Podwójne marcowe

Art of Illusion, "Cold War Of Solipsism"  Art of Illusion, "Cold War Of Solipsism"

W marcu jak w… garnuszku w miarę, bo po obfitym końcu roku ilościowo wydawnictwa raczej zmalały. Na szczęście nie zmalały jakościowo. Surferzy znad Brdy atakują falami, a wspiera ich zestaw lamp księżycowych. Zapraszam do słuchania.


Art Of IllusionCold War Of Solipsism
(styczeń 2018, wyd. 12 Sounds Productions)

„Wolność kocham i rozumiem…” – śpiewali kiedyś Chłopcy Z Placu Broni. Ja rozumiem rock progresywny. Nie za bardzo mi za to po drodze z art rockiem. Tam, gdzie progrock dochodzi do granicy patetyczności i muzycznych żabotów i staje przed nią, i nie rusza się o krok – tam właśnie formacje spod znaku Dream Theater przebiegają przez nią na pełnej prędkości, dopinając ozdobne guziki aksamitnego płaszcza. I nie, żebym wchodził tu na nieznane mi terytorium. Jestem dozgonnym fanem Rush, a ich Clockwork Angels uważam za szczytowe osiągnięcie w ciężkim graniu okraszonym wysokim wokalem oraz bogactwem technicznych ozdobników. Tyle słowem wstępu. Teraz do roboty.

Art Of Illusion – bydgoski zespół. Zespół, który zaczynał jako tzw. coverband, grający utwory formacji takich jak Marillion, Genesis czy Jethro Tull. Czyli początki nie niezwykłe. Mnóstwo niestabilności w składzie, pierwsza płyta okraszona brzmieniem klawesynu (tu mam problem, bo jednak jest to instrument, który brzmi, jakby ktoś wsypał do fortepianu wiadro kapsli) i mocno niezdecydowanym wokalem. Przy pomocy wyposażonego w odpowiednie dla tego gatunku muzyki owłosienie gitarzysty, Filipa Wiśniewskiego, dostarczono nam album najnowszy. Ech… Zrobiłem sobie szarlotkę, pokryłem ją bitą śmietaną i migdałami, przyprószyłem płatkami złota i zjednoczony klimatycznie zasiadłem na tronie… w fotelu, by… no właśnie nie wiedziałem, by co.

Jak się okazało jakieś 45 minut (7 utworów) później – by dać się ponieść. I to dość daleko. Cold War Of Solipsism (pytałem o tytuł, ale odpowiedzi pewnie będzie trzeba poszukać u Mikołaja Zielińskiego – filozofa, poety i muzyka współpracującego m.in. z Kubą Ziołkiem – to on jest autorem wszystkich tekstów i zarazem pomysłodawcą tytułu) to album zróżnicowany i spójny jednocześnie, co umożliwia swego rodzaju podróż bez przesiadek. Folk, rock, metal i wspomniany już wcześniej progressive mieszają się tu, tworząc koktajl niezaskakujący na pewno wytrawnych fanów tego rodzaju muzyki, ale koktajl niedrażniący gardła spożywającego. Wszystko tu płynie. Opowiada. Instrumenty nie kłócą się ze sobą, tylko współpracują. Słychać co prawda, że wokalista Marcin Walczak nie śpiewa swoich tekstów I, że to nie on układał linie wokalu (za bardzo skupia się na ich precyzyjnym odtworzeniu, żeby wykrzesać z siebie większą dawkę emocji niż taka minimalna), ale tam, gdzie dźwięki stają się dłuższe i nie trzeba o wielu elementach pamiętać, jego głos gęstnieje i wciąga. Walczak ma wokal, który (jeśli będzie się rozwijać) może stać się bardzo widoczny wśród polskich panów od pracy gardłem. Na CWOS czasami drażni, ale ogólnie jest OK.

To, co nie jest OK, tylko jest naprawdę świetne, to panowie Wiśniewski (Filip) i Łapuć (Paweł). Wiśniewski rozwija przed słuchaczem gamę swoich brzmień – charakterystyczne to dla tej muzy, ale w jego przypadku kunsztowne i nie tak ornamentowe, jak można by przypuszczać, tylko konkretne i mocne. A Knopflerowskie wręcz brzmienie na początku King Errant udowadnia, że to gitarnik bez uprzedzeń. Smakowite. Jednak dla mnie elementem, który na tej płycie „robi robotę”, są klawisze. Klawisze wszechobecne, ale jednocześnie łatwe do przeoczenia – czasami nieoczywiste (jak w Santa Muerte, gdzie brzmią niczym hybryda smyczków z chórem), a czasami na wskroś klimatyczne (jak w orientalnym intro). Scalają całość i dają fundamenty pod strukturę muzyczną, ale dają też powietrze (na przykład jak w niemal jazzowym fragmencie Allegoric Fake Entity) czystym, perlistym brzmieniem fortepianu. Dodajmy do koktajlu początek tegoż właśnie utworu żywcem jakby wyjęty z narkotycznej wersji lat dwudziestych minionego wieku i mamy album, który przynosi coś, co w muzyce często ostatnio jest pomijane. Oddech.

„Wszystko, co ważne, jeszcze przed nami” – śpiewa w ostatnim kawałku Walczak słowami Zielińskiego. W przypadku Art Of Illusion pewnie jest to prawda. Jednak już teraz jest naprawdę dobrze.



Good Night Chicken, "You Like The Tase, Don't You"
Good Night ChickenYou Like The Taste, Don’t You 
(luty 2018, wyd. Music Is The Weapon)

Kiedy zapytałem o nazwę zespołu – to w końcu po polsku Dobrej Nocy, Kurczaku – odpowiedzieli, że powstała ona w wyniku przegranego zakładu z nimi samymi przybyłymi z przyszłości. I tu właściwie mógłbym skończyć, gdyż ich debiutancki album tak właśnie brzmi. No, z jedną może różnicą – zakład na pewno wygrali. Chyba że nie.

Tomasz Gołda (lekarz) i Artur Kujawa (piekarz) – duet bydgoskich „mózgowców” (i w znaczeniu intelektualnym, i w tym piwno-twórczym), którzy (żeby pociągnąć temat nazewnictwa) stwierdzili, że jak komuś ich muzyka „nie wejdzie” i uzna, że to kicha, to przecież słuchał właśnie kapeli, która się nazywa tak a nie inaczej, więc „ej, nazywamy się Good Night Chicken – czego się spodziewałeś?” (Gołda). Gdy tylko rozpoczęliśmy z nimi wywiad [w Radiu Kultura – dop. red.], to w powietrzu rozszedł się gęstniejący z sekundy na sekundę zapach absurdu, co sprawiło oczywiście, że natychmiast ich polubiliśmy. Spodziewaliśmy się (bez odsłuchu), że będzie to faktycznie kiszka i jakaś taka amatorszczyzna na poziomie licealnego grania na szkolnych imprezach. Dostaliśmy podbródkowy. Umorusaną w błocie pięścią.

You Like The Taste, Don’t You – płyta, którą kończy utwór pod tytułem Intro. Niby prosty zabieg, ale jakoś działa. Pierwszy numer obwieszcza, że Budzi Się Nieśmiertelny Pies (pewnie ten z nastrojowej, florystyczno-gangsterskiej okładki). Brudno tu. Płynnie przechodzimy do The Silver Paint, czyli mieszanki The Beach Boys i The Libertines (surf rock na kacu), a potem dowiadujemy się (otoczeni „puszkowatym” brzmieniem gitary wyrwanej z lat pięćdziesiątych), Jak Utrzymać Dietę W Ostródzie. Potem Prognoza Pogody Nr 1 (nie ma drugiej – może na następnym albumie) i Sz.P. Kujawa wydłuża pasek gitary, by wisiała tam, gdzie wisieć w rockówce powinna. Szybciej. Potem galop na cowbellu w The Werewolf i dość paniczne wokale przeplatane (znowu) surfrockowym rytmem. Seventh lekko w klimacie The Cure pomieszanego z The Sisters Of Mercy i zaraz za rogiem genialny rytmicznie, psychodeliczny i pozbawiony wokalu Smooshy Bop At The Soda – Pop Hop. Wokal się generalnie wycofuje i wjeżdża Motomysz. Ewidentnie motocyklem. Wioząc Dennisa Hoppera przez meksykańskie pustkowie. Intro. Koniec. Od początku. I jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze.

Ta płyta jest zakurzona, umorusana, kuchenna, gęsta (pomimo że zagrana w duecie), lo-fi, urzekająca energetycznie i rytmicznie, i prosta acz inteligentna tekstowo (choć nie wszystko zrozumiałem – może przydałaby się książeczka). 31-minutowa pigułka radości. Słuchać głośno. Dobrej Nocy, Kurczaku, Smakuje Ci, Prawda?. Mhmmmmmm.

Działy:
Więcej z tym numerze: Internet na osiedlu Swoboda »

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Marzec 2018 Podwójne marcowe