Artykuły wstępne

Słyszeli Państwo zapewne ten zabawny mit – powtarza się go zbyt często, jak to z legendami bywa: człowiek zmienia się co siedem lat. Czego to się tym nie tłumaczy! (Najczęściej oczywiście rozwody: po dekadzie od ślubu przy dobrym układzie charakter każdego z małżonków może się zmienić aż dwa razy). Bardzo lubię takie mity (chociaż się nie rozwodziłem), pasjami je bym poznawał, z największą ochotą przeczytałbym jakiś „nowy słownik komunałów”, który by je gromadził, omawiał, analizował.

Ale jedna sprawa to w coś wierzyć, a inna – wykorzystywać to do najróżniejszych celów (znamy to: nie tylko rozwodnicy, szczególnie wielokrotni, ale i politycy się w tym lubują). No więc, nie będę gorszy: nie wierzę, ale chętnie wykorzystam. Siedem lat właśnie mija – no, zaraz minie – od kiedy redaguję „Bydgoski Informator Kulturalny” (dokładnie: minie te siedem lat 1 kwietnia – to był wyjątkowo długi primaaprilisowy dowcip). Mija siedem lat i czuję, że moja przemiana jest nieuchronna: Szanowni Państwo, ja łagodnieję, gwałtownie i nieodwołalnie. To wiadomość straszna. „BIK” nie może i nie powinien dzielić mojego osobistego losu. Nie może cierpieć z powodu moich upadków. Powinien pozostać tym żądłem, które (jak u Platona w Obronie Sokratesa) nie pozwala miastu gnuśnieć.

„Bydgoski Informator Kulturalny” się zmienia. A nawet więcej, biorąc na siebie pełną odpowiedzialność, powiedzmy: zmieniamy go my. Już chyba po raz trzeci. Nie dlatego, że nam się nudzi i świerzbią nas ręce. Chociaż może to też. Ale zmieniamy go, bo zmienia się rzeczywistość wokół nas, zmieniają się potrzeby i my sami też się zmieniamy.

Zmiana może się zdać głównie estetyczna, ale chcemy ją postrzegać jako funkcjonalną. Każdy numer (w wydaniu papierowym) od teraz zaczynać będzie galeria ciekawych wydarzeń. Każda okładka tego roku będzie nawiązywać do przemysłowych tradycji Bydgoszczy (w kontekście Roku Bydgoskiego Dziedzictwa Przemysłowego). W każdym numerze pojawi się – z tej samej okazji – kolejna część cyklu poświęconego (zarówno zapomnianym, jak i obecnym, a nawet – wybiegającym w przyszłość) przemysłowym aktywnościom związanym z naszym miastem.

український версія нижче


 mijamy się na ulicach, w sklepach, w różnych instytucjach, zdarza się, że razem pracujemy, nasze dzieci spotykają się w szkołach – od kilku lat żyjemy obok siebie. Nasze nienawykłe do obcych brzmień polskie ucho coraz częściej wychwytuje ten charakterystyczny wschodni akcent. Zdajemy sobie sprawę, że to także bariera językowa sprawia, iż – jak celowo napisałem wyżej – żyjemy obok siebie, a nie: ze sobą, pośród siebie.

Grudzień jest końcem starego czy już początkiem nowego, nie mogę się zdecydować. Rozumiem, że różnica nie jest duża i sprowadza się raczej do nastroju: smucić się będziemy końcem czy weselić początkiem? A może na odwrót: cieszyć się z końca i drżeć z niepewności przed tym, co nadejdzie? Życzę Państwu dobrze, życzę najlepiej: żeby tym, których dobra passa trwa, ten arbitralny przecież koniec wyznaczony kalendarzem niczego nie zmienił, żeby przeszedł niezauważony. A tym, którym źle („którym gdzie złe wciórności dopiekają” – nie mogę się odkleić od tego spektaklu? to on nie chce się odczepić ode mnie?), życzę, żeby ta zakorzeniona w tradycji cezura przyniosła wyczekiwaną odmianę.

Obejrzałem ostatni spektakl Prapremier, Klatowe Wesele, z zachwytem, z podziwem dla aktorów Starego, ale i z dziwnym poczuciem, że ten cudny, potężny tekst może się wreszcie rozmijać z rzeczywistością, że – w jakiejś przynajmniej mierze – się już zdezaktualizował (albo właśnie dezaktualizuje), choć trochę uciekliśmy temu proroctwu Wyspiańskiego. Jak to z wrażeniami bywa, nie do końca mogłem sobie samemu wytłumaczyć, na czym owo rozminięcie się miałoby polegać. Nie podprowadzam tu Państwa do żadnego suspensu – nadal tego nie wiem, a im dalej od spektaklu, tym wrażenie bardziej się zaciera.

Ta historia trwa nadal, trwa i nie chce się skończyć. Albo: nieustannie się powtarza. Nie wiem, czy to już ten moment, kiedy powtarza się jako farsa, ale może nie mnie o tym rozstrzygać. Kiedy ostatnio ledwo o niej wspomniałem (o rozstrzyganiu nie mówiąc, daleki od tego byłem), niezawodni bydgoscy działacze niepodległościowi podnieśli wrzawę. Nie inaczej może być i tym razem, bo od jakiegoś czasu trwa epoka ich wzmożonej aktywności.

Historia dekomunizacji bydgoskich ulic trwa i nie chce się skończyć, co raczej każe zapytać: po co są nazwy ulic oraz placów i dlaczego wywołują takie emocje? Ponieważ są elementem polityki, oczywiście, a przy niesprzyjających warunkach – także elementem propagandy. Chyba się wszyscy z tym zgodzą; a szczególnie już ci, którym na zmianie dawnych (obarczonych propagandową funkcją) nazw ulic szczególnie zależy. Nie mamy żadnej gwarancji, że i tym razem nie staną się one narzędziem uprawiania propagandy, stąd konsultacje społeczne mogłyby być jakimś mechanizmem zabezpieczającym. Niewiele jednak wskazuje na to, by ktoś jeszcze ryzykował – szczególnie w kontekście wyników ankiet, które znów rozsławiły nasze miasto jako enklawę szczególnych dowcipnisiów.

Nie jest przypadkiem, że sezon artystyczny pokrywa się z rokiem szkolnym, czyli w jakimś sensie: sezonem edukacyjnym, prawda? Nie zamierzam ukrywać, że nadal nie pozbyłem się żalu, iż oto najambitniejsza instytucja edukacyjna naszego miasta z końcem tamtego sezonu artystycznego przestała istnieć w swoim dawnym kształcie: Teatr Polski w Bydgoszczy, który pełnił rolę takiego alternatywnego uniwersytetu humanistycznego i ośrodka studiów zaawansowanych przestał istnieć i na razie żaden inny – proszę rzucić okiem na wrześniowy repertuar z jego zabawnym powrotem do przeszłości (tak, tam naprawdę wrócił Klub kawalerów!) – się raczej nie pojawi.

Słowa na lipiec? A słowa na sierpień? Tyle miesięcy, że słów może nie starczyć. Cisną się zresztą na usta często słowa nieprzyzwoite, a ja jednak mam dużo kindersztuby, wiele przyzwoitości i otchłanne pokłady łagodności, wyrozumiałości, dobroci. 
Chciałoby się więc czasem porzucić te krainy łagodności i wygarnąć słowa na lipiec, a później jeszcze słowa na sierpień – jeszcze mocniejsze, jeszcze bardziej wywrotowe, bo przecież sezon ogórkowy sezonem ogórkowym, ale nie zabraknie nam okazji do przeklinania. Taka choćby pogoda! A przecież na pogodzie się nie kończy. 
Słowa więc na lipiec i na sierpień? I na każdy inny miesiąc w roku? Wolność, równość, braterstwo! A – jak dopytywał wielki noblista – dlaczego nikt nie doda: kultura? Więc dodaję: kultura!

Słowa na czerwiec? Jedno jest najzupełniej oczywiste: nadmiar! Znów on! Proszę tylko spojrzeć na program czerwcowych wydarzeń kulturalnych; kto się nie zdziwi, kogo ten nadmiar nie sparaliżuje, ten godzien jest największego podziwu. Kto na dodatek przemoże swój paraliż i odważnie rzuci się w ten wir imprez, ten będzie prawdziwym bohaterem. Mimo wszystko ufam, że Bydgoszcz okaże się miastem takich bohaterów.

Słowa na maj? Nie będzie to specjalnie trudne, ale i nie będzie optymistyczne (wiadomo: pesymizm jest w naszej sytuacji wstydliwie łatwy): zmarnowane szanse, stracone nadzieje, niewykorzystane – by i sportowej, piłkarskiej dać przemówić nomenklaturze – sytuacje. A wiadomo – nawet taki marny jak ja kibic to wie – że niewykorzystane sytuacje się mszczą.
Co to za niewykorzystane sytuacje i zmarnowane okazje? Całe mnóstwo. Kultura marnuje mnóstwo szans, których nie powinna. Jedyna pociecha, że jako jedyna odczuwa żal po tych stratach. Straty te dotyczą każdego i wszystkich. Jedne są drastyczne, inne – śmieszne. Ale ich suma źle o nas świadczy.

Strona 1 z 7

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy Artykuły wstępne