykuły wstępne

Słowa na lipiec? A słowa na sierpień? Tyle miesięcy, że słów może nie starczyć. Cisną się zresztą na usta często słowa nieprzyzwoite, a ja jednak mam dużo kindersztuby, wiele przyzwoitości i otchłanne pokłady łagodności, wyrozumiałości, dobroci. 
Chciałoby się więc czasem porzucić te krainy łagodności i wygarnąć słowa na lipiec, a później jeszcze słowa na sierpień – jeszcze mocniejsze, jeszcze bardziej wywrotowe, bo przecież sezon ogórkowy sezonem ogórkowym, ale nie zabraknie nam okazji do przeklinania. Taka choćby pogoda! A przecież na pogodzie się nie kończy. 
Słowa więc na lipiec i na sierpień? I na każdy inny miesiąc w roku? Wolność, równość, braterstwo! A – jak dopytywał wielki noblista – dlaczego nikt nie doda: kultura? Więc dodaję: kultura!

Słowa na czerwiec? Jedno jest najzupełniej oczywiste: nadmiar! Znów on! Proszę tylko spojrzeć na program czerwcowych wydarzeń kulturalnych; kto się nie zdziwi, kogo ten nadmiar nie sparaliżuje, ten godzien jest największego podziwu. Kto na dodatek przemoże swój paraliż i odważnie rzuci się w ten wir imprez, ten będzie prawdziwym bohaterem. Mimo wszystko ufam, że Bydgoszcz okaże się miastem takich bohaterów.

Słowa na maj? Nie będzie to specjalnie trudne, ale i nie będzie optymistyczne (wiadomo: pesymizm jest w naszej sytuacji wstydliwie łatwy): zmarnowane szanse, stracone nadzieje, niewykorzystane – by i sportowej, piłkarskiej dać przemówić nomenklaturze – sytuacje. A wiadomo – nawet taki marny jak ja kibic to wie – że niewykorzystane sytuacje się mszczą.
Co to za niewykorzystane sytuacje i zmarnowane okazje? Całe mnóstwo. Kultura marnuje mnóstwo szans, których nie powinna. Jedyna pociecha, że jako jedyna odczuwa żal po tych stratach. Straty te dotyczą każdego i wszystkich. Jedne są drastyczne, inne – śmieszne. Ale ich suma źle o nas świadczy.

Słowo na kwiecień? Nie ma wątpliwości, bo nie ma też wielu propozycji. W miesiącu, który przeplata plecień z powagą, groteskę z groźbą, życie z żartem, słowo może być tylko jedno. Jakie? Persyflaż!

Słowa na marzec? Marzec, niestety, nie skłania do mówienia, a tym bardziej już do wymyślania słów. Marzec to jest miesiąc zmęczenia, miesiąc milczenia, miesiąc, który odbiera mowę. Przedłużająca się zima, która już dawno nie jest zimą, ale przecież nie jest też wiosną w żadnym razie, odbiera ochotę. Do czego? Do niemal wszystkiego. (Nie, nie jest to przypadek, że w marcu są dwa duże festiwale: Ethniesy – muzyki ludowej i Przeczytani – literatury; nie jest to przypadek, to jest akcja świadoma i ściśle ratunkowa). 

Słowa na luty? Te znane, wyświechtane, operujące ciężkim i tępym jak maczuga rymem (tak, chodzi o powiedzonko ze słowem „buty”) odrzucam od razu. Nie dlatego, żebym nie chciał zapeszać czy odczuwał niechęć do rymowanek – w żadnym razie. Idzie o subtelność, a dokładniej: jej brak. Co w zamian? Ferie, tak, to na pewno, słowo magiczne, słowo z dziecięcego słownika, za którym czai się wspomnienie śniegu, śmiechu, ślizgawki – feerie odcieni skrzącej się w światłach latarni wszędobylskiej bieli! I coś jeszcze? Truchła łysych choinek, ich nagły wysyp na przełomie stycznia i lutego – są ponurą dekoracją tych dni. Taki jest luty: rozciągnięty między zabawą, śmiechem na śniegu, świstem pędu na ślizgawce i martwotą nagich choinek. Dobrze, że to taki krótki miesiąc, bo jak inaczej można by znieść ten rozziew!

Słowa na styczeń? Szarość? Ta sama szarość, która tęskni za bielą. Zwykłość. Ta zwykłość, która przychodzi po rozbuchanej świąteczności grudnia, po grudniowym zaczadzeniu świątecznością. Dojmujący smutek karnawału, bo jaki ma być karnawałowy smutek, jak nie dojmujący właśnie? Karnawał to pewnie jest najstarsza tradycja kultury, jaką jeszcze kontynuujemy: już w Sumerze na czas karnawału odwracano porządek świata: żebraka koronowano na króla, nierządnica stawała się najwyższą kapłanką. Trzeba jednak pamiętać, że karnawał nie trwa wiecznie. Smutek karnawału też ma swój koniec. Koniec to nie jest pozornie najszczęśliwsze słowo na styczeń, bo styczeń to jednak początek. A jednak.

Od jakiegoś czasu przeglądam sobie najnowszy numer czasopisma „Nigdy Więcej”, które żegna swojego redaktora naczelnego Marcina Kornaka, czyli numer dla mnie – i pewnie nie tylko dla mnie – bardzo bydgoski. Przeglądam, to znaczy: wertuję, zatrzymuję się na moment, raz po raz czytam jakiś tekst, często kilka razy ten sam. O regularnej lekturze nie ma mowy – zbyt nieznośnie przygnębiająca by to była lektura. Numer wydano kilka miesięcy temu i widać po tym, jak zły czas (zło czasów?) przyspiesza. Ostrzeżenia się nie zdezaktualizowały, one się potwierdziły i więcej: rzeczywistość z łatwością przebiła grozę tych przestróg. I raczej się nie zatrzyma.

Nasze miasto nie ma szczęścia do ogólnopolskiej obecności w mediach. Albo właśnie ma szczęście (zależy od tego, czy uważamy, że powinni mówić o nas dobrze, czy tylko nie przekręcać nazwy lub – ewentualnie – stosować poprawną odmianę). Bądźmy jednak maksymalistami: niechby o nas mówili z innych powodów niż te, które pokazują Bydgoszcz jako obiekt śmieszności. Nie żebyśmy nie mieli poczucia humoru, mamy i bawimy się tymi śmiesznościami, naszymi śmiesznościami potrafimy się cieszyć, ale – powiedzmy sobie szczerze – czy nie kosztuje to nas zbyt wiele wysiłku? Czy nie wolelibyśmy śmiać się z siebie trochę rzadziej? Czy musimy wciąż udowadniać ten najwyższy poziom poczucia humoru (jak się powszechnie twierdzi), który pozwala śmiać się z samych siebie? Jestem wielkim zwolennikiem śmiechu w kulturze, jestem entuzjastą kultury jako zabawy, jestem amatorem absurdu i admiratorem groteski – ale bez przesady. Bez powagi żart traci na ostrości.

Październik jest w naszym kalendarzu miesiącem nieobciążonym żadną mitologią, żadna historia się z październikiem nie wiąże na tyle mocno, żeby jakoś nam ten miesiąc opisać. Na dodatek między wrześniem (wiadomo!) a listopadem (też wiadomo: i „niebezpieczna pora”, i paradna) zdarza się nam taki oddech, taki odpoczynek od spraw doniosłych. Nic, pustka znaczeniowa i można się rozkoszować dojrzałą jesienią. Z dzieciństwa pamiętam co prawda hasło „Październik miesiącem oszczędzania”, ale w pierwszym odruchu wydało mi się, że trudno na tym opierać jakąś mitologię października. Ale może niesłusznie, może właśnie zupełnie niesłusznie. Niechby każdy w październiku oszczędzał to, czego mu najbardziej braknie, czego mu najbardziej potrzeba. Ja bym chciał na ten przykład oszczędzić trochę nerwów, bo – mam wrażenie – mogą mi się jeszcze przydać na później, ale wielkiej nadziei nie mam. Państwu życzę wprost przeciwnie!

Strona 1 z 6

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy Artykuły wstępne