W pogoni za kulturą, czyli sztuka jako panaceum na toruński kompleks

Kolejny odcinek naszego cyklu opisującego problemy współpracy bydgosko-toruńskiej, jej zalety i wady, jej istniejące już formy, a wszystko to przedstawiamy własnymi słowami ludzi, którzy trud takiej współpracy podejmują, stąd powyższe kwestie znają bardzo dobrze – takim wstępem zaczęliśmy poprzedni odcinek cyklu Bydgoszcz–Toruń i teraz możemy go bez zmian powtórzyć. Oto głos Marty Stawowskiej-Watras, krytyczki sztuki, współpracowniczki BiK-u.

Podstaw dla bydgosko-toruńskich antypatii można się doszukiwać na zdumiewająco wielu płaszczyznach. Historyczne pobudki wydają się przy tym powoli odchodzić w cień, dopuszczając do głosu współczesne zatargi, jak choćby – wyolbrzymioną zresztą – rywalizację żużlową albo jeszcze inaczej: niechęć dla zasady, z dziada pradziada po prostu. Młodsza generacja chyba już w ogóle nie jest świadoma przyczyny owego sporu, wie natomiast jedno: tyfus krzyżaka lubić nie powinien. Mimo wszystko wydaje mi się, że niechęć do sąsiada powoli traci na sile i jesteśmy świadkami nadejścia wiosny w naszych międzymiastowych stosunkach. Z perspektywy zdeklarowanej i zagorzałej bydgoszczanki muszę jednak przyznać, że w sercach mieszkańców mojego miasta pozostaje pewna zadra, zwana pospolicie kompleksem. Z kolei z perspektywy absolwentki historii sztuki i kulturoznawstwa toruńskiego uniwersytetu mogę zauważyć, że kompleks ten w znacznej mierze dotyczy atrakcyjności miasta pod względem turystycznym, życia kulturalnego, a w tym także sztuk plastycznych.

Zaległości ze średniowiecznej starówki już niestety nie odrobimy, Kamienicy pod Gwiazdą nie wybudujemy – trudno, „Brzydgoszcz” w kwestii zabytkowej architektury zawsze pozostanie daleko w tyle za Toruniem, jednak ponoć to nie miejsca, lecz ludzie tworzą żywą kulturę. Specyficzny klimat Torunia niejako narzuca myślenie o nim w kategorii miasta na wskroś artystycznego, bo w końcu tu, gdzie tyle dóbr kultury, musiał na dobre zadomowić się duch sztuki. Poza tym „Toronto” posiada liczący się w Polsce uniwersytet – ostoję intelektualistów, zaopatrzony w Wydział Sztuk Pięknych – wylęgarnię artystów. I tu leży pies pogrzebany… Gmach przy Sienkiewicza to zarówno bezpieczne schronienie dla starych profesorów malarstwa, jak i coroczna dostawa świeżego materiału na potencjalnych wielkich twórców, choć kształcenie tu jest może nazbyt zachowawcze. Na artystycznej arenie Torunia niewątpliwie bryluje kadra profesorska Wydziału Sztuk Pięknych – to oni mogą liczyć na wystawy monograficzne w muzeum, zasiadają także w Radzie niedawno powstałego Centrum Sztuki Współczesnej, decydując choćby o zakupach dzieł do zbiorów galerii, notabene wzbudzających wiele kontrowersji. Mimo to w warstwie wystawienniczej Toruń wyraźnie stawia na bieżące nurty w sztuce, oscylujące wokół tematyki kondycji człowieka we współczesnym świecie, dekonstrukcji i zagadnień tożsamości, co w zaskakujący sposób kontrastuje z dość przaśnym charakterem tego miasta. Do niedawna prym w tym zakresie wiodła niewielka galeria Wozownia, wspierająca alternatywne pomysły i innowacyjne podejście do sztuki, obecnie pałeczkę przejęło CSW Znaki Czasu, dysponujące znacznie większą, stworzoną od podstaw dla swoich potrzeb przestrzenią ekspozycyjną oraz nieporównywalnie większymi nakładami pieniędzy. Poza tym Toruń zaspokoi także głód sztuki u odbiorcy zainteresowanego tradycyjną, dawną twórczością, oferując mu zbiory muzeum w ratuszu, kolekcję orientaliów z Kamienicy pod Gwiazdą czy plastykę ludową z muzeum etnograficznego.

Na tym tle Bydgoszcz jeszcze parę lat temu wypadała dość blado. Środowisko artystyczne tworzyli głównie plastycy Szkoły Bydgoskiej, natomiast brakowało źródła „narybku”. Mamy wprawdzie dobre liceum plastyczne, lecz to jeszcze nie „Kowalnia”, a absolwenci po maturze rozpierzchają się po Polsce szukać szczęścia na uczelniach wyższych. Jeśli zaś chodzi o możliwości odbioru sztuki, spragniony koneser zasadniczo miał do dyspozycji muzeum przy Gdańskiej, BWA, Galerię Kantorek, Galerię Autorską Jana Kaji i Jacka Solińskiego oraz za mało niestety rozpropagowaną Wieżę Ciśnień. Problem tkwił jednak w tym, że miejsca te odwiedzali jedynie stali bywalcy – pozostając czy wręcz dusząc się ciągle we własnym sosie, w niemalże hermetycznej izolacji od przeciętnego Kowalskiego, który ot tak w sporadycznym przypływie potrzeby sztuki zajrzałby po drodze na jakąś wystawę.

Sytuacja ta drastycznie się jednak zmieniła. Do znudzenia opiewać będę przemiany, jakie nastąpiły na Wyspie Młyńskiej, czyniąc z niej – na wzór berlińskiej Museumsinsel – dostępne dla wszystkich miejsce rozrywki i ostoję sztuki równocześnie. W końcu niewątpliwa duma naszego muzeum – zbiory sztuki nowoczesnej i współczesnej doczekały się własnego budynku i przyzwoitej przestrzeni wystawienniczej. Świetny okazał się także pomysł stworzenia domu Leona Wyczółkowskiego, w którym prace artysty, wtłoczone we współczesne mu realia, zyskały nowej jakości i atrakcyjności odbioru. Muzeum zrzuciło dawną skorupę skostniałej instytucji wychodząc ze swą ofertą do bydgoszczan i stając się integralną częścią krajobrazu ich ulubionego miejsca spacerów i odpoczynku. Ogromne poruszenie nastąpiło także w szkolnictwie wyższym: UTP otworzyło nowy kierunek – wzornictwo przemysłowe, na UKW studiować można kulturoznawstwo i ochronę dóbr kultury. Z zaciekawieniem obserwuję także rozwój Wyższej Szkoły Gospodarki, która swą ofertę edukacyjną poszerzyła także o kulturoznawstwo oraz architekturę. Mam nieodparte wrażenie, że uczelnia ta zmienia powoli swój profil na humanistyczny – zresztą warto przywołać w tym miejscu Akademicką Przestrzeń Kulturalną, która w niebywały sposób ożywiła studenckie inicjatywy artystyczne, w dziedzinie sztuk piękny udostępniając choćby Galerię Debiut i Muzeum Fotografii. Wydaje mi się jednak, że ani Galeria Debiut, ani utworzona przy BWA Galeria BRDA nie do końca spełniają swoją rolę… Rzeczywiście promują młodych artystów, jednak ja, zmanierowana toruńskim klimatem, oczekiwałabym czegoś więcej. Zaryzykuję stwierdzenie, że bydgoskie galerie (łącznie z BWA) wciąż tkwią myśleniem w kategoriach wystawiennictwa a nie kuratorstwa. Tym właśnie CSW i Wozownia biją nas na głowę – ich kuratorzy kreują, nie boją się kontrowersji, sięgają do teorii sztuki krytycznej i szukają jej podwalin w filozoficzno-socjologicznych prądach. BWA wciąż hołduje głównie malarstwu, i choć zaskoczyło głośnymi wystawami Warhola czy sztuki albańskiej, nadal brakuje w nim nowych mediów i instalacji, nie krzyczy krytyką, dekonstrukcją i deformacją tak bardzo określającymi współczesną sztukę. Tym bardziej żal utraconej Wieży Ciśnień, która, może nieco utopijnie, jawiła mi się ze swym potencjałem jako miejsce, gdzie można by stworzyć coś zupełnie alternatywnego. Mimo to Bydgoszcz bezsprzecznie poczyniła ogromny skok naprzód, przypieczętowany zresztą kongresem kultury. Powoli leczymy nasz kompleks i wychodzi nam to w dość naturalny sposób. Miasto samoistnie obrasta w artystyczną otoczkę i przyciąga młodych adeptów sztuk pięknych, póki co raczkującymi jeszcze, nowymi kierunkami, które z pewnością dalej będą się mnożyć. Wyrazista staje się także promocja eventów artystycznych widoczna choćby na plakatach czy banerach w centrum miasta. A jeśli zaś chodzi o frekwencję na wystawach czy tego typu imprezach, to nie mamy się czego wstydzić – w tym temacie raczej nie odstajemy od torunian, nawet gdy do grona toruńskich odbiorców wliczymy znudzonych studentów, odwiedzających ekspozycje wyłącznie dla zaliczenia przedmiotu, a potrzebnych tu do uzyskania efektu tłumu.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start