O wspaniałości malarskiego świata Soni Zengel

"Le Pont Neuf, Paryż", olej, 2006 "Le Pont Neuf, Paryż", olej, 2006

W Bibliotece Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy w dniach 27 IX – 6 XI 2017 roku miała miejsce wystawa jubileuszowa z okazji 30-lecia pracy twórczej Soni Zengel. Prezentacja o charakterze monograficznym, a więc duża i różnorodna, obejmowała okres od 1987 do 2017 roku. Wyjątkowo wypełniała dwie przestrzenie. W dużej, jasnej i odpowiednio oświetlonej galerii przedstawiono obrazy olejne, a w kameralnej sali na drugim piętrze – rysunki wykonane w technice lawowanego tuszu, pastele oraz prace łączące obie te techniki. Te dwie odsłony złożyły się na ciekawą i elegancką całość. Podział wynikał nie tylko z wielości prac, ale przede wszystkim ze zrozumienia ich inności. Z potrzeby samodzielnego zaistnienia pasteli i rysunków tuszem, mniejszych i delikatnych, wobec cykli malarskich, które zwracały uwagę większymi formatami i ekspresją. To była udana aranżacja. 

Artystka maluje głównie pejzaże, kameralne weduty, a także martwe natury i sceny rodzajowe. Jej obrazy oddziałują bogactwem i intensywnością kolorów oraz emocjonalnymi pociągnięciami pędzla. Charakteryzują się syntetyczną formą, która czasem zostaje sprowadzona do sugestii, a często dosięga symbolu. Szczególna i rozpoznawalna jest materia malarska, którą autorka wypełnia płaszczyznę płótna lub pasteli, a ślady jej odnajdujemy również w technice tuszu. Właśnie tak, całość przedstawienia jest dopracowana, a więc faktycznie wypełniona malarską materią. Jej wyczuwalną miękkością i kształtującą energią, nad którą jednak Zengel panuje, nie zatracając przy tym swobody, różnicując barwy, faktury, kontrasty i walory. Czasem wydaje się nam, że powierzchnia obrazu wibruje. Gęsta masa staje się budulcem uproszczonych form. Powstają one przez energiczne pociągnięcia i uderzenia pędzla, albo też przez nawarstwienie intensywnie barwnej, sproszkowanej pasteli. Interesująca jest kompozycja obrazów. Wielokrotnie na pierwszym planie widzimy fragment dużej przestrzeni, która wprowadza nas w głąb wyobrażenia. Dzieje się to w dwojaki sposób. Zmierzamy prosto do wyznaczonego centrum lub ukierunkowani jesteśmy przez diagonalny podział płaszczyzny. Prawie zawsze jednak między widzem a sednem przedstawienia rozpościera się wolny obszar. Mamy więc wrażenie dystansu istniejącego na granicy obrazu i naszej, realnej rzeczywistości.

Dla prac malarskich Zengel bardzo charakterystyczny jest cykl francuski, powstający w latach 1996–2010. Lawendowe pola i kręte drogi wśród skalistych wzgórz w Prowansji, wyludnione i poruszone lekkim wiatrem, miejskie zaułki w stylu Côte Vermeille, wygrzane w słońcu i ocienione piniami stragany i kawiarenki w Arles oraz słynny, paryski Le Pont Neuf, przypominający fragment fortecy późnośredniowiecznego zamku. Impresyjnie miękkie, fakturalne i rozświetlone południowym słońcem kadry utrzymane są w ciepłej tonacji żółcieni i ugrów, dopełnionych przez oliwkowe zielenie i fioletowe błękity, z akcentami brunatnej i czystej czerwieni. Wśród nich obrazy przyciągające wzrok bogatą i odważną tonacją różów i fioletów, zestawionych z malarską werwą, a jednocześnie walorową subtelnością. Artystka, komponując barwy, nie odczuwa żadnego lęku. Łączy przeciwne tonacje, a jej obrazy mienią się jak szlachetne kamienie oglądane pod światło. Wrażeniowość przedstawienia, wartość światła i poddająca się kształtowaniu materia malarska harmonizują barwy i przekształcają przestrzeń.

W widzeniu impresyjnym, które w swoim malarstwie kontynuuje Sonia Zengel – nadając mu własny wyraz – mamy do czynienia z dążeniem do prawdy obiektywnej, a zarazem ze względnością w opisie rzeczywistości. Z dużą wolnością widzenia oraz interpretacji w sztuce. W taki sam sposób malarstwo to oddziałuje także na widza. Malarka roztacza przed nami wspaniały obraz świata, który z przyjemnością rozpoznajemy, doceniając modernistyczne wartości formalne, z których jest skonstruowany.

Godna uwagi jest różnorodność, jaką wykazuje się Zengel w ramach swego warsztatu, tej samej techniki i podobnego tematu, przy jednoczesnej rozpoznawalności jej wprawnej ręki i oka, którymi – jeśli można tak powiedzieć – sygnuje swoje obrazy. Jednym z wielu przykładów są weduty kubańskie z 2009 roku. Choć jak krajobrazy z Prowansji są słoneczne, kolorowe i malowane lekko, to posiadają własny, pastelowy wachlarz barw, a materia malarska zdaje się bardziej rozrzedzona i twardsza niż w cyklu francuskim.

Niezmiernie ciekawe są pastele Soni Zengel. Plamy i płaszczyzny koloru istnieją w nich samodzielnie: nasycone, roztarte, z prześwitami, wzajemnie się przenikając (Pejzaż wiosenny III, pastel, 2004). Ale bywają też intensywne barwy, objęte płynną linią, która czasem przybiera kształt płomienia, a niekiedy drży, lekko poruszona, jakby na wspomnienie późnogotyckiej rozety z kaplicy Sainte-Chapelle. Znakomitym przykładem żywotnej linii jest cykl pejzaży bretońskich z lat 1997–1998. Kubizujące bryły chat, płomieniste kształty stogów i rozedrgana linia horyzontu. Kolorystyka oparta na mocnych kontrastach i nagłych rozświetleniach, która wprowadza odbiorcę w atmosferę wizyjności, jak w malarskie echo obrazów El Greca (Pejzaż bretoński, pastel, 1997).

Stylizowany w formie krajobraz bretoński wskazuje na cechy wspólne prac wykonanych w różnych technikach. Dostrzegamy więc, że obrazy z pastelami łączy pokrewna, miękka materia i jej barwne nasycenie, a pastele z lawowanymi rysunkami tuszem – linia o cechach bliskich malarstwu. Ale o tym za chwilę. Zasadniczą rolę w twórczości artystki odgrywa jej wrażliwość malarska, która ma siłę jednoczącą. A główną i nieustającą inspiracją są dla niej dalekie i bliskie podróże.

Swobodę, połączoną z delikatnością i precyzją, znajdziemy w rysunkach wykonanych w technice tuszu lawowanego. Linie zręcznie wytyczają przestrzeń pejzażu i perspektywę miasteczka. Budują bryły i ogarniają bezmiar wody, stepu lub nieba. Zwracają uwagę swoim zróżnicowaniem. Począwszy od tych zagęszczonych czernią tuszu albo przeciwnie – rozwodnionych, które stają się źródłem różnic walorowych, uplastycznienia płaszczyzn, same zaczynają działać jak płaszczyzny lub nawet malować przed widzem przestrzeń. Są jeszcze linie chropowate, fakturalne, bo pociągnięte prawie suchym pędzlem, a tym samym oddające nierówności, zniszczenia i starość wiekowych murów. Spostrzegamy również te cienkie, które sugerują nam dal i perspektywę; dają znać, gdzie pada mocne światło, które rozmywa szczegóły; ledwie, ale czytelnie zarysowują formy architektury; są niedokończone i poprzerywane, zachowując przy tym całkowity spokój. Tak powstał cykl wenecki z 1997 roku. Gdy patrzymy na te przedstawienia, zapominamy, że Wenecja to jasne barwy arystokratycznych, wielokondygnacyjnych willi, blask bizantyjskich mozaik i intensywnie błękitne, prawdziwie włoskie niebo, jakiego nie ma nigdzie, o czym przekonywał Hrabia w Panu Tadeuszu Adama Mickiewicza. Kolor spłynął, a niszczejące domy, kanały wypełnione parującą wodą i niebo nad nimi oglądamy w mocnym świetle, poprzez woal wilgotnej mgły. Ta rozmywa zarysy, wabi wzrok odbiciami i błyskami. Sprowadza nasze widzenie do światła, cienia i walorowych niuansów. Patrzymy więc, zanim obraz zniknie jak ślad ciepłego oddechu na weneckim oknie (Wenecja IV, tusz lawowany, 1997).

Jest jeszcze jedna rzecz warta podkreślenia. Wpatrując się w pejzaże Soni Zengel mamy odczucie jedności wszystkich elementów natury. Istnienia trwałych, ugruntowanych w czasie związków wzajemnej zależności. Artystka ukazuje na swoich obrazach przejawy symbiozy w przyrodzie, jej współistnienie z architekturą oraz człowieka będącego organiczną częścią tego krajobrazu. Cała rzeczywistość zbudowana jest z tej samej substancji, która jest czymś większym niż materia i wynikająca z niej forma. Wiejskie chaty po obu stronach szerokiej, piaszczystej drogi, która rozpiera się z jakąś wprost chłopską siłą na pierwszym planie przedstawienia, a zarazem kieruje nasze spojrzenie w jego głąb. Przy jednym z domostw, tym najbliższym – rosłe drzewo, a dalej, za nim – drobne ludzkie sylwetki (Tylicz, tusz lawowany, 1997). Wszystko tu jakby wyrosło z tej drogi, i chaty, i drzewo, i ludzie. Z tych samych, piaszczysto-drzewnych korzeni pod ciężkim niebem. Ot, jedna nowosądecka wioska, a jakby była wszystkimi wioskami.

Oczywiście malarka szuka określonych miejsc, usuwa z pola widzenia to, co zbyteczne, oraz nadaje odnalezionemu widokowi własną formę plastyczną. Wnikamy więc nie w krajobraz realny, ale w zmaterializowane, malarskie marzenie, w zobrazowany ideał miejsca. Z czasem tak ulegamy widokowi, który jest przed nami, że zaczynamy patrzeć jakby z głębi wyobrażonej natury, z samego jej wnętrza. Przestajemy być widzem, a stajemy się częścią malarskiego przedstawienia. Zaczynamy rozumieć jego istotę, siłę, jaką emanuje prawdziwy i żywy motyw, a także formę, jaką mu przypisano. Oto Normandia, czyli piaszczysty brzeg, łagodnie zalewany przez morze, które dzieli się płaszczyzną obrazu po równo z jasną, prawie bezchmurną przestrzenią nieba (Normandia, tusz lawowany, 1997). Nizinny, litewski pejzaż. Wydaje się, że nie ma tu nic, tylko niebo nad rozległymi polami. A jednak pośród wybujałych traw, które przysłaniają pierwszy plan, gdzieś daleko, na na linii horyzontu i krańcach naszego widzenia, dostrzegamy ludzkie siedliska – niskie chaty pośród drzew (Rumszyszki, tusz lawowany, 1997).

Martwe natury Zengel tworzą również odrębną i zamkniętą rzeczywistość. Skomponowane są z prostych przedmiotów, różniących się między sobą, a czasami zawieszonych w przestrzeni. I te obrazy zwracają naszą uwagę kolorystyką oraz dążeniem do harmonii form i barw. Ich świat, nasycony skupieniem i ciszą, skonstruowany jest według własnych zasad. Oparty na zestawieniach pionów i poziomów, płaszczyzn i elementów plastycznych, jednorodnych i wzorzystych, jak również kontrastów światła i cienia, połączonych walorowymi przejściami. W tych kompozycjach artystki ukryta została pozorna zwyczajność mistrzów malarskiej kameralistyki rodem z Holandii. Także, ujmująca nasz wzrok swoją formalną urodą, atmosfera wnętrz i martwych natur Pierre’a Bonnarda.

Z ducha romantyzmu powstały niektóre przedstawienia rodzajowe Soni Zengel. Przykładem jest cykl Mea Tenuitas, zrealizowany w technice olejnej na przełomie 1999/2000, a następnie częściowo – pasteli w 2002 roku. Znane nam już wyraziste środki artystyczne, tu użyte w innych niż dotychczas proporcjach, służą sugestywnej charakterystyce historii narodu wybranego, a także Holokaustu. Ale tak naprawdę cykl ten ma wymowę uniwersalną. Duże płótna, namalowane z ekspresją szerokich pociągnięć pędzla, operujące daleko posuniętą syntezą form oraz kontrastami barw i walorów, stają się symbolicznym obrazem człowieczeństwa. Cierpienia, śmierci i nadziei. Tu, podobnie jak w pejzażach, malarka eksponuje wartość przestrzeni. W krajobrazie jest to kamienisty ląd, zimne morze w oddali, nisko pochylone niebo. Wypełniona substancją natury, samowystarczalna pustka. Tym razem w centralnych i otwartych, a także opartych na diagonaliach pracach Zengel przeciwstawia niewiadomej przestrzeni – człowieka. Napływa ona z tajemnego źródła i organizuje kompozycję każdego z obrazów. Jest miękka, jasna i dynamiczna. Otacza zewsząd na pustynnych wzgórzach. Jest łagodnym prześwitem, który skupia wzrok i myśli. Towarzyszy jako wyrazista smuga światła w ciemnej godzinie trwogi i samotności. Na jednym z przedstawień, rozpostarta, zmienna i nasycona barwą, przypomina płomień, fascynując i przytłaczając swoją obecnością dwie postacie w rogu kompozycji. Kiedy indziej widzimy ciemny tłum, który przechodzi procesyjnie z jednej przestrzeni w drugą, przekraczając jakąś granicę. Ciężkie, kamienne bloki, umiejscowione po obydwu stronach wyobrażenia, przypominają wrota. Bezimienni ludzie w chałatach zmierzają w naszą stronę, otoczeni tumanem złotawego kurzu. Przywodzi on na myśl gęstniejące światło, rozmalowane od bieli, poprzez żółć, pomarańcz, aż po rozżarzoną czerwień. Czy droga tych ludzi prowadzi z otwartego właśnie wagonu do krematorium? Jeśli tak, to przekraczają wrota piekieł. Ale może jest wręcz przeciwnie? I oto patrzymy już na scenę wyzwolenia z więzów śmierci i wtajemniczenia w inną rzeczywistość, która jest jak wspomnienie przejścia przez rozstępujące się Morze Czerwone. Metamorfoza, podczas której ogień pochłaniający martwe ciała przemieniony zostaje w symbol wiecznego życia i pamięci.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Luty 2018 O wspaniałości malarskiego świata Soni Zengel