Idzie luty, podkuj odtwarzacz

  • Luty 2018
  • Szymon Andrzejewski, Łukasz Płaczkowski
Chainsaw, "The Last Crusade" Chainsaw, "The Last Crusade"

Dzień dobry. Kiedy piszę te słowa, śniegu nadal nie ma, więc sanki odpadają. W związku z powyższym bez prześlizgiwania się proponuję Państwu kolejną porcję wydawnictw znad Brdy. Od metalu po słuchowisko – przez alternatywę (właściwie samą dla byłej siebie) aż do elektroniki i hip-hopu. Wsparłem się tym razem pomocą ze strony mojego redakcyjnego kolegi. Gdyż się zna. Smacznego Państwu życzymy.


ChainsawThe Last Crusade 
(wyd. własne), październik 2017

Na początku ustalmy dwie rzeczy, żeby już do nich nie wracać i mieć wolną głowę: a) klasyczny heavy metal to nie jest „moja muzyka” – nie „robi mi roboty” i nie „unosi mojej łódeczki” – za patetyczne to dla mnie i za bardzo zaśpiewane tak, jakby wokalista sobie nie przemyślał i usiadł zbyt gwałtownie, co nieodwracalnie zmieniło jego życie, jeśli chodzi o tembr; b) heavy metal śpiewany po polsku zawsze brzmi trochę (albo bardzo) śmiesznie.

A zatem…

Bydgoskie Chainsaw to weterani. Wiadomo. Mocna reprezentacja zanurzonego w pewnej dość sztywnej konwencji gatunku, w którym są przepisy, regulacje i podpunkty. Trzeba postawić ptaszka w pewnych kwadracikach, żeby spełnić warunki. W związku z tym, że te warunki panowie „pilarze” spełnić chcieli już po raz siódmy (nie licząc dwóch romansów), to udali się po wenę w kierunku Bergmana i obejrzeli Siódmą pieczęć. Wokaliście Maxxowi nie weszło i nie dokończył, ale pozostała koncepcja tchnąca średniowieczem, śmiercią i albumem koncepcyjnym. Jako że koncepcja była konkretna, to napisanie tekstów powierzono specjaliście, a dokładnie Błażejowi Grygielowi z formacji Crystal Viper. Błażej się zna i potrafi, co przez cały album słychać (zarówno po polsku, jak i angielsku). Tekstowo w utworze Czarne chmury wsparł Błażeja Maxx i to jeden z najbardziej, hmmm… przebojowych utworów na płycie. Utwór ten udowadnia również, że słowo „dziura” powinno być zakazane dla wszystkich piszących za wyjątkiem Jaromira Nohavicy. Teksty zresztą powstały najpierw, przed muzyką (w większości, bo niektóre dopisywano już podczas sesji nagraniowej), co dla bydgoskiej ekipy stanowiło absolutne novum. Nie jest to jednak na Ostatniej krucjacie novum jedyne.

Z dziennikarskiego obowiązku zanurzyłem się w dyskografii Chainsaw (bo na koncertach słyszałem ich kilkukrotnie i zawsze było solidnie) i muszę przyznać, że praktycznie wszystko przeleciało mi na przewijaniu, gdyż ponieważ patrz podpunkt a). The Last Crusade natomiast znam już na pamięć. Nie wiem, co się w życiu panów muzyków wydarzyło, ale gitary na tym albumie niby są takie jak w instrukcji obsługi, lecz instrukcja jakby czytana była przy świetle czarnej żarówki. Albo pochodni. Harmonie proponowane przez obydwu gitarzystów są mroczniejsze, głos Maćka przeszedł metamorfozę i czasami jest wręcz demoniczny, i przywodzi na myśl wrzask szaleńca. Bas w heavy metalu zazwyczaj ma po prostu być i tutaj po prostu jest – nie ma w nim wirtuozerii. Robotę Bartek Wolak zrobił brzmieniem swojego „spektorka” (sam go tak nazywa, nic nie poradzę) – ciężkim niczym żołądek pożeracza dusz po sutej kolacji. Wszystko jest na tej płycie cięższe niż w przeszłości – przesłanie tekstów, brzmienie i półkotły Górskiego. Jest jeszcze coś. Niesamowity klimat. Klimat, którego nie ma, moim zdaniem, żaden inny ich album. Najlepszy fragment? Następujące bezpośrednio po sobie Sword And Faith i Farewell To The Damned i ta niesamowita, podwójna solówka gitarowa w tym pierwszym. No i ten epilog… The Last Crusade – bardzo, bardzo dobra płyta.

Szymon Andrzejewski (SA)


 

Tomasz Pauszek, "Lo-Fi Lo-Ve"Tomasz PauszekLo-Fi Lo-Ve 
(wyd. Audio Anatomy), grudzień 2017

Kto? Tak zareagowali wszyscy ludzie, którym o tej płycie powiedziałem. Reakcja jak najbardziej zrozumiała, bo środowisko muzyków elektroników to enklawa dość hermetyczna i często posługująca się pseudonimami. I w tym przypadku jest tak właśnie. Dotychczas Tomek wydawał jako Odyssey, a dopiero teraz zdecydował się na wystąpienie pod własnym nazwiskiem. Winyl z elektroniką spod znaku lo-fi (powrót taki do klasycznego brzmienia o niższej rozdzielczości – taki vintage dla maniaków lat 70.)? Wydany przez firmę audiofilską? Mniam. Biorę!

Krążek na talerzu, sok grapefruitowy w szklance i 80 minut później zorientowałem się, że się nie zorientowałem, kiedy zmieniałem strony i płyty. Gdzieś tam z tyłu głowy łaskotało mnie wspomnienie tego, że na początku westchnąłem i pomyślałem: „O nie, muzyka do windy będzie”, ale to łaskotanie było jeno i już odchodziło. Pauszek, po latach eksperymentowania z muzyką, zaprosił do współpracy grono zacnych kolaborantów i zmierzył się w mojej opinii z dwoma wyzwaniami. Po pierwsze, z nagraniem hołdu dla dawnego sposobu rejestracji tejże muzyki: nagrywał materiał na taśmie magnetofonowej, którą potem gniótł i ponownie zgrywał z niej dźwięk na nośnik cyfrowy, używał urządzeń sprzed kilku dekad i ogólnie robił wszystko, żeby nie dać się zamknąć we wszechobecnej klinice chirurgii dźwięku. Powiodło się – brzmieniowo Lo-Fi Lo-Ve to może nie Jack White, ale też pan Tomasz to nie gitarzysta. Tylko pianista. Wykształcony. Klasycznie. Po drugie, pan Tomasz chciał chyba nagrać album kompletny, zamknięty (jest zresztą ta płyta objęta klamrą jego solowych produkcji – bez udziału gości) – album, który zabierałby słuchacza w podróż jakby statkiem wycieczkowym. Znamy port wyjścia, ale spodziewamy się także destynacji finalnej. Wszystko tu płynie w jakimś takim dookreślonym rytmie. Po drodze przystanek na singlowy Airy Monday – żywcem wyjęty z triphopowej baśni spod znaku Massive Attack. Tu „na gościu” Gushito, czyli Kamil Guszczyński. Za zakrętem rzeki natomiast najlepszy dla mnie numer na wydawnictwie – Space Ghosts – nagrany z mistrzem Komendarkiem. I już widać nabrzeże. I już wybrzmiewa kończący całość Transitions. I zawracamy dziób, i płyniemy z powrotem. Udało się.

Uwaga, uwagi do entuzjastów skrobania po czarnym: kartonowa okładko trochę mnie jednak dziwi, świetne koperty (opatrzone krótkimi notkami o gościach) i naprawdę dobre 3D sceny – rzecz w elektronice trudna do osiągnięcia.

Kolaboranci uczestniczący w projekcie Pauszka dostawali gotowe struktury utworów i „dogrywali tylko smaczki” (Pauszek). Jednak smaczki te dograli tak, że poszczególne utwory opatrzyli swoimi najbardziej charakterystycznymi cechami. Zabieg ten spowodował, że Lo-Fi Lo-Ve się ani przez moment nie nudzi. Są tu jednocześnie i spokój, i dynamika doznań. Muzyka do windy? Nie. Zdecydowanie nie. (SA)


 

3moonboys, "Zawsze Jest Za Krótko"3moonboysZawsze Jest Za Krótko
(wyd. własne), luty 2018

[версія український нижче]

SMS, który wysłałem do Marcina Karnowskiego o 21.46 w piątek, po przesłuchaniu ZJZK, nareszcie z CD: „Elo. Ja piórkuję. No, kurczyx. Nie wiem co napisać o tej płycie oprócz «ja piórkuję i o kurczyx». Dzięki :)”. Pisownia oryginalna. Interpunkcja też. Interpretacja konieczna ze względu na charakter periodyku.

„Dekonstrukcja” i „eskapizm” to w polskiej muzyce 2016–2017 dwa słowa klucze, które jak mantrę powtarzają recenzenci stający twarzą w twarz z dorobkiem rodzimych artystów. Najwyraźniejszym przykładem trendu rozbioru i odchodzenia jest chyba najnowsze dzieło formacji LOTTO, czyli album VV. Płyta zwaliła wszystkich z nóg i przez pewien czas była niczym Sven Hannawald. Sama w najbardziej elitarnym klubie na świecie. Co zrobił Kamil Stoch – wszyscy wiemy. Co zrobili 3moonboys – jeszcze nie wszyscy, ale to się już bardzo szybko zmienia.

„No, już czas był…” – tak Karnowski odpowiedział mi na pytanie, czy już mu oddali perkusję. Pytanie w zamyśle mające na celu zadanie innego: co się stało? Bydgoski kwartet okrzepł przecież na pozycjach przodowników romantycznej alternatywy i chyba wszystkim było z tym dobrze. Albo wszystkim oprócz nich samych. Panowie pojechali więc najpierw do Sucharów, potem do Kozielca, a potem wrócili do Bydgoszczy wyposażeni w coś, co jest tak niesamowitym doznaniem muzycznym, że naprawdę brak mi słów. Kilkanaście godzin materiału zarejestrowanego przy użyciu ich normalnego sprzętu, czyli gitar, mikrofonów i perkusji, zostało przez chłopaków poddanych obróbce skrawaniem, tłoczeniem, skręcaniem, filtrowaniem oraz nicowaniem elektronicznym i nie tylko. Pracowali w dwuosobowych zespołach zajmując się poszczególnym aspektami rodzącego się tworu. Rozmawiali, dyskutowali i kłócili się. Żarli wręcz. Nie wiem, co, ale też chcę. Efektem tego jest może nie absolutna zmiana stylu, ale zmiana na tyle potężna, że na początku odsłuchu pomyślałem sobie, że do odtwarzacza włożyłem nie tę płytę, co chciałem. Elektro, elektro i jeszcze raz przestrzeń. I skromne wokale, i dziwne odgłosy, i puls, i bębny przetworzone tak, że to się nie da opisać. Prawie 12-minutowy Napiłbym Się Suchej Kawy to oczywisty majstersztyk – suita, która mogłaby nie mieć końca, ale mnie najbardziej uderza Każdy Inaczej, którego tytuł powinien być traktowany chyba jako motto tego albumu. Tu wokal jest tak „porobiony”, że pić nie trzeba. „Starzy” 3moonboys gdzieś tam są, brzmią niby jak oni, ale przecież każdy inaczej.

Gdybyście się zastanawiali, w jakim języku śpiewa Wojtek Kotwicki, to jest to język „A”. Sam wymyślił, spisał fonetycznie i wiernie odtwarza na próbach. Na koncertach też, a te właśnie według panów będą nowym wyzwaniem, bo materiał zarejestrowany na ZJZK będą grać w oparciu o poszerzone nieco, ale jednak stricte sceniczne instrumentarium. Obłęd. Zmiksował ten obłęd (obłędnie zresztą) Jarek Hejmann, a masteringiem opatrzył Michał Kupicz.

Zawsze Jest Za Krótko – tytuł wzięty z nocnej rozmowy z pewną Weroniką (a, nimocje o tym, z jaką, pozostawiam państwu) – album potężny, miażdżący i przenikliwie gęsty. A katharsis w postaci głosu Magdy Powalisz w ostatnim utworze to jedyne, co ratuje słuchacza przed całkowitą asymilacją z przestrzenią dookoła.

3moonboys uciekli sami od siebie. Na Księżyc. (SA)

 

 

 


 

Szala, Szala, Zdeb, "Jaszid i Jeszida"Szala, Szala, Zdeb – Jaszid i Jeszida
(wyd. własne), październik 2017

Monika i Paweł Szalowie to duet Cherries Under The Water. Michał Zdeb to aktor Teatru niebopiekło. Ta trójka razem to słuchowisko muzyczno-literackie Jaszid i Jeszida oparte na opowiadaniu I.B. Singera i opublikowane (tylko w formie elektronicznej) na YouTube. Żeby dopełnić formalności dziennikarskich, powiem jeszcze, że opowiadanie Singera jest przerażające zarówno w warstwie tematycznej (odwrócenie ról i perspektyw w procesie rodzenia się człowieka i spojrzenie na proces ów oczami duszy, która musi umrzeć, by dać początek życiu), jak i w warstwie tekstowej, literackiej – mnóstwo tu obmierzłości językowych i całość ocieka wręcz odrazą do wszystkiego. Mistrzowski tekst. Jeden z najbardziej poruszających, jakie czytałem w życiu.

Słuchowisko bydgoskiego tria nie jest długie – trwa niewiele ponad pół godziny – jednak stanowi pigułkę doznań rozhuśtanych od wspomnianej już wcześniej odrazy po zachwyt i ciepło. Takie wewnętrzne. Muzycznie jest tu dość przewidywalnie: cicho w miejscu, gdzie ma być cicho, a forte w miejscach gwałtownych i dramatycznych. Monika i Paweł to świetni instrumentaliści, więc całość przesuwa się przed uszami sprawnie i z odpowiednim rezultatem emocjonalnym. Skrzypce Moniki nie są tutaj tak „rozedrgane”, jak to zazwyczaj bywa w muzyce żydowskiej, a gitary Pawła cieszą surowością, nie drażniąc jednocześnie jej nadmiarem. Tyle szczegóły instrumentalne. Ważne, ale nie najważniejsze. Najważniejsza w tym projekcie jest całość. Całość spięta głosem.

Jaszid i Jeszida to prawdziwy popis umiejętności aktorskich Michała Zdeba. Narrator prowadzi swą opowieść niezwykle ilustracyjnie i pakuje w nią przeróżne, rewelacyjnie deskryptywne, emocje. Prowadzi swój głos na dość wysokim, wręcz wzniosłym diapazonie uczuć, ale nigdy nie popada w patos ani w groteskę. Zdeb potrafi się zawsze zatrzymać w pół kroku przed przekroczeniem linii przesady. Gdy przechodzi z narracji do kwestii wypowiadanych przez bohaterów opowiadania, to robi to naturalnie, płynnie, bez sztucznej nadinterpretacji. Jest krajobrazem i postaciami, tak jak są te elementy obecne wokół nas. Czapki z głów!

Jaszid i Jeszida – ta przepiękna historia o miłości została nagrana na tzw. setkę, co jeszcze bardziej zwraca uwagę na to wydawnictwo. Radzę posłuchać na dobrych słuchawkach w czasie spaceru wśród zrujnowanych kamieniczek Szwederowa. (SA)


 

Oer, "Definicja brzmienia"OerDefinicja brzmienia,
(wyd. PchamyTenSyf), listopad 2017

Całe szczęście, że znałem twórczość Oera na długo przed premierą Definicji. Dzięki temu sięgnąłem po album. Bo gdyby ta ksywa nie budziła we mnie żadnych skojarzeń, najpewniej odbiłbym od płyty tuż po zobaczeniu jej okładki. Wiem, „nie oceniaj książki” i tak dalej, ale w moim odczuciu grafika promująca dzieło Rafała Skiby jest za bardzo nijaka. Na całe szczęście, najważniejsza jest treść, a o tej mogę powiedzieć zdecydowanie więcej dobrego. Bo Oer to producent utalentowany i wszechstronny! Przez lata działalności na bydgoskiej scenie oraz współpracy z zespołem B.O.K udało mu się wypracować własne brzmienie. Płyta, mimo że różnorodna, zachowuje spójność do samego końca. Nie mamy do czynienia ze składanką niezwiązanych numerów, jak to w przypadku płyt producenckich bywa, ale z pełnoprawnym albumem. Oer łączy sample z żywymi instrumentami i elektroniką, wszystko na bujających głową bębnach. Najlepszym przykładem jest otwierające płytę, instrumentalne Brdagga. Wysamplowane trąbki i wokalizy łączą się z głęboką perkusją przywołującą na myśl klasyki Boom Bapu. Na drugim końcu (zarówno stylistycznym, jak i albumu) ląduje Przyjemny lęk. Syntetyczny ambient i odrealnione bębny przywołują na myśl puste hale produkcyjne, stanowiąc jednocześnie tło dla rapujących Bisza i Łony. A jest to duet, na który wielu czekało. Emocjonalne wersy Bisza ścierają się z bardziej wyważonym Łoną. Panowie udowadniają, że są jednymi z najlepszych tekściarzy w kraju, a uśmiech wywołują wersy pokroju: „Powtarzam sobie, że to wiatr, choć słyszę szepty staruch/ Ale się chronię przed tym, daruj. K**wa, sceptyk w krainie czarów”.

Między tymi dwoma numerami znajdziemy jeszcze 12 podkładów, na których zaproszeni goście pokazują pełnię swoich umiejętności. Moim faworytem został Fatcap z Sompem, Ero i DJ-em Paulo. Mroczny podkład toczy się przez głośniki jak walec, a raperzy nawijają proste, ale naładowane pewnością siebie zwrotki. „Fatcap, dla ludzi o zdrowych poglądach/ Żeby nasze dzieci miały lepiej od nas” – nie są to może najbardziej liryczne teksty na płycie, ale za to podane z taką mocą, że trudno się od nich oderwać. Jeżeli tak ma wyglądać uliczny rap, to ja poproszę dokładkę

Żadnej płyty w tym roku nie słuchało mi się tak dobrze jak Definicji brzmienia. Cytując jednego z bydgoskich raperów, „Nie wiem jak wy, ale ja się jaram”. Gdyby tylko nie ta nieszczęsna okładka…

Łukasz Płaczkowski (ŁP) 



 

Бидгощ є містом музики

Бидгощ є містом музики – то поширена думка. Зазвичай говориться то в контексті серйозної музики, опери і філармонії, але то половина правди. Бидгощ є містом альтернативної музики, містом декількох легендарних рок-груп: Variete та Schizma є візитними картками цього міста, постійно грають і постійно тримають високий рівень. 3moonboys є одним з найцікавіших гуртів альтернативного року з Бидгощі. Саме видали наступну платівку – очевидно сенсаційну. На додаток в більшості їх творів не має мовного бар’єру (зрештою в музиці мова відіграє меншу роль), бо вокаліст співає на вигаданій ним мові.


 

3moonboys, "Zawsze Jest Za Krótko"Електро, електро і простір
3moonboys – Завжди Є Закоротко 

«Деконструкція» і «ескапізм» то в польській музиці 2016-2017 два ключові слова, які як мантру повторюють рецензенти, що зостаються на одинці з доробком вітчизняних артистів. Найбільш яскравим прикладом тенденцій переосмислення та втечі від реальності, мабуть, є остання творчість LOTTO, тобто альбом VV, який просто звалив всіх з ніг.

Зрештою, Бидгощський квартет окріпнув на позиціях передовиків романтичної альтернативи, і здається всіх це влаштовувало. Всім крім них самих. Хлопці поїхали передусім до Сухачева, потім до Козельця, а потім повернулися до Бидгощі озброєнні чимсь таким, що є таким дивовижним музичним відчуттям, що мені просто бракує слів. Кільканадцять годин матеріалу, записаного з використанням їх звичайних інструментів, тобто гітар, мікрофонів і перкусії, лишилося піддати обробці. Працювали в парах займаючись окремими аспектами творіння, що народжувало твір. Розмовляли, дискутували і сварилися. Скандалили. Ефектом того не є може абсолютна зміна стилю, але зміна, настільки потужна, що на початку прослуховування я подумав собі, що до плеєра вклав не той диск, що хотів. Електро, електро і простір. І скромний вокал, і дивні відголоси, і пульсація, і барабани перетворені так, що то неможливо описати. Майже 12-хвилинний «Напився би Сухої Кави (Napiłbym Się Suchej Kawy)», то очевидна майстерна робота – сюїта, яка могла б не мати кінця, але мене найбільш вражає твір «Кожен Інакше (Każdy Inaczej)», якого заголовок має трактуватися хіба як девіз цього альбому. «Старі» 3moonboys десь там є, звучать ніби як вони, але всеж таки кожен інакше.

Якби ви розміркували, на якій мові співає Войтек Котвіцький (Wojtek Kotwicki), наприклад, то є мова «A». Сам її вигадав, переписав фонетично і вдало відтворює на спробах. На концертах теж, і це, на думку хлопців, стане новим викликом, оскільки матеріал, записаний на ZJZK, будуть грати опираючись на трохи розширену версію, але за строго сценічним інструментарієм. Безумство. Зміксовав то безумство (зрештою безумно) Ярек Хейманн (Jarek Hejmann), і майстерно виконав обробку Міхал Купіч (Michał Kupicz).

Завжди Є Закоротко (Zawsze Jest Za Krótko) – назва, взята з нічної розмови з деякою Веронікою (і, емоції з якими, я залишаю слухачів), – потужний альбом, розгромний і проникливо насичений. І катарсис, у вигляді слів від Магди Поваліш (Magdy Powalisz) про останній твір. То єдине, що рятує слухача перед цілковитою асиміляцією з простором довкола.

3moonboys втекли самі від себе. На – nomen omen – Місяць.

Шимон Анджеевський 
(Szymon Andrzejewski)

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Luty 2018 Idzie luty, podkuj odtwarzacz