Galeria barw i cieni

Leon Romanow, Przed horyzontem II, 1990 Leon Romanow, Przed horyzontem II, 1990

Przedstawiamy prywatną historię bydgoskiej sztuki według Elżbiety Kantorek. Jako taka jest – rzecz najzupełniej oczywista – historią subiektywną. Autorka pisze ją z perspektywy własnego miejsca, jakie zajmuje w życiu artystycznym Bydgoszczy, a to oznacza, że stosuje własne hierarchie (choćby w tym, co do poniższej prezentacji wybrała, a co w niej pominęła). W kolejnych numerach będziemy prezentować kolejne subiektywne historie bydgoskiej sztuki, także tej najmłodszej, które – taką mamy nadzieję – złożą się na jej szeroką panoramę.

Denerwuję się przed otwarciem wystawy. Przyjdą goście? Dopisze tzw. frekwencja? Autor jest spoza Bydgoszczy – nikt go nie zna, czyli gości nie będzie zbyt dużo. Siedzę i analizuję wystawy jakie miałam w tym roku, która najbardziej zainteresowała odwiedzających galerię. Doszłam do wniosku, że była to wystawa przypominająca postać i twórczość Waldemara Byrgera (1943-2001). Znajomi, przyjaciele, uczniowie przedwcześnie zmarłego artysty przewijali się przez galerię, a także galerię odwiedziło bardzo dużo młodych ludzi. Proste w rozwiązaniu obrazy przyciągały uwagę zgeometryzowaną formą i dużymi, skontrastowanymi płaszczyznami barwnymi. Świetne pejzaże i cykl wizerunków – „Madonny Polskie” znakomicie broniły się przed upływem czasu. To prace z lat 70. minionego już stulecia. Niestety Byrger w pewnym momencie przestał wystawiać, malować, zagubił się w życiu. Ale w sztuce bydgoskiej pozostawił po sobie znaczący ślad. Takie sformułowanie można także odnieść do postawy twórczej Jerzego Gurdy (1939-1987). Stworzył on serię abstrakcyjnych obrazów malowanych odcieniami brązów, ugrów, pełnych światła, dynamiki, wirujących form w nieokreślonych przestrzeniach. Także ta wystawa cieszyła się uznaniem.

Warto przypominać prace artystów o silnej indywidualności, znaczących dla sztuki bydgoskiej, tworzących jej pozytywny obraz. Mam nadzieję, że uda mi się przygotować dużą ekspozycję dzieł tych wszystkich, których już nie ma, a którzy są według mnie najbardziej interesujący. Budują historię sztuki bydgoskiej. Mój zwrot ku przeszłości rozpoczął się od Andrzeja Nowackiego (1938-1996). Wystawa jego prac towarzyszyła odsłonięciu tablicy pamiątkowej i rzeźby „Dżinsy” na ścianie kamienicy przy Placu Wolności (miejscu zamieszkania artysty) 4 maja 2007 r., w rocznicę jego śmierci. Andrzej Nowacki – malarz, grafik, rysownik, plakacista, ilustrator – był jednym z najbardziej znanych artystów z naszego miasta. Wystawiał swoje prace na terenie całej Polski i wielu miastach za granicą. Zawsze pozostanie w pamięci jako autor cyklu „Udżinsowionych”. Blue-jeans staje się symbolem, znakiem czasu, a realizm formy podkreśla znaczenie jego obrazów. Realizm zachował w metaforycznym, wielkoformatowym cyklu „Kroniki Sejmowe” komentując burzliwy czas przemian w Polsce, napięć, dyskusji. W 1995 r. rozpoczął prace nad „Alegorią Bydgoską”, olbrzymim dziełem, którego już nie dokończył. Obecny kształt obrazu wyszedł spod ręki jego syna Adama. Praca ta budziła i budzi wiele kontrowersji pod względem formy i treści.

Nigdy nie zrobiłam wystawy dzieł Leona Romanowa (1938-2001) – artysty trochę zamkniętego w sobie, człowieka, którego ceniłam i bardzo lubiłam. Ale Galeria Autorska często prezentowała jego prace, a trudno jest powielać wystawy. Leon był twórcą ciekawym i intrygującym ze względu na działania prowadzone przez niego w latach 70. Bydgoszcz, wówczas, chociaż na moment weszła w obszar działań sztuki awangardowej, konceptualnej. Utworzył wspólnie z Ryszardem Wieteckim i Anastazym Wiśniewskim Niezależną Galerię Nieistniejącą „Nie”. Uczestniczył w najważniejszych wydarzeniach polskiej awangardy artystycznej. Niestety zarzucił działania konceptualne. Zajął się malarstwem i rysunkiem. Stworzył serię interesujących form rysunkowych, abstrakcyjnych, jakby w kształcie partytur. Najbardziej charakterystyczne są dla niego „obrazy prószone”, złożone z przestrzennie rozmieszczonych form geometrycznych, intensywne w barwie, prześwietlone światłem, metaforyczne, nie poddające się jednoznacznej interpretacji. Tajemnica przestrzeni wciągnęła artystę na wiele lat. Nie mógł się uwolnić od tych prac. Nie poddawał się nigdy w szukaniu nowych rozwiązań. Gwałtowna śmierć przerwała te poszukiwania Na pewno poznalibyśmy jeszcze innego Leona Romanowa.

Często rozmawiam z moimi kolegami o Kazimierzu Jułdze (1935-2002). Jego pamięć jak dotąd nie została uhonorowana wystawą. Kazimierzowi przysługuje duża wystawa obejmująca całą jego twórczość. Bo to nie tylko malarz, ale również świetny fotografik i bardzo wrażliwy poeta. Myślę, że taką ekspozycję winna przygotować Inka Sawicka-Jułga, żona, oczywiście we współpracy z kuratorem wystawy. Wystawa winna być w BWA, gdzie artysta przepracował czterdzieści jeden lat, a od 1973 r. był długoletnim dyrektorem tegoż miejsca. Niezwykle skromny człowiek, nigdy siebie nie eksponował, zawsze dbał o innych. A wystawa mogłaby być znakomita, romantyczna, pełna miłości do przyrody – taka jak Kaziu. Powiększenia sfotografowanych przez niego chmur, obłoków, no i oczywiście prace malarskie, na których drzewa, zboża, trawy tworzą kompozycje prawdziwe, ale jednocześnie abstrakcyjne. Im dłużej przyglądam się pracom artysty, tym bardziej ugruntowuję się w przekonaniu, że był wyjątkowym twórcą, po prostu znakomitym malarzem. W przyszłym roku upłynie dziesięć lat od jego też przedwczesnej śmierci.
Wspominam ciągle samych mężczyzn. A były również wspaniałe artystki. Irena Kużdowicz (1917-2000) doczekała się obszernego albumu wydanego przez Galerię Autorską Jana Kaji i Jacka Solińskiego. Świetna kolorystka, budująca obraz drobną plamą barwną. Piękne kobiety, zwiewne, tajemnicze intrygują i zachwycają prostotą przedstawienia. Ujęte na tle pejzażu tworzą z nim jednorodną przestrzeń. No i oczywiście wartą przywołania jest autorka również wielu portretów kobiecych Joanna Witt-Jonscher (zawsze ukrywała wiek – zmarła w 1982 r.). Nigdy nie poznałam jej osobiście, ale słyszałam tyle opowieści, tyle anegdot. Wszystko wskazuje, że była artystką w życiu i sztuce. Warsztat jej nie był doskonały. W tych pracach, często naiwnych w formie, ukryta jest wielka wrażliwość na świat. Starannie przyglądałam się jej pracom, może było ich dwadzieścia, trzydzieści, kiedy wyceniałam je na aukcję, która odbyła się kilka lat temu w Ostromecku. Zgodnie z jej wolą miały być sprzedane, a dochód przeznaczyła dla bezdomnych, schroniskowych zwierząt. Obrazy na aukcję przygotowała Inka Sawicka-Jułga. Wykonywała wolę artystki. Ile prac trzeba było naprawić czyli dokonać niezbędnych zabiegów konserwacyjnych, bo były przechowywane po prostu w złych warunkach, gdzieś tam w piwnicy w Warszawie. Wycena moja była przystępna. Organizatorzy przedsięwzięcia prosili o wyznaczenie mniejszych cen. Dokonałam tego. Niepotrzebnie – licytacja była ostra. Prawie wszystkie prace sprzedały się. Został tylko „powieszony kot” – bardzo dobra, minimalistyczna w założeniu malarskim praca, ale temat… Kupiłabym go, ale nie było mnie stać.
Zaczęłam od ilości ludzi przychodzących do mnie na wystawy, a myślę, że podczas prezentacji twórczości tych wszystkich artystów byłoby ich dużo, dużo. Mam w głowie jeszcze Annę Sroczankę (1914-1991). Mieszkałam kiedyś obok niej, niedaleko. Byłam u niej, pracując w naszym Muzeum, oglądałam sterty jej prac – niewielkie czarno-białe linoryty, mocno krojone, kontrastowe, ale jednocześnie delikatne tak jak ona, już wówczas starsza pani. Myślę, że zainteresowałyby współczesnego odbiorcę swoją prostotą i dobrą kompozycją. Przykro, ale nie wiem co z tymi pracami się stało. Mam nadzieję, iż nie uległy zniszczeniu.
Artystów, którzy odeszli w latach 70. i później jest dużo. Znakomity kolorysta Jan Szkaradek (1933-1999) – malarz w każdym momencie i w każdej chwili. Teodor Krupski (1939-1981) – interesujący grafik. Tadeusz Małachowski (1926-1987) autor „Dramatów” dużych płócien o wielkiej sile wyrazu, ekspresyjnych w każdym położeniu farby pędzlem. Zdzisław Nowak-Czarny (1932-2008) grafik, malarz, doskonały plakacista, przez wszystkim zapamiętany jako świetny karykaturzysta – mało kto umknął jego uwadze, wielu przypiął karykaturalną łatkę. Bronisław Zygfryd Nowicki (1907-1981) rysownik i grafik prosty i oszczędny w stosowanych środkach artystycznego wyrazu. Wymieniać możne jeszcze długo. Ale nie można zapomnieć o Marianie Turwidzie (1905-1987) dyrektorze Liceum Sztuk Plastycznych i BWA, współtwórcy okręgu ZPAP w Bydgoszczy. Wszyscy jego wychowankowie pamiętają go bardzo dobrze – o szkole plastycznej mówiło się przecież „Turwidówka”. Poznałam Mariana Turwida, chociaż nie chodziłam do plastyka. Przygotowywałam wystawę – Marian Turwid 75. rocznica urodzin malarza, poety, eseisty – w naszym Muzeum, wówczas rozpoczynająca pracę jako historyk sztuki. To jest pewnego rodzaju baza dla tego wszystkiego, co się dzieje w bydgoskiej sztuce; nie wspominam jeszcze dawniejszych czasów.

Sztuka nasza nigdy nie szła równym rytmem. Wpisywała się w obszar tego co się dzieje w kraju i poza nim incydencjonalnie. Może przynależne jest temu miejscu, iż artyści nie mogą wyjść poza krąg Bydgoszczy. Zostać tutaj to jakby kogoś nie można było zauważyć. W jakimś momencie młodzi twórcy uciekali, w Polskę, w świat Mamy na stanie, że tak to określę, Leszka Przyjemskiego – kontestatora, awangardzistę, konceptualistę. Pojawia się w Galerii Autorskiej, kiedyś w Muzeum i w BWA, a może trzeba zaproponować poważną wystawę złożoną z wszystkiego co robił w swojej sztuce. Zapomina się o Akcji Lucim, o Witku i Bogdanie Chmielewskich, o Wiesławie Smużnym, Andrzeju Maziecu, Stachu Wasilewskim. Było to kiedyś utożsamiane z naszym miastem. Mam wrażenie, że oni sami nie chcą identyfikować się z naszym miastem - niektórzy wybrali Toruń, albo po prostu swoją indywidualność. Nie wiem co tworzą bardzo aktywni w latach 80. i 90. Urszula Danielewska, Tadeusz Hassek, Janusz Hetman, Piotr Kiepuszewski, Janusz Boruta. Nie wkładam ich do jednej szuflady, ale wtedy było o nich głośno. Wiem, że są, pracują, może wystawiają gdzieś w świecie, a niektórzy pewnie już sztuką własną się nie zajmują. Nie mogę tu wszystkich ująć. Wielu rzeczy nie wiem. Może powinnam precyzyjniej śledzić artystyczne losy bydgoskich twórców, skoro przywiązuję do tego pewną wagę. Chciałabym, aby to środowisko było prężne i twórcze, a do tego nowatorskie. Zapewne sytuacja się obecnie zmienia. Jest wielu młodych artystów, którzy są z Bydgoszczy, ale tworzą i działają wszędzie. Są aktywni i zakładają osiągnąć sukces, włączając i w to nasze miasto.

Wrześniowy Kongres Kultury Bydgoskiej może precyzyjniej określi, czy raczej ujawni stan i kondycję naszych artystów malarzy, grafików, fotografików, artystów multimedialnych, instalatorów, performerów. W czasie Kongresu ma odbyć się debata o sztuce i biznesie oraz wystawa w Hotelu „Pod Orłem”. Nie przygotowuję jej, może na szczęście. Myślę, że zaprosiłabym do uczestnictwa malarzy: Aleksandrę Simińską, Stacha Stasiulewicza, Grzegorza Pleszyńskiego, Bogusława Kurasia, Andrzeja Feddera, Ryszarda Wieteckiego – artystów już nie młodych, ale wiem, że tworzących, którzy nie muszą malować na ostatni dzwonek. Oczywiście na tych nazwiskach nie zakończyłabym listy zaproszonych do wystawy. Wszystkich artystów przepraszam, że ich nie wymieniłam. Musiałabym napisać bardzo długi elaborat, dlaczego ta, a nie ten. Ale cieszę się, że w Galerii Miejskiej bwa – Galerii Kantorek w październiku gościć będzie Jarosław Sankowski, a w listopadzie Ignacy Bulla – nasi bydgoscy artyści.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start