Muzyka musi być prawdziwa

Plotnicky Plotnicky fot. Łukasz Okoński

O nowej płycie Devotion by Plotnicky z jej autorem, Adamem Płotnickim rozmawia Kuba Ignasiak.


Dużo słuchałeś elektroniki, kiedy byłeś jeszcze młodym, długowłosym chłopcem?
Kiedy byłem JUŻ długowłosym chłopcem to przestałem słuchać elektroniki. Nie ukrywam jednak, że podobnie jak większość z nas – ludzi z tego rocznika – zaczynałem od chlubnych lat Italo Disco i kaset magnetofonowych. Nie zmienia to faktu, że moje wczesne inspiracje muzyką kształtowały się w bardzo odległych czasach, kiedy samemu nie umiało się jeszcze obsługiwać różnych maszyn i tak naprawdę ja wychowywałem się na takich rzeczach jak: ABBA, Slováček, Rezerwat

Jakieś singielki, winyle, tego typu rzeczy. Słuchanie i uprawianie muzyki w moim domu rodzinnym było na porządku dziennym. Mój świętej pamięci tata też grywał, choć, jak wiadomo, wtedy dostęp do jakichkolwiek instrumentów był bardzo słaby, a że był on multiinstrumentalistą, bo grał zarówno na gitarze, bębnach i klawiszach, więc ja do dziś mam przed oczami jak przerabia gitarę akustyczną na elektryczną czy bas, jak sam produkował bębny. Jakimś cudem zdobywał sklejki, okucia, membrany. Jak widzisz, od dziecka ta muzyka zawsze była gdzieś obok mnie. Ponadto nie mógłbym zapomnieć też o dziadkach, którzy również grywali do późnej – nazwijmy to umownie – „starości”, bo dzięki temu, że cały czas żyli muzyką, to mam wrażenie, że ta starość sensu stricte jakoś ich ominęła. A wracając do twojego pytania, to tak naprawdę moje inspiracje elektroniką zawsze gdzieś tam się przewijały, aczkolwiek trzeba sobie jasno powiedzieć – i ja oczywiście się tego nie wstydzę – że taką najmocniejszą inspiracją i fascynacją była ta, która dotyczyła Depeche Mode. Tak, przyznaję – byłem „depeszowcem” i to przez wiele lat. Jeździłem na zloty, byłem naprawdę aktywnym uczestnikiem tych imprez, prawdziwym fanem. Potem przyszły jednak dłuższe włosy – wiem, że w tej chwili trudno w to uwierzyć, ale przyszły – a razem z nimi zaczęła się moja wewnętrzna przemiana, która pchnęła mnie bardziej w stronę rocka i zdecydowanie mocniejszych klimatów. Były dwie kapele, które odegrały dużą rolę w tej mojej muzycznej przemianie: Guns’N’RosesPearl Jam. „Gunsi” to był taki mój pierwszy świadomy kontakt z ostrzejszą muzyką gitarową, kontakt na tyle efektywny, że i ja postanowiłem chwycić za gitarę, i to w sumie dzięki Axlowi i spółce zacząłem sobie coś tam „plumkać”. Natomiast Pearl Jam to była TA kapela, która w całej swej twórczej rozciągłości przypadła mi do serca. Przez bardzo długi okres to była dla mnie formacja numer jeden, która – mam wrażenie – naprawdę dużo mi dała. Później przyszedł już nieco bardziej dojrzały okres i czas takiego totalnego rozwoju mych inspiracji, szerszego spojrzenia na muzę.

Czyli jak rozumiem na płycie Devotion, o której tu rozmawiamy, da się usłyszeć w pewnym sensie niemal cały twój okres muzycznego dojrzewania? Wiesz, chodzi mi o to, że słuchając twojej ostatniej płyty, co rusz zdawało mi się, że słyszę konkretne inspiracje, konkretnymi kapelami, stylami. Zastanawiam się, czy jest to efekt zamierzony, czy po prostu nie było szans, żebyś od tego uciekł?
Wiesz, u mnie to jest bardzo naturalne i mam wrażenie, czy raczej nadzieję, że jednocześnie bardzo prawdziwe. Dla mnie muzyka musi być prawdziwa. Nie może być udawana, bo słuchacze od razu to wyłapią. Ja od samego początku, czyli od momentu, w którym nagrałem pierwszą solową płytę Inside, miałem świadomość, że to właśnie ona jest taka bardzo, do bólu wręcz „depeszowska”. Zresztą mówiłem wprost, że ona taka jest. Wiesz, ona jest synth rockowa, a ten styl muzyki ma to do siebie, że dominują w nim pewne elementy, założenia, które powodują, że tak czy owak będziemy na niego patrzyli przez pryzmat osiągnięć kapel w stylu Depeche Mode właśnie.

Ok, skoro wciąż obracamy się wokół tematu inspiracji, powiedz mi, jakie kapele inspirują cię dziś?
Trudno powiedzieć. Cokolwiek się pojawi fajnego, nowego, cokolwiek, co gdzieś tam mi wpadnie w ucho i poruszy moje serce. Wiesz, nigdy na przykład nie spodziewałbym się, że mój głos pasował będzie do takich ostrzejszych, wręcz metalowych dźwięków. A przecież płyta, którą nagrałem z formacją z Crystal Lake tak właśnie brzmi. Bo nie oszukujemy się – to jest progresywny metal. I muszę przyznać, że to, że się tam z nimi zgrałem było dla mnie naprawdę dużym zaskoczeniem. Te lata spędzone z chłopakami były dla mnie nie tylko mega-przeżyciem, ale przede wszystkim rozwojem.

No właśnie, cieszę się, że o tym wspomniałeś, bo chciałem cię zapytać o ten etap Crystal Lake. To, co grasz teraz i to, co grałeś wtedy, to są jednak dwa różne światy. Teraz poszedłeś w nieco łagodniejsze, mniej zadziorne klimaty – więcej elektroniki, mniej ostrych, gitarowych riffów. Zastanawiam się, czy jest to efekt wspomnianego rozwoju muzycznego, czy raczej chciałeś się odciąć od tego, co robiłeś z nimi i zacząć realizować swój własny pomysł na muzykę?
Wydaje mi się, że w muzyce nie da się zupełnie odciąć od tego, co robiło się wcześniej. Nie ukrywam, że ja wciąż lubię te bardzo mocne uderzenia. Wciąż jestem na przykład bardzo zaangażowanym fanem Dream Theater i tym podobnych rzeczy, które podrzucili mi chłopacy z Crystal Lake. Słowem, wciąż kręci mnie takie ostre, progresywne granie w stylu Pain Of Salvation – formacji, która robi naprawdę świetne rzeczy, które również mnie w całości wciągnęły. A wracając do płyty Devotion i porównując ją chociażby z Inside, to dokładnie to wszystko słychać. Wiesz, tak naprawdę to Inside była taką płytą mocno elektroniczną. Gitary – owszem – pojawiały się tam, ale sporadycznie i były raczej delikatnym smaczkiem niż dominantą. Devotion natomiast jest już kilka kroków dalej i już dominuje tam żywe granie – gitary czy żywe gary. Jest zdecydowanie więcej tych mocniejszych elementów, więcej rockowego pazura, co oczywiście najlepiej słychać na koncertach. Więc tak jak mówiłem – tych inspiracji jest dookoła bardzo dużo. A jeśli pytasz o moje ostatnie muzyczne odkrycia, to na pewno Massive Attack i tym podobne, nieco triphopowe rzeczy, łączące elektronikę z rockowym brzmieniem. Kręci mnie taki neo-progresywny rock z wyraźnymi, transowymi elementami, który gdzieś tam ewoluuje. Łączenie najróżniejszych muzycznych stylów jest świetną sprawą, a z perspektywy artysty również świetna zabawą. Wrzucanie wielu gatunków do jednego worka i szukanie jakiegoś wspólnego klucza, dzięki któremu udaje się je spiąć w jedną całość to jest zabawa warta grzechu. (śmiech)

Jak rozumiem, jest to więc kierunek, w którym zamierzasz dalej kroczyć?
Myślę, że tak. Już sama płyta Devotion jest wynikiem koncertów, które graliśmy przy okazji promocji Inside. Okazało się bowiem, że ta nasza pierwsza płyta zupełnie inaczej zabrzmiała na koncertach, na których graliśmy przecież z żywym składem – zresztą tym samym, z którym nagrałem Devotion z wyjątkiem klawiszowca, który z powodów rodzinnych nie mógł tym razem nam towarzyszyć. No i wynikiem tamtych koncertów jest obecne brzmienie Devotion. Ja po prostu zobaczyłem, poczułem, jak to się wszystko zgrywa i okazało się, że jednak bardziej ciągnie mnie w stronę takiego trochę ostrzejszego, rockowego grania. Z pewnością nie bez znaczenia jest również moje wcześniejsze granie z Crystal Lake – zdecydowanie mocniejsze, które zresztą uwielbiam – te mega-rozbudowane formy, zmiany metrum i tak dalej – to jest coś, co mnie naprawdę pociąga, coś, co naprawdę lubię. Nie ukrywam, że strasznie mnie jara również trans, szczególnie próby zgrania go z takimi szybkimi riffami, szybkimi zmianami tempa i myślę, że trzecia-czwarta płyta już to pokaże.

Rozumiem, że w tym momencie pytanie, czy wolisz pracę w studiu, czy koncerty, jest raczej pytaniem retorycznym?
No tak, raczej tak. Uwielbiam grać na żywo – to jest zupełnie inna energia, zupełnie inny kontakt z żywą publicznością, natomiast – wiem, że to banał – studio jest jeszcze zupełnie czymś innym. Na scenie, podczas koncertu ta muzyka tak naprawdę w każdym miejscu brzmi zupełnie inaczej. Jest więc cała masa uwarunkowań zewnętrznych, do których po prostu trzeba się dostosować – czy to wielkość sceny, czy ilość osób na widowni… Oczywiście zawsze staramy się zagrać na sto procent, zagrać koncert maksymalnie jak najlepszej jakości – w końcu po to tam jesteśmy i tego oczekuje od nas publiczność. Natomiast studio jest niesamowite pod kątem tworzenia tego wszystkiego. W studiu wciąż obcujesz z własną weną, wciąż szukasz inspiracji. Nieważne, że wchodzisz do niego, kiedy masz już zrobione numery, kiedy są już w dużej mierze gotowe, kiedy wiesz już, jak będzie wyglądał dany kawałek, skoro nagle wracasz do niego po dwóch-trzech miesiącach i mówisz sobie: o Jezu, jaka żenada… co teraz???. Albo masz nagrany, na przykład po indiańsku, jakiś tam refren i nagle podchodzisz do tego numeru, zaczynasz pisać tekst i okazuje się, że ni w ząb to nie pasuje – przeżywasz szok. Tak było na przykład w przypadku numeru Everything’s Truth, w którym nad refrenem siedziałem chyba z miesiąc – jeździłem autem, słuchałem go na okrągło, ćwiczyłem pod różne wersje wokalu, choć tak naprawdę tę pierwszą wersję refrenu miałem już nagraną i wydawała się fajna do momentu, w którym nie napisałem do niej tekstu. Na szczęście zazwyczaj jest tak, że wynik tych studyjnych nagrań jest fajny, że jestem z niego zadowolony na maxa i jest ok.

No właśnie, Devotion jest płytą do bólu autorską. Odpowiadasz zarówno za wszystkie teksty, jak i za kompozycje. Obiecałem ci już wcześniej (kiedy zadzwoniłeś do mnie po przeczytaniu mojej recenzji w kwietniowym BiK-u), że o tekstach porozmawiamy szerzej. Zacznijmy więc może grzecznie od języka – dlaczego wszystkie numery są po angielsku? Nie pasuje ci śpiewanie po polsku czy jest jakiś inny powód?
Wynika to z tego, że już od kilku dobrych lat śpiewam po angielsku – to po pierwsze. Po drugie, śpiewałem kiedyś po polsku i mam wrażenie, że nie było to tak fajne, jak w przypadku języka angielskiego. Oczywiście mam nagranych kilka kompozycji w języku polskim i cały czas zastanawiam się nad tym, co fajnego mógłbym z nimi zrobić? Natomiast prawda jest taka, że jednak zdecydowaną większość numerów śpiewam po angielsku i dobrze się w tym (i z tym) czuję. Mam coraz większą pewność w operowaniu tym językiem, który w przypadku tej akurat muzyki wydaje mi się być bardziej naturalny. Poza tym mam takie wrażenie, że śpiewając po angielsku jesteś w pewnym sensie postrzegany jako jeden z instrumentów. Łatwiej jest dopasować swoje intonacje do muzyki i tak dalej. No dobra, po prostu lepiej mi się śpiewa po angielsku i tyle. (śmiech)

A nie boisz się pewnych ograniczeń wynikających z tego, że śpiewasz i tworzysz jednak w – było nie było – języku obcym?
Tym pytaniem dotknąłeś bardzo ważnej rzeczy, bo sytuacja wygląda tak, że ja właśnie postrzegam to dokładnie odwrotnie. Generalnie wydaje mi się, że po polsku te teksty brzmiałyby strasznie infantylnie. Mam wrażenie, że prościej jest mi napisać w języku angielskim o rzeczach naprawdę dla mnie ważnych, bo te historie po angielsku brzmią po prostu fajniej. Jest też i drugi powód – dla mnie bardzo ważna jest spójność całego materiału na płycie, co w moim mniemaniu oznacza, że powinna być śpiewana albo po polsku, albo po angielsku. Nie wyobrażam sobie, żeby część numerów była w języku polskim, a część w języku obcym. Na coś trzeba się zdecydować. Ja na chwilę obecną wybrałem język angielski i jest mi z tym dobrze. Oczywiście nie jest powiedziane, że kiedyś nie nagram płyty po polsku, szczególnie że – tak jak wspominałem – mam kilka takich numerów, które leżą sobie na półeczce i czekają na swój moment. Mam jednak świadomość, że są to kompletnie inne kompozycje, niż te, które tworzę w języku angielskim. Oczywiście wiem, że te teksty nie są wyłącznie dla mnie i że gdyby te moje angielskie teksty zostały w jakiś sensowny sposób zinterpretowane i przetłumaczone na język polski, to ich odbiór przez polskich słuchaczy byłby z pewnością dużo lepszy. Z drugiej jednak strony staram się być realistą i tworzyć również przez pryzmat mojego potencjalnego odbiorcy. W tym kontekście zdaję sobie sprawę, że moja muzyka w Polsce to wciąż jest jednak bardzo głęboka nisza. Spore jest za to zainteresowanie słuchaczy z krajów ościennych, dla których język angielski jest zdecydowanie bardziej naturalny i przyswajalny, niż język polski. Po wydaniu Inside otrzymałem masę listów z Rosji czy Francji. W Holandii ukazała się bardzo fajna recenzja tej płyty – mimo że była elektroniczna, to w magazynie zajmującym się niemal wyłącznie muzyką progresywną dostała cztery gwiazdki na pięć, co oczywiście było dla mnie szokiem. To wszystko zaważyło na wyborze języka, w którym tworzę. Fajnie, że udaje mi się w tym języku pisać teksty, które są dla mnie ważne i że zrozumie je trochę więcej osób niż te kilkaset tysięcy Polaków, którzy mogą być zainteresowani taką muzyką.

Zatrzymajmy się na chwilę na tym, że piszesz i śpiewasz o sprawach, które są dla ciebie ważne. Przyznam, że wsłuchałem i wczytałem się w twoje teksty i mam wrażenie, że ich główne przesłanie można by sprowadzić do trzech krótkich słów: wiara, nadzieja, miłość. Nie wydaje ci się, że trochę trąci to banałem?
To zależy, do czego to odniesiesz. Jeśli odnosisz to do miłości do dziewczyny, do trzymania jej za rączkę, to oczywiście zgodzę się z tobą. Ale ja o takich rzeczach nie śpiewam. Oczywiście śpiewam o tym, że chciałbym odzyskać pewne uczucia i tak dalej, ale jest to ustawione bardziej w kontekście mojego, dorosłego życia. Jeśli mówię o odzyskaniu uczucia, to mówię o czymś więcej. Bo przecież ilu z nas, którzy są w wieloletnich związkach spotkało się z tym, że związki te stały się pewną rutyną? Obowiązki, szarości kolejnych dni, codzienność i związane z nią problemy – o tym śpiewam, o dwójce ludzi, którzy z każdym kolejnym dniem oddalają się od siebie. Kiedyś mogli spędzać ze sobą masę czasu, liczyć tylko na siebie, fajnie się bawić, wspólnie wychodzić na imprezy, koncerty, razem zwiedzać świat… I nagle pojawiają się dzieci i choć ta dwójka mówi sobie: nie, to nie wpłynie na to, dalej będziemy żyć tak samo, to jednak pojawiają się pieluchy, problemy, jakieś napięcia i nagle okazuje się, że zaczynają żyć obok siebie. Do tego na przykład pojawia się jeszcze taka sytuacja, że jedna z tych osób traci pracę i okazuje się, że te realia nie są takie różowe, że wcale nie jest już tak wspaniale. I to jest właśnie ten moment, w którym tak ważna jest ta prawdziwa miłość. Ja to widzę tak: jeśli jesteś facetem, jeśli zdecydowałeś się na to, to musisz wziąć na siebie tę odpowiedzialność, musisz walczyć o to, żeby ten stan zachować, żeby faktycznie być partnerem, głową rodziny, mężczyzną. I jako taki musisz sobie powtarzać: nie dam się poddać rutynie, nie będę korzystał z prostych rozwiązań, jak rozwód czy separacja. A przecież takie rzeczy dzieją się cały czas dookoła nas. Dlaczego? Dlatego, że ludzie po prostu nie dają sobie szansy na to, żeby utrzymać to, co udało im się zbudować przez te wszystkie wspólne lata. Ja sam znam osoby, które są już po dwóch-trzech rozwodach. I okazuje się, że to nic nie zmieniło. Te problemy w kolejnych związkach okazują się być takie same, powtarzają się. I to są właśnie te relacje, o których śpiewam. Przykład – słuchając utworu Love mógłbyś odnieść wrażenie, że śpiewam tam czy rozmawiam z osobą, którą kocham i w ogóle to jest fajne. Ja jednak zrobiłem ten numer w zupełnie innym kontekście. Ja słyszę tam osobę śpiewającą o tej miłości, bez której nie może sobie poradzić, o tym, że bez tej drugiej osoby nic nie może zrobić – ta osoba jest w pewnym sensie poszkodowana przez los, jest – mówiąc kolokwialnie – niepełnosprawna. I właśnie o tym jest ten tekst – o tej surowej, bezwarunkowej miłości, bez żadnych uwarunkowań zewnętrznych, bez tej otoczki, bez kwiatków, bez kasy, bez lansu… To jest to, z czym się rodzi człowiek – bezwarunkowa miłość, taka, jak uczucie rodzica do dziecka czy odwrotnie. O tym jest ten tekst. O tym, że bez tej drugiej osoby ten ktoś nie miałby szans przeżyć ani jednego dnia i tak naprawdę od niego zależy tylko, kim ta druga osoba będzie dla niego, jak przeżyje to życie. Dlatego właśnie w końcowych partiach śpiewam tam, że miłość prawdziwa / że miłość wolna / że miłość cierpliwa. Moim zdaniem właśnie to jest najważniejsze i w tym kontekście to nie jest banał, to jest po prostu to, na co powinniśmy zwracać uwagę. A w moim odczuciu dodatkowo to, na co powinien zwracać uwagę prawdziwy facet.

Rozumiem więc, że kiedy pisałeś te teksty, to założeniem nie była ich uniwersalność, a raczej są to teksty do bólu osobiste?
Wiesz, według mnie, choć pewnie każdy z artystów mógłby to potwierdzić, trudno się tworzy jakiekolwiek dzieło kiedy masz dookoła pewną stabilizację, kiedy żyjesz sobie w jakimś tam komforcie. W takiej sytuacji nic cię nie inspiruje, nie stymuluje. Możesz oczywiście robić jakieś rzeczy bardzo pozytywne – ładne, gładkie, przesłodzone – ale moim zdaniem chyba nie o to chodzi. Dlatego moja ostatnia płyta, to jest w pewnym sensie zbiór jakichś tam moich własnych obserwacji. Ja sam w rodzinie mam osobę niepełnosprawną, którą zajmuje się moja kuzynka. Dziewczyna naprawdę atrakcyjna, która po prostu urodziła córkę z dość zaawansowanym stopniem niepełnosprawności. Córkę, która jest zdana na miłość swojej matki. My sobie często żyjemy w takim trochę wyimaginowanym świecie, w którym staramy się nie zauważać takich rzeczy. Ale wystarczy wyjść na ulicę i rozejrzeć się dookoła, a może się okazać, że wokół nas jest cała masa takich sytuacji, w których jedna osoba jest totalnie uzależniona od drugiej – od jej miłości, opieki, bez której nigdy by sobie nie poradziła. I to jest – wydaje mi się – w tym wszystkim najważniejsze. I taki jest właśnie jeden z kontekstów tej miłości, o której śpiewam. To samo zresztą moglibyśmy odnieść do wiary. W tych moich tekstach, to nie jest po prostu wiara w Boga. Nie ukrywam, że dla mnie jest ona bardzo ważna, choć miałem pewien kryzys i nie od dziś mówię otwarcie, że ja do tej wiary powróciłem ze zdwojoną, strojoną siłą. Jestem głęboko wierzącym gościem, natomiast to nie jest tak, że jestem jakimś chrześcijańskim fundamentalistą. Jeśli ktoś wierzy w coś innego albo nie wierzy w nic, to ja nie mam z tym najmniejszego problemu. Przeciwnie – szanuję wiarę czy poglądy tej drugiej osoby, bo uważam, że od tego szacunku zawsze powinniśmy wychodzić. I jeśli na tej płycie śpiewam o wierze – o wierze w Boga – to mam prawo do tego, żeby to robić i liczę na ten szacunek, o którym wspominałem. Wielu osobom może się to nie podobać, inni mogą to doceniać – nieważne, to jest moje prawo i ja jestem w tym prawdziwy. Druga sprawa, że to nie są teksty wyłącznie o wierze w Boga, a raczej o wierze w to, co sobie człowiek założy. Takie myślę jest przesłanie tej płyty, że jeśli wierzysz w to, co robisz, to to się uda. I fakt, że jest to już druga płyta, jest pewnym efektem, wynikiem tej mojej wiary.

Piękna puenta naszej rozmowy. Na koniec powiedz mi jeszcze gdzie i w jaki sposób można tę twoją płytę zdobyć?
Wystarczy wejść na stronę wydawnictwa LynxMusic.pl lub na RockSerwis.pl. Problemów nie powinno być też na Allegro – słowem najlepiej poszukać jej w Internecie. Oczywiście, jeśli ktoś będzie chętny może również, poprzez moją stronę: Plotnicky.com, skontaktować się ze mną i zamówić tę płytę z autografem – nie ma problemu.

Wydałeś tę płytę własnym sumptem?
Tylko! (śmiech)

Czyli kupować, nie piratować?
Zdecydowanie. Wydaje mi się, że my, Polacy, powinniśmy w końcu zacząć doceniać, że ktoś się naprawdę napracował, tworząc muzykę, bo jest to robota jak każda inna. I jeśli ta muzyka ci pasuje, jeśli ci się podoba, to umówmy się, że piratowanie czegoś, co kosztuje 25-30 zł, to jest po prostu wstyd.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Maj 2012 Muzyka musi być prawdziwa