Dziennik podróży w miejscu (9): Wyznania prowincjonalnego krytyka (część pierwsza)

Państwo sobie pewnie wyobrażają życie prowincjonalnego krytyka kultury jako niewysławioną sielankę, nieustającą zabawę, pasmo przyjemności, bankiety, darmowe wejściówki, gratisowe wino na wernisażach, wdzięczność artystów i przygodne – a jakże miłe – pogawędki z dyrektorami kulturalnych przybytków, nieprawdaż? Ach, naiwni, powtarzam: naiwni, po trzykroć: na-iw-ni!

Powiem Wam, naiwni, jak to naprawdę wygląda – nie prosiliście o to, rozumiem, ale mroczna prawda nie zostanie Wam oszczędzona. Otóż życie krytyka kultury na prowincji jest wszystkim, tylko nie tym, co powyżej: ciągłą walką jest, znojem i trudem, bo każdy na cześć krytyka dybie i przy byle okazji wali mu w łeb maczugą swojej racji, między oczy mu celuje bełtem swoich pretensji, w słabiznę go próbuje kopnąć za wszelkie swoje żale. Strach z domu wychodzić, a jeśli już – to szerokim łukiem okrążać należy narożniki domów, bo za każdym rogiem czyha niebezpieczeństwo.

Czy krytyk prowincjonalny może krytykować artystów? Owszem, może, oczywiście – ale tylko przyjezdnych. O ile nie przyjaźnią się z artystami lokalnymi. Czy coś wolno krytykowi prowincjonalnemu? Naturalnie: wolno mu chwalić. Tak, chwalić to on może, a nawet musi. I to z całych sił. Po tych kilku latach uczestniczącej obserwacji czuję się na siłach, żeby spisać dekalog powinności prowincjonalnego krytyka – ku chwale lokalnych artystów i rodzinnego miasta, powiatu, małej ojczyzny, a także ku napomnieniu kolejnych pokoleń krytyków! Oto on, spisany z „Księgi wyjścia (do opery)” i z „Księgi powtórzonego cytatu” – spisywałem z pamięci:

Oto jest kraina twoja, ukochana prowincja twoja, która cię karmi i odziewa, pochyla się nad tobą, robaku, zauważa cię wśród tego prochu i gdzie ci będzie tak dobrze jak tu?

Nie będziesz miał innych artystów nad tych z ziemi twojej rodzinnej, z prowincji twojej własnej.

Nie będziesz pióra swojego używał, by obcych artystów wychwalać, inaczej niż tylko wtedy, gdy będziesz chciał rodzimych artystów wywyższyć – to są bowiem twoi żywiciele, mocni, zawistni i karzący do trzeciego i czwartego pokolenia tych, co ich krytykują, a miłosierdzie i fawory czyniący tym, co chwalą.

Nie będziesz brał na język dzieł artystów lokalnych z prowincji twojej, bo nie będą oni mieli za niewinnego tego, który by to zrobił.

Pamiętaj, by święcić dzień wernisażu, premiery, spotkania autorskiego i tym podobnych – przez sześć dni bowiem artysta lokalny pracował w trudzie, nie po to, byś mu jego święto marnował.

Czcij artystę swojego lokalnego, bo jest jak twoja matka, twój ojciec i nawet stryjek (ten rubaszny, wąsaty brzuchacz), czcij go, abyś żył długo na ziemi, na której los ci żyć kazał, którą los ci kazał dzielić z lokalnym artystą.

Nie będziesz go krytykował.

Nie będziesz marudził.

Nie będziesz nawet podawał w wątpliwość.

Ani nie będziesz artystom lokalnym odmawiał wartości.

Nie będziesz kręcił nosem nad dziełem artysty lokalnego

ani nad jego umysłową kondycją,

ani nad żadną rzeczą, która jego jest.

Tak jest, proszę Państwa, artysta lokalny wobec prowincjonalnego krytyka przyjmuje pozycję starotestamentowego boga wszechmocnego, który spoglądając z wyżyn swojego majestatu, nigdy przewin wobec siebie nie zapomina. Gdy jest przypadkiem zagniewany i z prowincjonalnego krytyka pochwał nie do końca zadowolony (a wiadomo przecież, że nigdy nie da się chwalić zanadto; nie da się, ale trzeba próbować), wówczas spogląda okiem gniewnym (czytaj: pisze skargi do pracodawców tegoż krytyka) i potomstwo krytyka do trzeciego i czwartego pokolenia (mimo że nienarodzone) pod tym wzrokiem się kuli w słusznym strachu.

I ja nawet rozumiem lokalnego artystę, rozumiem potrzebę tego ubóstwienia, rozumiem gniew jego słuszny: mało on zazwyczaj zaznaje pochwał poza własną prowincją, więc jak to jest – nie dość, że ten krytyczyna prowincjonalny nie chwali, to jeszcze ma czelność ganić? I kim on jest?! Za kogo się on uważa? Przecież on tym samym autobusem linii – dajmy na to – 53 jeździ, tym samym tramwajem numer – powiedzmy – 5 jeździ, a do tego stoi, bo nikt mu nawet miejsca nie ustąpi. Przecież on, krytyczyna zapluty, raz na miesiąc – o ile miesiąc ma dobry – do tej samej restauracji zachodzi, gdzie ja, artysta myśli sobie, gdzie ja jadam w każdy wtorek i piątek, bo mogę i lubię. To ten sam, krytyczyna bidny, którego raz na pływalni spotkałem, myśli artysta, kiedy chyłkiem i zawstydzony przemykał do szatni spod prysznica w obszarpanych badejkach. I ten mnie będzie krytykował?!

*

Tak to mniej więcej wygląda. Żadnej sielanki, raczej – pospólne bagno. Wciągające? Straszne? Ależ nie, najczęściej śmieszne. Czyli że w istocie dobre jest życie prowincjonalnego krytyka? Zależy, do czego porównać, oczywiście, ale nie jest zupełnie najgorsze. Bo jednak, Szanowni Państwo, jest coś o wiele gorszego niż obrywanie po głowie i w słabiznę, jest coś gorszego nawet niż otrzymywanie złych recenzji, a czego krytyczyna prowincjonalny nie doświadcza. Co takiego? To tworzenie „dzieł”, które muszą liczyć na pobłażliwość lokalnej krytyki (bo na łaskę żadnej innej liczyć nie mogą), których nikt – prócz prowincjonalnego krytyka – zauważyć nie chce, które same się o chłostę proszą, których nie ma za co chwalić.

To jest zmartwienie, które krytyka (przepraszam za rym) nie dotyka. Krytyk sobie wieczorem – po dniu spędzonym na unikaniu ciosów – siada przy biurku, otwiera paczuszkę fistaszków, bo podczas wykonywania najkrwawszych nawet egzekucji lubi sobie coś pochrupać (bo przypomina to dźwięk miażdżonych kości?), po czym pisze to, co napisać musi. Wieczór taki miły, światło ulicznych latarń rozprasza nastrojowa mgła, a orzeszki smakują wybornie…

*

Sprawa jest zabawna, jak stwierdziłem wyżej, ale wcale nie jest błaha. Lampy, nastrojowa mgła, orzeszki – wszystko to prawda, ale sedno sprawy w tym żarcie nam niechybnie umyka. A sedno jest poważne – jak tylko sedno poważne być potrafi. Bo prowincjonalny krytyk, ta śmieszna figura, pełni zazwyczaj rolę, która znacznie przekracza jego śmieszność. Stanowi bowiem najczęściej jedyne lustro dla całej rzeszy lokalnych artystów, którzy na żadną inną krytyczną uwagę liczyć nie mogą, i jest – często jedynym – pośrednikiem pomiędzy nimi a publicznością. To drugie jest szczególnie ważne, bo ustanawia prawdziwe stosunki w polu sztuki – dzięki tej prowincjonalnej krytyczynie, dzięki temu biedakowi wzgardzonemu przez bogów sztuki dzieje się rzecz niesamowita: oto ten Zbyszek z drugiego piętra, który coś tam maluje czy pisze podobno, oraz grupa jego bliższych i dalszych kolegów, znajomych, sąsiadów przemieniają się w artystę Zbigniewa i jego publiczność. Taki cud!

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Marzec 2018 Dziennik podróży w miejscu (9): Wyznania prowincjonalnego krytyka (część pierwsza)