Chłopiec z oceną dopuszczającą

Miłosz Waligórski Miłosz Waligórski

Z Miłoszem Waligórskim, pochodzącym z Bydgoszczy poetą, prozaikiem, tłumaczem, finalistą tegorocznej Strzały Łuczniczki, rozmawia Emilia Walczak.


Po raz kolejny jesteś w finale Bydgoskiej Literackiej Nagrody Roku „Strzała Łuczniczki” – lauru przyznawanego osobom, których twórczość związana jest w jakiś sposób z naszym miastem. Ale przecież Ty od lat mieszkasz w Bańskiej Bystrzycy. Czy możesz opowiedzieć naszym czytelnikom i czytelniczkom, jak to się stało, że wyemigrowałeś z Bydgoszczy, i to w dodatku w tak nieoczywistym kierunku, jak Słowacja?
Tak, urodziłem się w Bydgoszczy, tu skończyłem podstawówkę i – nie bez trudu – liceum. Jako nastolatek wyjechałem na kolonie do Słowacji, bardzo mi się spodobało i zapragnąłem studiować słowacystykę. Dlatego poszedłem na studia do Krakowa, ponieważ wtedy tylko tam były pięcioletnie studia magisterskie na tym kierunku. Potem zapisałem się na hungarystykę, zaczęły się wyjazdy na południe, które w zasadzie trwają do dzisiaj. Pięć lat mieszkałem w Nowym Sadzie (Serbia), teraz jestem w Słowacji, gdzie – o, ironio losu! – ja, chłopiec z oceną dopuszczającą na świadectwie maturalnym, uczę języka i literatury polskiej.

A czy z tego geograficznego dystansu śledzisz to, co dzieje się w bydgoskiej kulturze, literaturze? Czy jakieś nasze lokalne zjawiska, projekty rezonują także poza południową granicę Polski, docierają do Ciebie?
Wracam do Bydgoszczy, również w przenośni, w czym pomaga mi literatura. Na przykład czytając wiersze Kazimierza Jułgi czy Kazimierza Hoffmana, wyobrażam sobie, że ich akcja liryczna dzieje się w konkretnych punktach miasta. W ogóle jestem wyczulony na wątki bydgoskie w sztuce. Bydgoszcz – tak nazywa się główny bohater filmu Polskie gówno, Bydgoszcz pojawia się w wierszu Bohdana Zadury pt. Czesław Miłosz na Pomorzu, Bydgoszcz występuje w komiksie Kryptonim walizka, gdzie o naszym mieście padają takie oto słowa: „Ostatnio byłem tu przed rokiem. Wiele się zmieniło. Nowe osiedla, wieżowce – miasto pięknieje…”. Bydgoszcz w końcu to ojczyzna niejakiego Frąckowiaka, alter ego samego Zbigniewa Herberta – kto nie wierzy, niech zajrzy do korespondencji poety z Wisławą Szymborską. Krótko mówiąc, wynotowuję sobie te bydgoskie wątki z dziką satysfakcją. W jakiś sposób zastępuje mi to dosłowne powroty do domu.

Tomem poezji i prozy poetyckiej pt. 36 sposobów na pustkę zadebiutowałeś w 2012 roku w warszawskiej Ludowej Spółdzielni Wydawniczej, później nastąpił Twój transfer do szczecińskiej Formy. Czy nie masz apetytu na większą oficynę? Zwłaszcza że w 2015 roku zostałeś laureatem prestiżowej Nagrody im. Adama Włodka, ustanowionej przez samą, wspomnianą przed chwilą, Wisławę Szymborską w jej zapisie testamentowym – to powinna być chyba furtka do jakiejś większej kariery?
Ta nagroda, poza tym, że dostałem 9000 złotych na rękę, w niczym mi nie pomogła. Żadnych furtek, niestety, nie otworzyła, a może nawet jakieś zamknęła. Był Włodek wszakże komunistą i konfidentem, prawda? Pieniądze, mimo że nie pochodziły z jego kieszeni, w oczach wielu były skalane donosicielstwem i rzucały cień niesławy na laureatów tej nagrody. To, ale na pewno też inne przyczyny, sprawiło, że z większej kariery jak na razie nici. Ubolewam nad tym, ale ponieważ czas leczy rany i dziurawi pamięć, liczę, że jeszcze kiedyś – może po czterdziestce, a może po siedemdziesiątce – odwróci mi się karta i jeszcze posypie się konfetti.

O ile jestem w stanie prześledzić Twoją działalność autorską, o tyle z translatorską mam już problem. Książki tłumaczyłeś m.in. dla Biura Literackiego, Fundacji Pogranicze, wspomnianej Formy… Co pominęłam? I jak to jest z wyborem tłumaczonych przez Ciebie autorów – możesz sobie pozwolić na taki komfort, że sam ich sobie dobierasz na podstawie własnych sympatii literackich, czy raczej dane wydawnictwo Ci ich zleca?
Przekład pozwala mi utrzymać dyscyplinę języka. Przypuszczam, że bez tłumaczenia nie pisałbym swoich rzeczy. Tłumaczę więc cały czas, z krótkimi przerwami, bo dłuższe, pozornie tak pożądane, wprawiają mnie w podły nastrój. Część książek, które przełożyłem, to były zlecenia, np. za takich autorów jak Maroš Krajňak czy Jelena Lengold raczej nie zabrałbym się dobrowolnie, część jednak sam wybrałem, najpierw opublikowałem fragment w jakimś piśmie literackim, a potem – o, cudzie gospodarczy III RP! – udało mi się znaleźć wydawcę. Tak było np. z Lajosem Grendelem czy Dževadem Karahasanem. Dotychczas na zamówienie nie tłumaczyłem tylko poezji, ale jeśli zgłosi się do mnie zamożny poeta z Węgier, Słowacji czy Serbii z prośbą o spolszczenie jego liryków, zasiądę do nich z wielką ochotą.

Zanim w 2017 ukazał się nominowany w tym roku do Strzały Łuczniczki Długopis, po drodze były jeszcze wydane przez Akademię Sztuk Pięknych w Gdańsku Małe prozy – przepięknie zilustrowane przez Annę Waligórską. Co sądzisz o takiej syntezie sztuk? I czy trudno Ci się pracowało z siostrą? Były zgrzyty?
Ut pictura poesis. Od czasu do czasu zamarzy się ludziom coś tak karkołomnego jak korespondencja sztuk. W jej pułapkę wpadali różni: i Horacy, i Frank O’Hara – niby to oczywiste, że malarstwo to malarstwo, a literatura to literatura, i nie da się tego oddzielić, a jednak czasem komuś uroi się, że można opisać składnię krajobrazu, więc wchodzi w to, próbuje swoich sił i przegrywa, a potem, zamiast podwinąć ogon jak niepyszny, znów do tego wraca w naiwnej wierze, że tym razem na pewno mu się powiedzie. Też tak mam. Sama współpraca z siostrzyczką układała się koncertowo. Każdy z nas siedział zamknięty w swoim pokoju ze słuchaweczkami w uszach i dłubał: Ania w gwaszu, ja w literkach.

Wróćmy do Długopisu. Po jego lekturze nasuwa mi się prostoduszne pytanie o to… ile czasu piszesz wiersz. Tomik ten jest bowiem niezbyt obszerny, a składające się nań utwory to w zasadzie takie „maleństwa”… Chociaż, z drugiej strony, te wszystkie gry słowne i zabawy w skojarzenia mogą być jednak czasochłonne…
Mój kolega mówi, że jak się wyśpi, to w jeden dzień może przejechać z Bydgoszczy do Tirany. Skorzystam z tej figury: jak się wyśpię, dotlenię spacerkiem wokół osiedla i wzmocnię małą czarną – jestem w stanie napisać jeden krótki lub bardzo krótki wiersz w kilka minut. Niestety, bozia poskąpiła mi geniuszu, więc zamiast odłożyć kartkę i chodzić w glorii wiersza, wracam do tych tekstów z uporem psychopaty, wielokrotnie je zmieniając. Nie dają mi spokoju. Na przykład kilka dni temu zmieniłem w takim „maleństwie” sprzed lat słowo „kikut” na „badyl” i uznałem je za skończone. Na jak długo? – dalibóg nie wiem. Czasem nawet druk nie pomaga mi się uwolnić i potem nanoszę poprawki ołówkiem w gotowym tomiku. Dla kogo i po co? – tego też nie wiem, ale mus to mus.

Właśnie ukazała się książka piszącego po węgiersku słowackiego autora Lajosa Grendela pt. Życie w cztery tygodnie w Twoim tłumaczeniu. A nad czym obecnie pracuje Miłosz Waligórski? I kiedy możemy spodziewać się efektów tej pracy?
Moje plany bywają jak tajemnice alkowy – przereklamowane. Powiem więc tylko o tym, co jest – że tak się wyrażę – w planie realizacji. W 2018 chciałbym skończyć przekład wierszy Serba Dejana Aleksicia i prozy Słowaka Petera Balko (powieść Wtedy w Loszoncu, 2014), a także sfinalizować choćby trzy arkusze z kolejnej książki Lajosa Grendela (Szajka, 1982). A jeżeli bezsęka topola, czyli bogini chwastów i pisarzy, wysłucha mojego pukania w niemalowane – jesienią albo zimą zamknę nowy zbiór swoich opowiadań.


 

Miłosz Waligórski (ur. w 1981 r. w Bydgoszczy) – slawista, hungarysta. Opublikował kilkanaście książek przekładowych – ostatnio Życie w cztery tygodnie Lajosa Grendela (2018) – trzy tomy poezji: 36 sposobów na pustkę (2012), 32 ślady ku (2015), Długopis (2017) – oraz dwa tomy prozy: Kto to widział (2016) i Małe prozy (2016).


 

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy Książka Czerwiec 2018 Chłopiec z oceną dopuszczającą