Sekretna geografia miasta

Zdjęcie przedstawia  – najpewniej – rozbiórkę młyna Rudolf na Wyspie Młyńskiej. W tle widać budynki magazynów wojskowych znajdujących się po drugiej stronie rzeki (dziś mieści się tam Opera Nova i parking). Zdjęcie przedstawia – najpewniej – rozbiórkę młyna Rudolf na Wyspie Młyńskiej. W tle widać budynki magazynów wojskowych znajdujących się po drugiej stronie rzeki (dziś mieści się tam Opera Nova i parking).

Miasto to jest nasza pierwsza przestrzeń do zdobycia i ujarzmienia. Taką stawiam tezę i wiem, że powinienem się od razu z tego wytłumaczyć. Jasne, że pierwszą (w ścisłym sensie chronologicznym) przestrzenią do zdobycia w życiu jest dziecinny czy niemowlęcy nasz pokój i zaraz po nim mieszkanie, dom. Tyle że poznajemy ją, tę przestrzeń, nieświadomie – w istocie nie tyle poznajemy, co mamy ją daną i ktoś za nas ją dla nas ujarzmia, ktoś nas w tej przestrzeni pilnuje. Owszem, następna jest nasza najbliższa okolica, powiedzmy – ostatecznie – dzielnica, osiedle. Ze względu na wiek, w którym dzielnica staje się dla nas całym światem, jest to poznanie powierzchowne (no dobrze, może nie całkiem lub nie tylko powierzchowne) i tymczasowe. Tak czy inaczej, nasza dzielnica przestaje wystarczać. Miasto, miasto jest pierwszym poważnym wyzwaniem, pierwszą pełnowartościową przestrzenią, to jest taką, którą warto zdobywać i taką, która potrafi się odpłacić.


Poznanie geografii mojego miasta to jest zadanie na całe lata. Tym trudniejsze, im miasto jest bardziej dynamiczne, im szybciej i mocniej się zmienia. A Bydgoszcz zmienia się dość szybko, zmiany są przy tym raczej głębokie. Mieszkamy w innym mieście niż nasi dziadkowie. Banał? Możliwe. Ale chodząc ulicami Bydgoszczy nie widzimy pól pszenicy (czy co tam rosło) wokół Szpitala im. A. Jurasza, nie mijamy ogrodu zoologicznego na Rondzie Fordońskim, nawet – co sam przecież dobrze pamiętam – nie ma już sadów i szklarni na Szwederowie. Orientacja w mieście rodzinnym to naprawdę niekończące się zadanie.

To, jak żyjemy, dokładniej: horyzonty tego życia, nasza prywatna perspektywa, nasza osobista skala, do której przymierzamy zewnętrzny świat – to zawdzięczamy naszemu miastu. Często przez to właśnie nie potrafimy dobrze go ocenić, bo obiekt tej oceny i punkt odniesienia są jednym i tym samym. Choćby to: czy mieszkamy w dużym mieście? Nawet jeśli oswojone wydaje się nam małe, to do małych wcale nie należy: pod względem liczby mieszkańców w Polsce jest ósme, ale bylibyśmy, co warto sobie uświadomić, drugim miastem Austrii, Węgier czy Słowacji, trzecim miastem Czech i Białorusi, wśród miast naszych bardziej ludnych sąsiadów, Niemiec i Ukrainy, otwieralibyśmy drugą dziesiątkę (odpowiednio jakoś na miejscach 14. i 12.). Żyjemy w dużym mieście. Musimy się zmagać z problemami charakterystycznymi dla dużego miasta, ale – i to najlepsze – możemy korzystać z jego zalet.

Wielkość Bydgoszczy i jej specyficzna geografia, by przejść do problemów miejskiej kultury, sprzyja koncentracji miejsc kultury w centrum. Na szczęście Bydgoszcz nie jest miastem o dużym potencjale turystycznym, więc instytucje i miejsca kultury położone w centrum są dla bydgoszczan (w miastach licznie odwiedzanych przez turystów mieszkańcy są wypierani z centrum – kultura, rozrywka, gastronomia przenoszą się na peryferia, tak jak, by podać przykład najbardziej jaskrawy, w Pradze). Bydgoszcz skupia życie kulturalne w centrum i trudno będzie to zmienić – trzeba jednak o tym pamiętać i walczyć z negatywnymi skutkami takiej geografii kulturalnej.

Dla mnie emocjonalnym centrum miasta jest i na razie, tak sobie myślę, pozostanie Wyspa Młyńska. Jest metaforą Bydgoszczy – wszechobecna zieleń, malownicza Wenecja (lubiłem ją nawet zdewastowaną), do tego zrewitalizowana stara zabudowa, skromna nowoczesność, dużo przestrzeni i swobody. Taka jest Bydgoszcz (powiem ostrożnie: taka jest Bydgoszcz z moich marzeń). Wyspa jest miejscem powstawania wspólnoty i budowania tożsamości i dumy – a tego Bydgoszczy bardzo potrzeba. Wyspa jest miejscem zabawy (jest wyspa dla mnie emocjonalnym centrum miasta, bo jest nim też dla mojej córeczki).

Ale jest też wyspa miejscem z rodzinnej legendy – oto mój praszczur miał kupić spalone szczątki młyna (czy to był młyn Rudolf, nie wiem, legenda może być mniej ścisła), żeby je rozebrać i sprzedać cegłę. Podobno zrobił interes życia, gdy okazało się, że fundamenty kryją tony stali. Po majątku nic nie zostało, no, oprócz legendy oczywiście.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Maj 2012 Sekretna geografia miasta