Przez rude okulary (37): Powrót Spidermana. Z wakacji

Szymon Andrzejewski Szymon Andrzejewski Fot. ZbyZiel

Całkiem niedawno byłem na koncercie. Nic niezwykłego – w tej pracy to raczej konieczność, a w większości przypadków również przyjemność. Tutaj przyjemnie było niewątpliwie, bo zespół świetny i tryumfy święcący, i nawet mi się podoba. Niestety przed koncertem byłem na robocie. W tym samym miejscu, co koncert, bo chciałem przepytać, jak to jest być bożyszczem i kłaść łany serc niewieścich pokotem. Niestety natomiast dlatego, że u wejścia do przybytku zostałem zaatakowany przez panią pytaniem, czy już urzędnik przybył węszyć i sprawiać, żeby koncert następny odbył się w miejscu mojej pracy. Zasadniczo nie węszę, bo to zajęcie dla ogarów, a ja jestem kundel. Zasadniczo byłbym ciężkim idiotą, gdybym nie chciał sprawić występu w miejscu pracy mojej, bo salę mamy świetną, a zespół w takim anturażu dałby publiczności mnóstwo doznań ekstatycznych. Słowa ze strony pani padały niewybredne i sugerowały gorszy dzień lub rok, a w ich potoku padło w końcu pytanie: „A ty lubisz miasto?”. Wiem, że nie chodziło o twór urbanistyczny, tylko kolokwialnie tak nazywane władze municypalne (dla jasności – tych, co znam dobrze, to lubię, a tych, co nie znam dobrze, to albo nie znam z powodu, albo nie znam dobrze po prostu, więc nie mam zdania), ale jednak zasiało to w glebie mojego zwietrzałego mózgu ziarno. Ziarno podlane w dniu pisania tego felietonu wodą milczenia, jaką zrosiła je inna pani, zawieszając się na trzydzieści sekund po usłyszeniu pytania: „Za co lubisz Bydgoszcz?”. Skoro podlano, skoro zroszono, to ziarno wykiełkowało. I zrodziło pęd dociekliwie pnący się ku słońcu, którym mogłaby być odpowiedź w kwestii następującej: Czy JA lubię miasto? To miasto? Czy jestem tu, bo chcę, czy jestem tu, bo nie mam innych możliwości na bycie? Nieoryginalnie więc będzie o Bydgoszczy w miesiącu, co do wyjazdów stąd nas nieuchronnie przybliża. 

Czytuję komiksy i nie wstydzę się tego, wiedząc, dlaczego sztuka komiksowa postrzegana jest w Polsce za coś infantylnego. Sytuacja się zmienia, ale wiecie, o czym mówię. Jako że czytuję, to także oglądam ekranizacje oraz (od czasu do czasu) dokumenty. Obejrzałem ostatnio jeden taki, co się nazywa Historie Marvela (polecam!), i przysłuchiwałem się ze zdumieniem postaciom, które tłumaczyły, dlaczego Hollywood najwięcej pieniędzy zarabia na kolesiach, którzy zakładają majtki na spodnie. Przemawiał tam jeden pan, który opuścił firmę Marvel, gdy ta została wykupiona przez Disneya. Nie dlatego, że bał się pauperyzacji ukochanej dziedziny sztuki i nie dlatego, że czuł się tam w jakiś sposób zagrożony. Właśnie się nie czuł. Otrzymał od amerykańskiego multigiganta medialnego spokój oraz stabilizację. I tak go to wkurzyło, że odszedł. Bo chciał zaczynać i siać ferment. Chciał mieć wyzwania. Ja też chcę. No to gdzie mam mieszkać? Bydgoszcz się przecież dopiero zaczyna.

„Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”; „Trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie wzgórza” – oto powiedzenia, które ludzkość toczy przed sobą i pod swoim brzuchem od zarania inteligencji. Zapewne przez obecność inteligencji właśnie. Jak się ma w ręku upragniony kebab, to natychmiast przychodzi ochota jednak na spaghetti. Takie to normalne i codzienne, takie uroczo rozchwiane. Odnoszę wrażenie, że jak już coś mamy, to natychmiast o tym zapominamy i chcemy czegoś nowego. Nie wszyscy, oczywiście, ale jednak większość. Ciśnięci konsumpcją i zmuszani do niej technikami wręcz sadystycznymi nie jesteśmy w stanie przeciwstawić się galopującej potrzebie zmiany starego na nowe. Między innymi dlatego wyjeżdżamy i zwiedzamy. Z ciekawości i konieczności wypełniania potrzeb. I jak wracamy, to z żalem. No bo przecież tam jest więcej knajp i kawiarenek i tam się uśmiechają. I tam jest ogólnie lepiej, niż tutaj jest, i chodźmy się przeprowadźmy. Teraz. Już. Tylko że my tam jedziemy na urlop. Jesteśmy tam na motylą chwilkę i nie wiemy, jak to jest mieszkać tam na stałe. Mieszkałem na stałe gdzie indziej wielokrotnie i jakoś zawsze wracałem tutaj. Wiadomo – rodzina. Ale też nie muszę jechać do centrum półtorej godziny, ani nie muszę znosić hałasu, który grzechocze trzewiami. To miasto skrojone na miarę i ani nie ciśnie, ani nie powiewa. Nie muszę się bać, że puści na szwie. Bać się nie muszę, że ściągnę je z siebie, nie rozpinając paska. W ogóle wielu rzeczy nie muszę. W Bydgoszczy.

Jeśli pojedziemy na stałe gdzieś TAM, to po pewnym czasie i tak stanie się ono naszym TU.
A TU to ja już jestem.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Czerwiec 2018 Przez rude okulary (37): Powrót Spidermana. Z wakacji