Rozmyślania nad upływem czasu. Przed obrazami Edyty Sobieraj

Bez tytułu, olej, płótno, 130×260 cm, 2016 Bez tytułu, olej, płótno, 130×260 cm, 2016

Jakie było moje pierwsze wrażenie, gdy spojrzałam na cykl obrazów ukazujących wnętrza i martwe natury Edyty Sobieraj? To jest prawdziwe malarstwo. Młodzieńcze! Olej na płótnie, ociekającym farbą, z widocznymi pociągnięciami pędzla i przetarciami, które ujawniają fakturalne podłoże. Kompozycje działające płaszczyznami i uproszczonymi formami, kolorystycznie stonowane.

Patrzymy na syntezę widzianej przestrzeni. Przy całym rozmachu tych przedstawień, wynikającym z wielkości płótna, swobody pędzla oraz charakterystyki dużych wnętrz – które są w różnym stopniu otwarte i zamknięte, jedynie częściowo dostępne, a niekiedy tworzą układy amfiladowe – obserwujemy wyraźny namysł kompozycyjny, a także wewnętrzny porządek. Choć czasami wydaje się, że właśnie przed chwilą zamknięto okno, po wcześniejszym przeciągu. Ale rozrzucone wokół przedmioty równoważą inne fragmenty codzienności, które wyeksponowane mają wartość sekwencji rytmicznych. Tak jak bogatą paletę szarości, zróżnicowanych walorowo, ożywiają dyskretne akcenty koloru. Dzieje się więc podobnie jak we współczesnej muzyce i poezji. Jak w codzienności, nad którą staramy się zapanować. Rzeczywistość jest pełna kontrastów, wzajemnie się dopełniających.

Interesujące jest ukształtowanie przestrzeni. Oto prawie zawsze stoimy przed ścianą, która zamyka pole widzenia i jednoznacznie prezentuje przed nami swoją zawartość. Równocześnie stanowi obszerne tło dla sprzętów i przedmiotów. Sąsiaduje blisko z fotelem, to na niej rozmieszczone są fotografie, służy też naturalnym wsparciem dla odwróconych płócien i kartonów, tylko na jej neutralnej płaszczyźnie mogą tak metalicznie błyszczeć puszki z jarzącymi plamami koloru. Do wrażenia, że ściana przedstawia się nam jako podstawowy i osobny element wnętrza, przyczynia się również towarzyszący jej motyw zasłony. To, na co patrzymy, za chwilę może zostać przysłonięte. I tak rodzi się w nas zadziwienie albo nawet odrobina niepokoju.

To jeszcze nie wszystko. Ta ściana wcale nie jest płaska czy jednolita. Zawiera w sobie okna, przez które nic nie widać, albo ich malarską sugestię. Pojawiają się zamknięte okiennice. Dostrzegamy iluzyjne przeprucia w murze, z namalowaną, ale oddziałującą na nas perspektywą. W końcu, ściana stwarza nam możliwość wejścia po bardzo ciasnych i ciemnych schodach, nie wiadomo dokąd. Przeżywamy więc teatralizację codzienności. Nic w tej charakterystyce nie jest oczywiste. Ale to akurat ostatnia rzecz, na której zależałoby artystce.

Naszą uwagę przykuwają duże, mające własną osobowość, sprzęty. Ważne w każdym mieszkalnym wnętrzu. Pluszowy fotel z wygodnymi oparciami, odwrócony do ściany, na którym już nikt nie powinien siadać. Stół, przykryty obszernym, lnianym obrusem, który tak starannie wyprasowano i złożono, że jeszcze teraz widać ślady po zgięciach, dziwnie wyraźne, jakby skamieniałe. Ten stół przypomina biały sarkofag.

Na ścianach, starannie zawieszone i zapomniane, obrazki i fotografie w estetyce chłodnego minimalizmu. I widoczne ślady po artefaktach, które zdjęto. Wpisują się w rytm tętniącego tu tak niedawno życia. Są jak wyblakłe wspomnienia.

Spoglądamy w głąb prawie pustych pokoi. Skąd to wrażenie pustki? Ponieważ nie ma w nich ludzi. O ich obecności przypominają jedynie rozrzucone, drobne przedmioty oraz meble. Z każdym dniem ich masywność, solidna konstrukcja i charakter, jak również nienaruszalność miejsca, które zajmują, nabiera większego znaczenia. To one właśnie, dosłownie i symbolicznie, wypełniają sobą te przestrzenie, zastępując dawnych mieszkańców. Czekają? A może już zupełnie pogodziły się z losem porzuconych i zapomnianych?

Jak interpretować te wnętrza? Wyblakłe pokoje w starych kamienicach i domach, opustoszałe magazyny i pracownie malarskie, czy muzealną salę ze scenograficznie umiejscowioną ścianką działową, i powracający motyw zasłony, która sama w sobie jest bardzo inspirująca. Długa, ciężka, ciemna i odsłonięta lub przeciwnie – przejrzysta i przysłaniająca, chciałoby się powiedzieć – lirycznie łagodząca ostrość widzenia. Zdarza się też – niedbale przerzucona, krótka, płócienna i ozdobiona barwnym wzorem.

Od czasów starożytnych barwny baldachim czy drogocenna, ciężka kotara zwracały uwagę na wysoką pozycję prezentowanej na ich tle osoby. Wnętrzu dodawały powagi i splendoru, wskazując, przez kogo jest zamieszkiwane. Zasłona jest też ważnym motywem religijnego misterium i samego obrzędu wtajemniczenia. Wprowadza w atmosferę teatru, który także wywodzi się z misterium. Niewątpliwie intryguje nas jako element przedstawienia plastycznego, a szczególnie realistycznego obrazu. Sądzę, że na płótnach Edyty Sobieraj zasłona spełnia wszechstronną rolę, odnosząc się do tradycji i niegdyś tak czytelnych znaczeń. Przywodzi skojarzenia z dawnymi reprezentantami zhierarchizowanego społeczeństwa, nawiązując jednocześnie do sfery religii i sztuki. Jej symbolika zapisana jest w naszej podświadomości. Dlatego wydaje się czymś niezwykłym w tej malarskiej rzeczywistości. Do surowych i chłodnych pomieszczeń, w których słyszymy, jak brzmi cisza, wprowadza element tajemniczości i metafizyki.

Pospiesznie opuszczone miejsca zamieszkania. Przeprowadzka czy może ostateczne zamknięcie za sobą drzwi? Melancholia tych wnętrz jest wyczuwalna dla każdego, kto zechce przed nimi przystanąć, bo przecież doświadczenie zmiany, bolesnej pustki i tęsknoty, jak również odchodzenia, jest uniwersalne.

Tak, to prawda, przedstawienia malarskie Sobieraj są przykładem nowoczesnego, a jednocześnie przejmującego zobrazowania pojęcia vanitas. W sposób oryginalny, z właściwą dla teraźniejszości powściągliwością, odnoszą się do przeszłości i historii sztuki. Dlatego też zauważamy, że ze stołu znikła szklana, smukła klepsydra, czaszka, ociężałe od barwy i zapachu kwiaty, syte własnego piękna, a także wieloziarnisty, purpurowy owoc granatu – symbol płodności, bogactwa i nieśmiertelności oraz doskonałości i mistyki. Przy fotelu nie ma już książek, partytur ani porzuconej palety z pędzlami. Na ścianie brakuje mapy, ukazującej wspaniałą przestronność świata, jak również władczą rozległość nowożytnych, europejskich imperiów, zbudowaną w znacznym stopniu na krwawo zdobytych i skolonizowanych kontynentach. Na zakurzonej podłodze nie odnajdziemy zręcznie poukładanych panoplii, świadczących o niezliczonych, zwycięskich bitwach. Jeśli więc sztuka stanowi przetworzony obraz rzeczywistości, można nieco przekornie zapytać o to, co pozostało z dawnego bogactwa i siły znanego nam świata? Okazuje się, że interesujące i skłaniające nas do myślenia jest także to, czego nie ma na obrazach Edyty Sobieraj. W tym także ukryta jest cząstka prawdy o współczesności. Ten nienarzucający się przy pierwszym spojrzeniu „brak”, wyrażający zmianę, czyli naturalny upływ czasu, jest szczególnym „motywem” budującym pojęcie vanitas w jej przedstawieniach.

A wspomniana młodzieńczość malarstwa? Jest zawarta we wszystkim. W technice, formie, przytłumionej kolorystyce i ostentacyjnej prostocie eksponowanych przedmiotów, które przypominają charakterystyczne martwe natury, komponowane w trakcie studiów artystycznych. Zastanawiająca jest ascetyczność wyobrażonych wnętrz. I surowy wyraz całości przedstawień.
To dosyć banalne i nieprawdziwe sądzić, że młodość przejawia się w ekspresji i barwach. Owszem, ale nie zawsze. Natomiast tylko ona ma w sobie odwagę, graniczącą z bezczelnością, aby bezpośrednio i głośno mówić o cierpieniu i śmierci. Jakże łatwo jej to przychodzi w życiu i sztuce. Jak to efektownie kontrastuje z jej witalnością, przekonaniem o długim i szczęśliwym życiu. Najczęściej dzieje się tak bez świadomości, że czas – w takim samym stopniu – przepływa także przez nią i naznacza przemijaniem. Oczywiście nie o taki rodzaj młodzieńczości tu idzie. Edyta Sobieraj jest osobą dojrzałą i doświadczoną. Artystka już od dawna zmierza własną drogą, co zostało wielokrotnie docenione. Jest adiunktem na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie. Skąd więc te dywagacje o młodości? Ponieważ ona jest tu obecna. Istnieje „między słowami”. Przenika atmosferę obrazu. Jest ważnym, emocjonalnym i malarskim „odpryskiem”, który przekształcony zostaje na ożywczy impuls w twórczości dojrzałej. W malarstwie Edyty Sobieraj odnajdujemy pewien rodzaj młodzieńczej bezpośredniości, którą łączy ona z wewnętrznym skupieniem i mądrym dystansem wobec siebie i świata. To pozwala jej metaforycznie ilustrować przemijanie jako proces wszechobecny, stały i będący nieodłączną częścią życia. Tylko hołubiona w sobie młodzieńczość, pojmowana jako energia życia, może podźwignąć takie właśnie ujęcie tematu przemijania. Godne uwagi jest trwanie artystki w procesie analizy bolesnych, ludzkich doświadczeń. Bez nikłego nawet światła nadziei. A może jest przeciwnie? Może półotwarte wnętrza, nierealne schody i okna, a także iluzyjne perspektywy mają ukryte symboliczne znaczenie? Nie wiem. Oczywiście to jedynie kilkanaście płócien z kilku ostatnich lat, które połączyła wspólna myśl, celnie wyrażona w aranżacji wystawy. Mamy tu więc do czynienia – jak zawsze w sytuacji udanej ekspozycji – z artystyczną kreacją.

Oto malarskie rozważanie, zawierające w sobie delikatny rys filozoficzny, przemyślnie zamknięte w ramach ekspozycji. Dotyczy cichego upływu czasu, dzień za dniem, bez eksponowania akcentów tragicznych. Smutek kryje się wewnątrz. To ciekawe, że niewątpliwie trudnej wymowie obrazów towarzyszy poetycka łagodność. To prawdziwe. Czas płynie przecież niezauważalnie. Tak jak narasta kurz na pluszowym fotelu i blakną tapety w niezamieszkanym pokoju.


 

Tekst inspirowany jest wystawą malarstwa Edyty Sobieraj Zasłona, która odbyła się w Galerii Wspólnej w Bydgoszczy w dniach 25 maja – 23 czerwca 2017 roku.
Reprodukcje obrazów pochodzą z archiwum artystki.


Obecność, 2015,
olej, płótno, 150×170 cm

Czas się szybko starzeje, 2015, olej, płótno, 140×130 cm

Bez tytułu, 2016,
olej, wosk, płótno,
130×140 cm

Bez tytułu, olej, płótno, 130×260 cm, 2016

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Czerwiec 2018 Rozmyślania nad upływem czasu. Przed obrazami Edyty Sobieraj