2 miasta, 2 potencjały

1.
Współczesny świat jest zdumiewająco bogaty. To nie jest refleksja z zakresu ekonomii, ale – no, powiedzmy – antropologii kulturowej. To bogactwo świata nie jest bowiem ekonomiczne (chociaż, mimo wszystko, obca jest nam bieda, której doświadczyły pokolenia naszych dziadków), to jest w głównej mierze bogactwo potencjału kulturalnego czy kulturotwórczego. Dzięki takiemu a nie innemu systemowi edukacji (nie myślę tu o szkolnym, który w przypadku edukacji artystycznej nie spełnia swojej roli) i rozwojowi nowoczesnych technologii, ale też ich względnej dostępności, mamy do czynienia z działalnością artystyczną, której skala nie była chyba dotąd znana ani może nawet podejrzewana.


Widać to choćby w tych dziedzinach sztuki, w przypadku których rozwój i większa dostępność narzędzi owocuje znaczącym wzrostem liczby działań artystycznych: i tak dostępność programów komputerowych i instrumentów skutkuje wzrostem liczby muzyków, dostępność sprzętu fotograficznego i komputerowych programów obróbki zdjęć przyczynia się do wzrostu liczby fotografików, upowszechnienie druku cyfrowego – i znów: programów do składu komputerowego – powoduje wzrost ilości drukowanych książek. Na dodatek internet zapewnia miejsce prezentacji.
I fakt, że jest to działalność masowa, jest tu kluczowy. Powszechność takiej działalności powoduje choćby zatarcie różnicy pomiędzy tym, co kiedyś nazywano sztuką profesjonalną i sztuką amatorską – przy takiej skali tego zjawiska i przy równych (czy choćby: wyrównujących się) szansach uczestników procesu tworzenia te różnice się zacierają. Ale jest i inny skutek – zresztą, powiązany z powyższym dość ściśle: idzie o zacieranie różnic pomiędzy kategoriami twórcy i odbiorcy. To zmienia znacząco strukturę i tryby uczestnictwa w kulturze. To zmienia cały system kultury (wiedzieliśmy o tym z prac teoretyków, teraz jesteśmy świadkami tego procesu).


2.
Względna łatwość w zdobywaniu narzędzi tworzenia spowodowała ruch w całym tym kulturalnym interesie, złamała monopole, zdemokratyzowała kulturę. To są zjawiska pozytywne. Ale co tam pozytywne – wspaniałe! Większa dostępność dóbr kultury i narzędzi ich wytwarzania jest jednym z najlepszych skutków rozwoju technologii. Gdybym miała szukać jakichś argumentów na tejże technologii obronę, ten byłby jednym z najpoważniejszych. Całe to ożywienie dobrze widać w naszym regionie, szczególnie dobrze w muzyce. To w tej dziedzinie widać doskonale, jak kreatywność ludzi w warunkach dostępności narzędzi daje wspaniałe efekty.

Ale owo ułatwienie dostępu do technologii ma też ciemną (albo przynajmniej: ciemniejszą) stronę. Jest bronią obosieczną. Otóż, tak jak wzmaga kreatywność, wyzwala potencjał w twórcach, powoduje wzrost liczby dzieł sztuki, tak samo również osłabia potencjał u odbiorców sztuki (pomimo tego, co napisałam powyżej, zachowuję tu ten sztuczny podział). Nowe technologie zapewniają bowiem odbiorcom sztuki łatwy dostęp do jej wytworów, to prawda, ale także łatwą rozrywkę, a przy tym rozleniwia i czyni obcowanie ze sztuką mniej odświętnym. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że sytuacja taka powoduje nierównomierny rozwój potencjału u tych dwu grup, a w efekcie prowadzi do istotnej dysproporcji: sztuki (myślę tu o wszelkich jej wytworach, wydarzeniach artystycznych itp.) jest dużo więcej niż zainteresowanych odbiorców. Przez to aktywność dużej grupy ludzi trafia w próżnię.
Taka sytuacja, jeśli się będzie utrzymywać, jest groźna. Rodzi frustrację, powoduje spadek aktywności, jej efektem są organizacyjne problemy w instytucjach kultury i organizacjach pozarządowych o profilu kulturalnym, a także może przyczyniać się do gettowości działań w obrębie sztuki, szczególnie tej ambitnej, eksperymentalnej (chodzi o rozpowszechnienie się takiej zgubnej postawy: skoro nie można liczyć na zainteresowanie publiczności, nie trzeba się nią wcale przejmować – przez to sztuka obojętnieje na to, co dzieje się tu i teraz, co jest o tyle groźne, że jakaś przynajmniej reakcja na to, co właśnie „tu i teraz” jest racją istnienia lokalnego rynku kultury).


3.
Lokalny rynek kultury (mam nadzieję, że to nie brzmi dla nikogo szczególnie nieznośnie – chodzi mi po prostu o w miarę neutralne określenie mieszkających w regionie artystów, animatorów i odbiorców sztuki, instytucje i organizacje trzeciego sektora, a także o powstające dzieła sztuki, materialne i nie tylko dobra kultury, krótko mówiąc: idzie o sztukę w ludzkiej perspektywie, sztukę jako kontakt między ludźmi) nie jest tematem często poruszanym przy okazji dyskusji o metropolii, duopolu itp. A to błąd. Bydgoszcz i Toruń zdają się być miastami pod tym względem komplementarnymi. Nie chodzi jednak o tę komplementarność, którą czasem się zauważa i która jest jednym z pomniejszych argumentów na rzecz współpracy miast, czyli o taką komplementarność, która się ogranicza do stwierdzenia: wy macie filharmonię, my mamy prężny klub studencki, a my mamy operę, a wy macie coś innego. Nie o to chodzi, chociaż nie chciałabym z powyższym dyskutować; jest bowiem tak w istocie, że oba miasta, gdyby połączyć ich oferty kulturalne, stanowią dużą siłę w skali kraju. Nic w tym dziwnego. Mnie chodzi o coś innego.

Otóż, z moich wieloletnich obserwacji wynika, że jeśli Bydgoszcz obecnie posiada duży potencjał twórców kultury, dużą ofertę kulturalną i potencjał organizacyjny, to Toruń posiada duży i nie do końca wykorzystany potencjał odbiorców. Wynika to ze słabości organizacyjnej miasta z jednej strony, z drugiej – z pozycji i siły uniwersytetu (który, nawet jeśli mamy do dzisiejszych studentów i nauczycieli akademickich słuszne pretensje, generuje zapotrzebowania kulturalne – im lepszy uniwersytet, tym więcej ich generuje). Nie twierdzę, że zawsze tak było, ale sytuacja jest dynamiczna. Może się zmieniać, ale raczej – w najbliższych przynajmniej latach – nie na korzyść Torunia (czy dokładniej: torunian). W tym znaczeniu, że Toruń nie robi nic, żeby sytuację zmienić. W istocie władze, od których zależy przecież nie tylko oferta kreowana przez instytucje kultury, ale i rozdział środków dla organizacji pozarządowych, wydają się z toruńskiego modelu zadowolone. Bydgoszcz dysponuje obecnie większymi możliwościami. Wynikają one po części także z tego ruchu, jaki się w kulturze rozpoczął. Nawet jeśli nie przynosi on natychmiastowych cudownych efektów, to przyniósł przynajmniej dwie istotne zmiany: zmianę filozofii zarządzania kulturą i zmianę postrzegania kultury przez władze samorządowe.

Toruń został daleko w tyle, co musi się przełożyć na rozwój jego kultury, zresztą, już widać, jak Toruń źle wykorzystał swój nieudany start w konkursie Europejska Stolica Kultury 2016, jak zaprzepaścił potencjał rodzącego się ruchu obywatelskiego po tej porażce (ale, żeby być sprawiedliwą, powiem też: jak ten ruch, który nazywał się Inicjatywa Kulturalna i ogłosił – śmieszyła mnie ta nazwa bardzo – turkusową rewolucję, sam zaprzepaścił swój własny potencjał), w jaki sposób powołał kluczową dla rozwoju kultury instytucję (Toruńska Agenda Kulturalna), co zrobił z Centrum Sztuki Współczesnej, co zrobił z innymi instytucjami kultury (także tymi w znaczeniu metaforycznym: Majowy Buum Poetycki był przecież instytucją życia literackiego w regionie).

W tej nierówności kultury obu miast, w dysproporcji potencjałów tkwią możliwości komplementarnego rozwoju. Widząc jednak filozofię zarządzania kulturą, jaką wyznają władze Torunia, współpraca wydaje się niezwykle odległa. Te dwa systemy kultury, bydgoski i toruński, są zupełnie różne i przy zachowaniu obecnego kierunku i tempa rozwoju różnica ta – o ile to w ogóle możliwe – będzie się jeszcze pogłębiać.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start