Kultura

W ostatni poniedziałek sierpnia br. przy ulicy Pomorskiej 11 w Bydgoszczy wydarzyło się coś, co największym krytykantom i malkontentom się nie śniło, nie mówiąc już o bydgoskiej rezygnacji. Ta zwykła ulica w Śródmieściu nagle zaczęła wyglądać zupełnie inaczej. Zapadający zmierzch rozpraszało światło z dużych okien, przed wejściem stali ludzie z kieliszkami wina, wszędzie poprzypinane stylowe rowery. To wszystko za sprawą wernisażu i wystawy, którą zorganizowała Fundacja Nowa Sztuka Wet Music, inaugurując tym samym swoją działalność.
Na pierwszy rzut oka – remont na całego: betoniarka, taczki, piasek, zapach mokrego betonu. Zaraz potem – niezwykłe zdjęcia. W tak niecodzienny sposób Fundacja zaaranżowała swoją pierwszą wystawę. Autorem prac, które przedstawiają niszczejącą warszawską Fabrykę Norblina jest nie tylko artysta, ale również laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii z 1980 rok, Wally Gilbert. Wystawa przypłynęła do Bydgoszczy barką w ramach projektu SESILUS, eksperymentalnej wyprawy artystów Wisłą z Warszawy do naszego miasta.
To, co się dzieje i będzie się działo w kamienicy przy ulicy Pomorskiej 11 świadczy o tym, że prowincja to nie położenie geograficzne, a stan umysłu i mentalność. Ludzie wszędzie mają podobne potrzeby i aspiracje. Wystarczy tylko je rozpoznać i wykrzesać z siebie energię do ich realizacji. I wtedy okazuje się, że w Bydgoszczy może powstać miejsce takie jak w Lizbonie, Berlinie, czy Londynie. Po prostu, od czegoś trzeba zacząć.

Z Danką Milewską i Arturem Maćkowiakiem rozmawia Monika Grabarek

1.
W ostatniej chwili przed kongresem kultury warto zadbać o dwie sprawy. Pierwszą z nich jest jego promocja, drugą – frekwencja. Obie, jak widać, mocno ze sobą związane. O promocję dbamy, mam taką nadzieję, w tym numerze wystarczająco, zresztą – dbamy nie tylko my, o uczestnictwo w kongresowych wydarzeniach – musimy zadbać wszyscy. Mam świadomość, czego dowodzi nasza sonda (ale także okołokongresowe dyskusje – choćby na portalu bydgoszcz24), że frekwencja jest pochodną zaangażowania i nadziei związanych z kongresem, a także – co dla mnie szczególnie istotne – stosunku do tego wydarzenia. Malkontentów nie brakuje, nigdy ich zresztą nie brakowało – i to jest dobre; jednak nie w przypadku tego wydarzenia. W przypadku tego wydarzenia malkontentów być nie powinno – owszem, mogą, a nawet powinni być krytycy, ale nie malkontenci. Powtarzam to słowo tak często z jednego tylko powodu – żeby wszystkim je obrzydzić.

Nie tylko o Bydgoszczy

 |  Urszula Guźlecka

Ukazujących się co pewien czas wydawnictw o Bydgoszczy nie brakuje. Ale ta książka bez wątpienia zwraca uwagę już na pierwszy rzut oka. Ponad 780 stron. Poświęconych wyłącznie Bydgoszczy?
Niekoniecznie. Wybrałem Bydgoszcz. Dzienniki 1989-2009 prof. Józefa Banaszaka – dyr. Instytutu Biologii Środowiska UKW w Bydgoszczy – są bowiem tyleż zapisem jego relacji z Bydgoszczą i jej mieszkańcami, co i zapisem życia prywatnego ostatnich 20 lat. Zapisem, od razu trzeba to powiedzieć, bardzo odważnym. Prof. Józef Banaszak nie stroni bowiem od krytyki dobrze znanych postaci pokazując je czasem w dość zaskakującym świetle. Jak sam mówi, ceni sobie prawdę i unika poklepywania po ramieniu. A ta książka – wydana przez Dom Wydawniczy Margrafsen – ma być też rodzajem zimnego prysznica dla trochę sennej Bydgoszczy.

Bydgoszcz przeprowadza pewnego rodzaju eksperyment w zakresie zarządzania kulturą. Nową politykę kulturalną, a przynajmniej jej istotny element – czyli kształt modelowej miejskiej instytucji kultury, wypracowują na warsztatach przedstawiciele trzeciego sektora, Urzędu Miasta i Miejskiego Ośrodka Kultury. Warsztaty koordynuje Pracownia Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”. Tam, gdzie się pojawia eksperyment, tam mogą się pojawić wątpliwości. Czy Stocznia jest nam potrzebna?

Już wcześniej uczestniczyliśmy – jako miasto, jego mieszkańcy, ludzie kultury i władze – w procesie dialogu społecznego, który krył się pod hasłem Forum Kultury Bydgoskiej. Teraz doszedł do tego proces partycypacyjny prowadzony przez Stocznię, podczas którego ma dojść do wypracowania strategii dla miejskiej instytucji kultury. Czy miasto – mam na myśli jego władze – ryzykuje, zgadzając się na partycypacyjny model negocjacji kształtu polityki kulturalnej?

Sprawozdanie z prac Forum Kultury Bydgoskiej

No, może wcale nie takie trudne. Zresztą, to, co się za tym słowem kryje, jest o wiele trudniejsze. Trudniejsze i bardziej ryzykowne dla wszystkich zaangażowanych w proces partycypacyjny stron. Jednak w trakcie demokratycznego procesu ustalania priorytetów rozwoju miasta (tu akurat: w wymiarze jego rozwoju kulturalnego) ryzyko jest wprost proporcjonalne do ostatecznych zysków. Strony zaangażowane w dyskusję ryzykują utratą kontroli czy władzy, a zyskują wszystko inne: społeczną zgodę, dobre pomysły, odpowiedzialnych za swoje miasto obywateli, demokratyczne umocowanie wszystkich wypracowanych decyzji.

Strona 6 z 6

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy Kultura