Bydgoszcz – podręcznik użytkownika (6)

Bydgoszcz – podręcznik użytkownika (6) Źródło: stock.xchng

Język
Język to rzecz żywa. I całe szczęście, bo inaczej zostałoby mi tylko przekształcanie się w produkt pochodzenia cepeliowego. Język to forma komunikacji, która wbrew temu co mówią niektórzy wcale nie bogaci się a, niestety, czeźnie i schnie zmieniając się w werbalnego suchara co go zostawiono na słońcu mimo, iż i tak od pięćdziesięciu mniej więcej lat kurczy się i nie wyciśniesz z niego już ani kropli soku. Rozmowa przytoczona mi ostatnio przez znajomego brzmiała tak: Foch! / Ignor. Interlokutorkami były dwie emo-dziewuszki siedzące na przystanku bimby. Tłumaczę (dla starszych): Jestem na ciebie lekko obrażona! /  Nie jest to dla mnie w ogóle ważne. „Elo”-kwentnie, nieprawdaż? Słowa mówione i pisane to tak niespotykanie bogate morze możliwości namnażających się w odpowiednim towarzystwie, że niekorzystanie z takiego ogromu okazji do cięcia i gięcia związków, co są frazeologiczne, to dla mnie pozbawianie się jednej z najinteligentniejszych i zarazem najmniej wymagających finansowo rozrywek. O języku z Kujaw zatem dzisiaj moja jest piosenka.

Pójdziemy na przechadzkę, zrobimy sprawunki, a jak wrócimy to zmyjemy statki – marynistyczne to w części swojego przekazu stwierdzenie wywracało niejednokrotnie moją nieukształtowaną jeszcze i dziecięco naiwną psychikę. Szwederowiak lat pięć płonął wtedy często zapałem do organoleptycznego przywitania się z ORP Błyskawica, a jednocześnie zadawał sobie pytanie, jak to możliwe, że z buta tak na momencie znajdziemy się na Wybrzeżu. Babcia, będąca autorką tego amalgamatu pojęć mylących i jak znaki drogowe w Bydgoszczy prowadzących na znaczeniowe manowce, pakowała tymczasem sznytki złożone niezmiennie z pajd w formę klapsztuli i za rękę wziąwszy udawała się z wnuczkiem na rzeczoną przechadzkę. Więzienne konotacje wspomnianej przekąski uświadomiłem sobie o wiele później gdy po raz pierwszy „sznyty” i „pajdy” zoczyłem na przedramieniu jednego z kolegów w podstawówce. Wycięte nożem. Nie przeznaczonym do masła bynajmniej. Papudroki z nas były w tych wczesnych latach i, w moim mikrym wzrostowo przypadku, dosięganie do półki, na której babcia miała leżeć zachowane na zaś szneki z glancem wymagało wsparcia logistycznego ze strony ryczki. Ech, einfach się wtedy żyło i jak tylko udawało się na pachcie erbnąć jakieś owoce i pydy w związku z rzeczonym czynem uniknąć, to już świat pięknie do człowieka paszczę rozdziawiał.

Kiedy później przyszło mi już po raz pierwszy przywdziać ancug, to ten świat magicznych wyrażeń co niczym z dzbana wylewały się z ust moich dziadków zaczął powoli przygasać. Zacząłem na szagę chodzić do piątki, a potem wspominaną już bimbą udawałem się do siódemki. W drodze do tego drugiego licka niejednokrotnie mijałem panów smętnie pochylonych nad poranną, odzianą w formę halbki, bombką. Na pecika za garaże wychodziło się po drabce i trzeba było pamiętać, żeby kipów po sobie nie zostawiać. Zza oceanu przychodziły już pierwsze kompy i powoli trzeba się było z futrowania dukanymi kartoflami i leberką przestawiać na cziza z Maka. Luntrusy i lorbasy stojące po bramach w mgnieniu jednej lub dwóch wiosen zmieniły się w blokersów i dresiarzy, a wiatr pachniał już jakby bardziej elektroniką niż drewnianymi karabinami, które dziadek mój pilot żagował nam u siebie w szopie. Potem w nocy też żagował. I to wcale nie w tym sensie, co go teraz szanowny czytelniku masz pod głową. Żagował akustycznie przy pomocy lekko zblokowanych dróg oddechowych. A nie babcię.

Pamiętam z podstawówki, jak chodząc w kółko niczym na spacerniaku w kiciu na Wałach (może z tego powodu nie lubię tego sportu, który polega na jeżdżeniu w kółko i to ciągle w lewo) usłyszałem panią od polaka (sic!) krzyczącą Ej, ty wieśniak, zdejm ta jupa!. Zastanawiałem się wtedy, o co kaman, bom z rodziny, gdzie książki stały nisko na półkach i zaznajomiłem się z nimi dość szybko. Mniej więcej jak tylko wyrosłem z noszenia jaczki. Pamiętam, jak zawiązywało się badejki na kierze i dymało na basen. Pamiętam, że klozet był w antrejce, co zakrawało na architektoniczny chichot losu i że jak dziadek nie nazorgował drewna, to pizgało tam jak w Kielcach na dworcu. Pamiętam. Jeszcze.

Zarzucają mi niektórzy, że te moje teksty jakieś takie smutnawe są. Nieprawda. Zawsze na końcu wieje od nich optymizmem, bo miasto nasze nad dwiema rzekami pięknieje i zmienia się na lepsze. Jednak teraz optymistycznie zakończyć nie jestem w stanie. Język nam zdycha i pluje w śmiertelnych drgawkach juchą czarną i kleistą. Przenosi się bowiem w obszar skrótów i memów (czyli błędów, które stały się sławne na „feju”). Wszystko jest LOL albo ROTFL (nawet ta rubryka). Nie ma już gwary bydgoskiej. Nie ma i nie będzie. Ale i tak najbardziej mnie wk…, że jak była to i tak pochodziła z Poznania.

Szymon – Foch. / Rzeczywistość – Ignor.

Do następnego zachmurzenia.

Działy:
Więcej z tym numerze: Rusałka na Moście Gdańskim »

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Kwiecień 2012 Bydgoszcz – podręcznik użytkownika (6)