Się nam wydaje. W Bydgoszczy (3)

Miasto ze słów, czyli śmiałość

Wiesław Trzeciakowski w swoim najnowszym tomie wierszy jawi się jako poeta wielkiej śmiałości. Jest to śmiałość granicząca z bezwstydem, śmiałość, która ujawnia się – co dodatkowo wzmacnia to wrażenie – w wierszach niezwykle osobistych, wierszach, które podejmują najbardziej palące problemy Wiesława Trzeciakowskiego-człowieka, jego najważniejsze duchowe rozterki, wszystkie dylematy jego egzystencji (celowo mówię o tym w rejestrze, który odpowiada temu, którego używa poeta). Nie wiem, czy to dobrze, naprawdę, nie wiem – wiem jednak z doświadczenia, że im więcej szczerości w poezji, im więcej nieujarzmionego tonu zwierzenia, im więcej nierównoważonej ironią i dystansem konfesji, tym zwykle gorzej dla poetyckiego warsztatu.

Konfesja; skoro już to słowo padło (choć padło raczej jako nazwa nurtu poetyckiego), to pójdźmy tym tropem. Wiele wierszy z tego tomu to wiersze konfesyjne w znaczeniu: religijne. Właśnie tak, religijne. Nie mają w sobie żadnych nawiązań do poezji metafizycznej z całym jej arsenałem zwątpień i metafor operujących elementem przyziemnym. W tym sensie są czyste jak dziecięca modlitwa i jak dziecięca modlitwa naiwne (proszę nie traktować tej naiwności jako sąd wartościujący, ale jako określenie czysto opisowe). Bez wątpienia są one wyrazem żarliwej wiary i jako takie – to częsta przypadłość tego typu poezji – rażą zbytnią deklaratywnością, ich szczerość – to również częsta przypadłość poezji tego rodzaju – zastępuje poetycki warsztat. Gdzie brak napięcia pomiędzy deklaratywną żarliwością a poetycką maestrią, tam znika czytelnicza ciekawość, tam – już wprost – znika sens lektury. Ta bowiem jest możliwa i sensowna tylko wtedy, gdy wkraczamy na teren nieoczywistości – tam tylko możliwa jest interpretacja, gdzie istnieje uskok między oczekiwaniem i realizacją. Poezja zapewnia bowiem i dystans, i ironię, bo żadna poetycka doskonałość nie może, takie mam przekonanie, pozbyć się wątpliwości: wątpienie jest, będę się tego trzymał, podstawową funkcją poezji, jest także znakiem tej poezji największej.

Tu tego zwątpienia nie znajdziemy i właściwie trudno tego wymagać (zbyt łatwo przechodzimy wówczas na płaszczyznę osobistą, pozapoetycką – trudno domagać się od żarliwie wierzącego autora, żeby nagle zaczął wątpić). U Trzeciakowskiego wiersze takie jak O, Betlejem, Światło w ciemności człowieka, Hymn o granicach i nieskończoności nie są właściwie wierszami, są, owszem, religijnymi rozważaniami w wierszowanej formie. Ich temperatura emocjonalna jest wysoka, ale, o czym pisałem wyżej, niewiele z tego wynika: „Wiara to miłość, kto nie kocha Boga, nie czuje Go w swoim sercu, / ten nie może uwierzyć. / Nie ma racjonalnej wiary, to złudzenie teologów i filozofów, / klęska racjonalizmu. / Ja »widzę« Boga przez to, że jest we mnie i czuję Go, / jestem Jego echem, a On porywa mnie, pisze ze mną wiersze, / dłoń prowadzi, życie ocala (ileż to razy!), unosi, / To nazywa się natchnieniem, święte Współistnienie!” (to z ostatniego z wymienionych wierszy). Niekiedy poezja wymyka się w rejony – najdelikatniej można powiedzieć – śmiertelnie ryzykowne jak w wierszu Daj, Boże, Polsce.

Jest jednak w tym tomie coś, co zdaje mi się o wiele ciekawsze od twórczości dewocyjnej. To te wiersze, które najogólniej można nazwać autotematycznymi. Ich głównym rysem jest także – początkowe rozpoznanie dotyczy bowiem całego tomu – śmiałość. Niewielu autorów na nią dzisiaj stać. W istocie nie różnią się te wiersze temperaturą uczuć od wierszy dewocyjnych, tyle że w nich miejsce Boga zajmuje twórczość: „Moje wiersze, gwiazdy na moim niebie” – pisze; a na koniec jeszcze dodaje: „Moje hymny, elegie, piosenki / To wszystko, czym jestem”. „Będziemy pisać piękne wiersze” – obiecuje czytelnikowi ze śmiałością, która jest nadmierna, ale której jakoś mu zazdroszczę. Gdy się zresztą dobrze wczytać, te wiersze okażą się częścią twórczości dewocyjnej tego autora, którą tu mu tylko sztucznie i zapewne wbrew jego intencjom wyodrębniłem (nie tylko bowiem temperatura uczuć je łączy, ale także przekonanie, że tworzenie jest powtórzeniem boskiego czynu – gdy pisze o powrocie rytmu, ładu i wdzięku, to pisze w istocie o tym, że „na obraz Boży / Bóg odbuduje / Ład w człowieku!”). Kiedy w wierszu o Rimbaudzie (klasycznej realizacji liryki maski) pisze: „wiem od was więcej, dlatego / Milszy jestem miłosiernemu Bogu, / Który pozwolił mojemu Nic napisać kilka boskich wierszy, / by mnie wyprowadziły kiedyś z piekła”, jestem przekonany, że pisze to też w swoim imieniu. Wierzy. I pisze o tym ze śmiałością. Może i nadmierną.

Pomiędzy świtem a zmierzchem, czyli lament
Lamentu się nie recenzuje, książki takie jak ta wymykają się prawom krytyki literackiej czy, żeby to ująć inaczej, nie obejmuje ich prawomocność krytycznoliterackich wartościowań, rozstrzygnięć i ocen. Po prostu. Nie tylko dlatego, że nie wypada oceniać cudzego płaczu, ale choćby dlatego, że krytyka literacka nie posiada narzędzi do przeprowadzenia takiej oceny. Książka Karoliny Kusek poświęcona Andrzejowi Kramerowi (dyplomacie, prawnikowi, wiceministrowi spraw zagranicznych), który zginął w katastrofie lotniczej, tak jest, tej właśnie katastrofie lotniczej, należy do tego gatunku, którego nieliczni reprezentanci są wyjęci spod krytycznego prawa.

Czytanie o ludzkim cierpieniu czy – jak się to określa – czytanie ludzkiego cierpienia jest nieodłącznie związane z jego współodczuwaniem, mówi się wręcz o przemienności ról piszącego i czytającego. Kto więc zdecyduje się na tę lekturę, musi być na to przygotowany. Pomiędzy świtem a zmierzchem jest otwartą raną i w swoim antycznym i biblijnym jednocześnie charakterze odnawia tradycyjny model elegii. A jej pierwszym zadaniem jest: opłakać. Drugim zapewne: ocalić od zapomnienia. Oba te zadania ta książka spełnia.

- - -

Wiesław Trzeciakowski, Miasto ze słów, nakład autorski, Bydgoszcz 2011

Karolina Kusek, Pomiędzy świtem a zmierzchem / Между рассветом а закатом, Biblioteka „Tematu” nr 44, Warszawa 2011

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Październik 2011 Się nam wydaje. W Bydgoszczy (3)