Się nam wydaje. W Bydgoszczy (8)

Jolanta Baziak, Pochylone niebo, tom 7, Bydgoszcz 2011 Jolanta Baziak, Pochylone niebo, tom 7, Bydgoszcz 2011

Pochylone niebo, czyli rozprawa
Jolanta Baziak korzysta z prawa poezji do rozstrzygania kwestii zasadniczych, do podejmowania problemów filozoficznych, do omawiania dylematów wiary. I tak dalej – można by pewnie wymieniać jeszcze długo, ale wiadomo, o co chodzi: o sprawy najistotniejsze dla ludzkiego życia (nawet nie dla życia pojedynczego, konkretnego człowieka, ale właśnie człowieka jako reprezentanta ludzkości). Tak, poezja ma prawo do zajmowania się tymi kwestiami i na mocy tego prawa wchodzi śmiało na teren filozofii. Piszę „teren”, ale powinno się właściwie napisać: grunt grząski, las ciemny albo cienki lód.

Ten, kto z tego prawa korzysta, musi być świadom wszelkich niebezpieczeństw, jakie na niego czyhają. Musi w pierwszym rzędzie być świadomy zagrożenia zbytniej retoryczności. Otóż poezja, która zajmuje się wielkimi tematami, ma tendencję do popadania w retoryczną rutynę, która zakłada odejście od osobistego doświadczenia, znaczącego szczegółu, konkretu; za to ofiaruje kostyczność i pustkę uniwersaliów.

Musi być też świadomy zagrożenia omyłki. Otóż rozważanie poetyckie problemów przypisanych filozofii może grzeszyć nieścisłością, prowadzić donikąd, mylić tropy skuteczniej niż rozwiązywać tajemnice. Nawet gdy poezja używa języka filozofii, języka silnie skonwencjonalizowanego, kostycznego języka analitycznego dyskursu, nie ma gwarancji, że osiągnie rezultaty porównywalne do wyników filozoficznych rozpraw.

Musi być poeta świadom wielu innych, mniejszych czy większych zagrożeń, powinien wiedzieć, że czyhają na niego błędy i śmiesznostki, że na takich wyżynach łatwo jest pomylić drogę, że we mgle pojęć łatwo zabłądzić.

Każdy, kto będzie czytał tom Pochylone niebo, powinien mieć świadomość, co poetka ryzykowała, z czym się mierzyła, jakie niebezpieczeństwa omijała, a jakich ominąć nie dała rady. Powinien też zwrócić uwagę na to, w jaki sposób walczyła z wymaganiami gatunku, który wybrała.

Tom Jolanty Baziak jest w istocie rozprawą filozoficzną spisaną poetyckim językiem w poetyckiej formie. To stwierdzenie ma kilka istotnych konsekwencji. Tę choćby, że poszczególne wiersze traktuję jako części całości (piszę tak, by uniknąć słowa poemat, ale mniej więcej o to chodzi: kolejne wiersze są próbami innego za każdym razem ujęcia tego samego problemu, wszystkie je – no, niemal wszystkie – spaja ta sama osnowa). Znika ich, tych wierszy, poszczególność, przestają właściwie znaczyć same, a zaczynają rozmawiać ze sobą, w ich wzajemnym dialogu tworzy się znaczenie, bez siebie nawzajem – to też ważna konsekwencja – znaczą mniej, gorzej, zdecydowanie tracą.

Co jest tą wspólną osnową niemal wszystkich części tego quasi-poematu? Co jest tematem podstawowym zbioru? Odpowiedź mówiąca, że jest nim refleksja ontologiczna, jest jednocześnie oczywista i niewystarczająca. Istotnie, Pochylone niebo traktuje o tym, co jest. Trzeba jeszcze do tego dołożyć i to, że refleksja ontologiczna obejmuje tu także i wymiar metapoetycki: otóż poetka prezentuje nam problematykę języka jako mechanizmu poznania bytu. Oczywiście tego typu stwierdzenia są niebezpieczne, bo ostatecznie każda poezja (każda wypowiedź literacka) może od biedy być uznana za rozważanie ontologiczne i każda też (przez swoją językową naturę) odnosi do problemów związanych z tegoż medium poznania zwodniczością, nieprzezroczystością i tak dalej. W tym jednak wypadku niebezpieczeństwo jest niewielkie, jako że Jolanta Baziak swoje ontolologiczne rozważania prowadzi zupełnie jawnie, mało tego – często je jeszcze problematyzuje (jak choćby w wierszu Ontologicznie, który można czytać jako dyskusję o tym, jak pisać o rzeczywistości: czy szczegół i konkret, czy powszechniki).

Jest ta poezja oczywiście religijna czy filozoficzno-religijna i to istotne uzupełnienie rozpoznania głównego tematu (bo pozwalałoby użyć w odniesieniu do niej słowa, które tu doskonale pasuje, gdy idzie o filozoficzną ścisłość, ale które zupełnie zdewaluowało się w literaturoznawstwie: chodzi o metafizykę, rzecz jasna). Jest religijna w specyficzny sposób – to intelektualna próba zmierzenia się z problemem religijności; różnie można oceniać język tych wierszy, ale takie założenie pozwala unikać dewocyjnego kiczu.

Trzeba też wspomnieć o dyskursach ciała (cierpienia, starzenia się i tak dalej), trzeba wspomnieć o wierszach reagujących na bieżące wydarzenia (Smoleńsk, Utoya); jednocześnie wzbogacają one tom, ale też rozbijają tę filozoficzną narrację. Może to być zaleta, może być wada (pierwsza dla tych, którzy lubią rozmaitość tematów i języków, druga dla tych, którzy cenią sobie spójność).


Grzmot-Bilski - Nim spłonę w świetle - okładkaNim spłonę w świetle, czyli trudna synteza
Ryzyko, jakie – świadomie czy nie – podejmuje Jolanta Baziak jest niczym w porównaniu z tym, jakie podejmuje w swojej książce Grzegorz J. Grzmot-Bilski. Ale zacząć trzeba od początku, czyli w tym przypadku od motta. A motto to – z Kierkegaarda zresztą – brzmi tak: „Człowiek jest syntezą nieskończoności i skończoności, doczesności i wieczności, wolności i konieczności, jednym słowem jest syntezą”. Mniejsza o to, co przytoczone słowa znaczą w odniesieniu do Kierkegaarda (czy któregokolwiek z powołanych przez niego do życia pseudonimowych autorów, w przypadku Choroby na śmierć, a to z niej wzięte motto, był to akurat Anti-Climacus), co dały filozofii człowieka, egzystencjalizmowi, albo jak odnoszą się do Hegla. Ważniejsze, bo przecież po to zostały tu przytoczone, jak wpływają na lekturę tego tomu.
A sądzę, że trzeba je traktować jako interpretacyjną przesłankę i jako wskazanie modelu lektury. Jak nam to motto każe czytać Nim spłonę w świetle? Co w tym tomie tłumaczy i co usprawiedliwia?

Tom jest zadziwiający przez połączenie sprzeczności, które – jak rozumiem – mają w syntezie (skończoności i nieskończoności, wzniosłości i niskości, wieczności i doczesności) pokazywać – mówiąc najkrócej – jaki jest człowiek. Zamysł dobry i dzięki zastosowaniu takiego a nie innego motta usprawiedliwiony. I w lekturze nie mam problemu z tymi wierszami, które realizują jeden biegun – ten wzniosły, refleksyjny i… technicznie, poetycko dobry (powiedzmy, wiersz Wszechświat:

„Pewnego razu w Bieniszewie
w gościnie u kamedułów
miałem wrażenie że
wszechświat to mała cela
z widokiem na wieczność”
.) 

Mam niestety problem z wierszami stanowiącymi biegun drugi – tymi przyziemnymi, doczesnymi i (ujmując to delikatnie) nie tak wysublimowanymi gdy idzie o poetycką technikę; tu dobrym przykładem jest wiersz Prawo jazdy – może warto, jak poprzedni, i ten zacytować w całości:

„Powiedziała
swojemu mężowi że
zapisała się na kurs »prawa jazdy«

po pracy starannie myła się
zmieniała majtki
robiła wyzywający makijaż
ciało spryskiwała perfumem

mąż pytał się:
– dokąd idziesz?
odpowiadała
– przecież wiesz
uczę się jeździć
pana Karol jest znakomitym instruktorem

do domu wracała wieczorem
makijaż miała rozmazany
włosy w nieładzie
jej skóra pachniała
tanią wodą po goleniu

do mężczyzny swojego życia
mówiła z uśmiechem:
– to tyko »prawo jazdy«”.

Mam z syntezą tych różnych wierszy i języków fundamentalny problem. Problem ten polega na tym, że chociaż rozumiem, iż ludzkie doświadczenie obejmuje taką rozpiętość jakości, to nie wiem, co do estetycznego doświadczenia lektury wnoszą te wiersze w stylu Prawa jazdy. Mogą stanowić co prawda tylko tło, na którym te inne wydają się ciekawsze, lepsze technicznie, ważniejsze itd. Ale może to zbytnia przezorność.

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start